Robert Małecki
: 28 lut 2020, 14:09
Zachęcona entuzjastyczną opinią mojej przyjaciółki, przeczytałam "Skazę" Roberta Małeckiego.
Mam problem z oceną tej książki.
Jej lektura mnie nie rozczarowała, ale też nie zachwyciła. Powiedziałabym, że jest to kryminał średniej jakości, który ma kilka mocnych punktów, ale jeszcze więcej słabych.
Zacznę od plusów.
Niewątpliwym walorem książki Małeckiego jest główny bohater – Bernard Gross. Przyznam, że polubiłam faceta. Ten komisarz chełmżyńskiej policji to inteligentny, doświadczony facet z ciekawą i oryginalną pasją, na którego przeszłości ciąży osobista tragedia. Mianowicie dzisięć lat przed rozpoczęciem akcji „Skazy” jego żona pada ofiarą napaści, na skutek której zapada w śpiączkę trwającą do tej pory. Następstwem tego wydarzenia jest również utrata emocjonalnej bliskości Grossa z jedynym synem. I ten właśnie glina, borykający się od wielu lat z osobistym dramatem, próbuje rozwiązać kryminalną sprawę. Otóż pewnego zimowego dnia na skutym lodem jeziorze w Chełmży, znalezione zostają dwa ciała: nastolatka i starszego mężczyzny. Czy te dwie śmierci coś łączy? Czy były to tragiczne wypadki, czy też do śmierci tych przyczyniły się osoby trzecie? Na to i wiele innych pytań musi odpowiedzieć Gross.
Również inni bohaterowie powieści są dobrze nakreśleni i wiarygodni. Wierzę w te postaci, w ich życiowe wybory, rozterki, marzenia i wzajemne relacje.
Kolejnym plusem „Skazy” jest odmalowanie przez autora małego miasta, zarówno jego atrakcyjnych zakątków, jak i tych brzydszych i ciemniejszych zakamarków; jego mieszkańców i relacji między nimi; jego atmosfery i pewnej duszności, jaką charakteryzują się wszystkie takie miejscowości.
Bardzo pozytywnie oceniam również poruszenie przez autora tematu śpiączki żony Grossa i to, jak autor przedstawił życie bohatera pozostające wciąż pod wpływem tej trudnej sytuacji. Z ciekawością przeczytałam opis zakładu opiekuńczo-leczniczego fundacji „światło”, nadzieje bliskich na wybudzenie członków rodziny i ich codzienną walkę z uczuciem beznadziei.
Minusy? Chociaż może nie powinnam nazywać ich minusami, a raczej pewnymi niedociągnięciami?
Po pierwsze zbyt wiele powatrzających się opisów, które nie wnoszą niczego do akcji. No bo ile razy można czytać, że bohater zaparza sobie herbatę? Ile razy można czytać, że policjantka Skalska żuje gumę i robi z niej balony (opis tegoż powtarza się naprawdę wielokrotnie)? Szkoda, że autor dopuścił się tego zabiegu. Nudzi on czytelnika, a po którymś razie irytuje i odbiera przyjemność z lektury.
Zirytowały mnie pewne nieścisłości fabularne. Niewielkie, ale jednak. Zwłaszcza, jak przeczytałam na końcu obszerne podziękowania autora (Swoją drogą bardzo tego nie lubię, tych elaboratów pisanych przez autorów książek na końcu z podziękowaniami dla wszystkich świętych. Rzadko je czytam. Tu przeczytałam z ciekawości, czy autor wyjaśni może pewne nurtujące mnie kwestie. Nie wyjaśnił.) dla co najmniej kilku osób, które podobno książkę przed wydrukiem przeczytały. Dziwi mnie, że tych nieścisłości nie wychwyciły.
Sama fabuła mnie nie porwała. Dość szybko domyśliłam się rozwiązania zagadki. Również poprowadzenie akcji i śledztwa pozostawia wiele do życzenia. Myślę, że Małecki miał dobry pomysł na książkę, ale trochę go zmarnował. Niektóre ustalenia i wnioski komisarza są bowiem dokonane jakby na siłę i nie są poparte mocnymi dowodami.
Na koniec zostawiam element, którego nie potrafię umieścić ani po stronie zalet, ani wad książki: język, jakim jest ona napisana.
A jest to język dość ubogi. Poprawny, ale nijaki. Bez charakteru. Bez polotu. Bez tego indywidualnego ducha autora, który tak sobie cenię u niektórych pisarzy.
Małecki pisze poprawnie (poza kilkoma wyjątkami, o których za chwilę), ale jakoś tak sztywno i mało plastycznym językiem. Powiedziałabym, że jego narracja to raczej suche sprawozdanie z wydarzeń. Nie pomaga to czytelnikowi wejść na arenę i poczuć emocje bohaterów. Wręcz przeciwnie. Ja jako czytelnik, wciąż byłam „obok”.
Osobiście lubię i cenię autorów-erudytów wspaniale posługujących się językiem, któremu dodatkowo nadają swój indywidualny rys i tę ich cechę widać w każdej napisanej przez nich linijce tekstu. Za to cenię genialnego Jo Nesbo, a z naszego rodzimego podwórka Zygmunta Miłoszewskiego czy Macina Ciszewskiego.
Małecki tej cechy nie posiada, dlatego początkowo byłam skłonna umieścić ten punkt po stonie wad.
Ale po pewnych przemyśleniach, związanych z gatunkiem, jakim jest „Skaza” czyli z kryminałem, uznałam, że taki prosty język niekoniecznie musi odbierać przyjemność płynącą z lektury. Dzięki temu bowiem książkę czyta się szybko, a ozdobny i wielowarstwowy język nie jest tym, co w kryminale powinno być najważniejsze i przebijać się na pierwszy plan.
Darować jednakże nie mogę autorowi kilku językowych koszmarków, jak na przykład zdania, w którym jeden z bohaterów mówi o spotkaniu kilku nastolatków z topielcem (mowa tutaj oczywiście o czasie, kiedy chłopiec jeszcze żył). Topielec wszak spotkać się już z nikim nie może. Takich zgrzytów jest w powieści kilka.
Podsumowując: „Skaza” to dość średni kryminał, ale widzę potencjał u autora, dlatego dzisiaj zabieram się za „Wadę”, mając nadzieję, że jednak więcej w niej będzie zalet.
Mam problem z oceną tej książki.
Jej lektura mnie nie rozczarowała, ale też nie zachwyciła. Powiedziałabym, że jest to kryminał średniej jakości, który ma kilka mocnych punktów, ale jeszcze więcej słabych.
Zacznę od plusów.
Niewątpliwym walorem książki Małeckiego jest główny bohater – Bernard Gross. Przyznam, że polubiłam faceta. Ten komisarz chełmżyńskiej policji to inteligentny, doświadczony facet z ciekawą i oryginalną pasją, na którego przeszłości ciąży osobista tragedia. Mianowicie dzisięć lat przed rozpoczęciem akcji „Skazy” jego żona pada ofiarą napaści, na skutek której zapada w śpiączkę trwającą do tej pory. Następstwem tego wydarzenia jest również utrata emocjonalnej bliskości Grossa z jedynym synem. I ten właśnie glina, borykający się od wielu lat z osobistym dramatem, próbuje rozwiązać kryminalną sprawę. Otóż pewnego zimowego dnia na skutym lodem jeziorze w Chełmży, znalezione zostają dwa ciała: nastolatka i starszego mężczyzny. Czy te dwie śmierci coś łączy? Czy były to tragiczne wypadki, czy też do śmierci tych przyczyniły się osoby trzecie? Na to i wiele innych pytań musi odpowiedzieć Gross.
Również inni bohaterowie powieści są dobrze nakreśleni i wiarygodni. Wierzę w te postaci, w ich życiowe wybory, rozterki, marzenia i wzajemne relacje.
Kolejnym plusem „Skazy” jest odmalowanie przez autora małego miasta, zarówno jego atrakcyjnych zakątków, jak i tych brzydszych i ciemniejszych zakamarków; jego mieszkańców i relacji między nimi; jego atmosfery i pewnej duszności, jaką charakteryzują się wszystkie takie miejscowości.
Bardzo pozytywnie oceniam również poruszenie przez autora tematu śpiączki żony Grossa i to, jak autor przedstawił życie bohatera pozostające wciąż pod wpływem tej trudnej sytuacji. Z ciekawością przeczytałam opis zakładu opiekuńczo-leczniczego fundacji „światło”, nadzieje bliskich na wybudzenie członków rodziny i ich codzienną walkę z uczuciem beznadziei.
Minusy? Chociaż może nie powinnam nazywać ich minusami, a raczej pewnymi niedociągnięciami?
Po pierwsze zbyt wiele powatrzających się opisów, które nie wnoszą niczego do akcji. No bo ile razy można czytać, że bohater zaparza sobie herbatę? Ile razy można czytać, że policjantka Skalska żuje gumę i robi z niej balony (opis tegoż powtarza się naprawdę wielokrotnie)? Szkoda, że autor dopuścił się tego zabiegu. Nudzi on czytelnika, a po którymś razie irytuje i odbiera przyjemność z lektury.
Zirytowały mnie pewne nieścisłości fabularne. Niewielkie, ale jednak. Zwłaszcza, jak przeczytałam na końcu obszerne podziękowania autora (Swoją drogą bardzo tego nie lubię, tych elaboratów pisanych przez autorów książek na końcu z podziękowaniami dla wszystkich świętych. Rzadko je czytam. Tu przeczytałam z ciekawości, czy autor wyjaśni może pewne nurtujące mnie kwestie. Nie wyjaśnił.) dla co najmniej kilku osób, które podobno książkę przed wydrukiem przeczytały. Dziwi mnie, że tych nieścisłości nie wychwyciły.
Sama fabuła mnie nie porwała. Dość szybko domyśliłam się rozwiązania zagadki. Również poprowadzenie akcji i śledztwa pozostawia wiele do życzenia. Myślę, że Małecki miał dobry pomysł na książkę, ale trochę go zmarnował. Niektóre ustalenia i wnioski komisarza są bowiem dokonane jakby na siłę i nie są poparte mocnymi dowodami.
Na koniec zostawiam element, którego nie potrafię umieścić ani po stronie zalet, ani wad książki: język, jakim jest ona napisana.
A jest to język dość ubogi. Poprawny, ale nijaki. Bez charakteru. Bez polotu. Bez tego indywidualnego ducha autora, który tak sobie cenię u niektórych pisarzy.
Małecki pisze poprawnie (poza kilkoma wyjątkami, o których za chwilę), ale jakoś tak sztywno i mało plastycznym językiem. Powiedziałabym, że jego narracja to raczej suche sprawozdanie z wydarzeń. Nie pomaga to czytelnikowi wejść na arenę i poczuć emocje bohaterów. Wręcz przeciwnie. Ja jako czytelnik, wciąż byłam „obok”.
Osobiście lubię i cenię autorów-erudytów wspaniale posługujących się językiem, któremu dodatkowo nadają swój indywidualny rys i tę ich cechę widać w każdej napisanej przez nich linijce tekstu. Za to cenię genialnego Jo Nesbo, a z naszego rodzimego podwórka Zygmunta Miłoszewskiego czy Macina Ciszewskiego.
Małecki tej cechy nie posiada, dlatego początkowo byłam skłonna umieścić ten punkt po stonie wad.
Ale po pewnych przemyśleniach, związanych z gatunkiem, jakim jest „Skaza” czyli z kryminałem, uznałam, że taki prosty język niekoniecznie musi odbierać przyjemność płynącą z lektury. Dzięki temu bowiem książkę czyta się szybko, a ozdobny i wielowarstwowy język nie jest tym, co w kryminale powinno być najważniejsze i przebijać się na pierwszy plan.
Darować jednakże nie mogę autorowi kilku językowych koszmarków, jak na przykład zdania, w którym jeden z bohaterów mówi o spotkaniu kilku nastolatków z topielcem (mowa tutaj oczywiście o czasie, kiedy chłopiec jeszcze żył). Topielec wszak spotkać się już z nikim nie może. Takich zgrzytów jest w powieści kilka.
Podsumowując: „Skaza” to dość średni kryminał, ale widzę potencjał u autora, dlatego dzisiaj zabieram się za „Wadę”, mając nadzieję, że jednak więcej w niej będzie zalet.