XXII Spiros. Z przygodą na ty, czyli Mysikrólika i PiTTa nocne po lesie się błąkanie i punktów z mapy szukanie
Ultramaratony, hipermaratony, różne runmaggedony i inne Harpagany. Dużo jest imprez, w których chodzi o walkę z własnymi ograniczeniami, o ogromny wysiłek w drodze do celu. O osiągnięcia, ale i o samo podjęcie wyzwania.
Mierzymy się w różnych sytuacjach z wyzwaniami i ograniczeniami, które sami przed sobą stawiamy. Nie przejdziemy się po lesie zwyczajnie, w dzień, tylko nocą, według mapy, a nie nawigacji GPS, ograniczeni regulaminem jeszcze na kilka sposobów; jak najszybciej, bo rywalizując z innymi. Żeby było trudniej, żeby się sprawdzić, żeby coś udowodnić. Komuś, ale przede wszystkim sobie.
Kiedy zaproponowałem Mysikrólikowi wspólny start w tegorocznym
Spirosie, na nocnej trasie pieszej 20 km, od razu zgodziliśmy się, że podejdziemy do tej imprezy dość spokojnie. Będziemy maszerować, a nie biec. Nie będziemy ścigać się z profesjonalistami. Nasz cel był prostszy - chcieliśmy przeżyć coś ciekawego.
Powiedzmy sobie bowiem zwyczajnie - to jest przyjemne. Marsz na orientację daje satysfakcję na kilku poziomach. Trochę jak gra, trochę jak sport, ale taki, który uprawia się samemu, a nie ogląda w wykonaniu innych. Jest to mała przygoda dostępna dla większości z nas. No a my przecież jesteśmy z przygodą na ty
***
Pogoda podczas Spirosa dopisała. Było zimno, ale nie padało. Po odmeldowaniu się w bazie zawodów poczekaliśmy chwilę na start. Każda kolejna osoba lub grupa startowała z niewielkim odstępem. Nieco po 22. otrzymaliśmy mapę. Jak na niezbyt doświadczonych uczestników przystało, poświęciliśmy tylko kilka minut na analizę mapy i ustalenie sekwencji odszukiwania kolejnych punktów. Dziś wiemy, że pewnie trzeba było zużyć nieco więcej czasu, dokładniej przeanalizować rzeźbę terenu itp. Nas jednak ciągnęło już w las...
Sądząc po tym, że na początku nie spotykaliśmy nikogo na trasie, wytyczyliśmy inaczej naszą drogę niż większość uczestników. Ucząc się czytania naszej mapy poszliśmy do pierwszego punktu. Zajęło nam to nieco więcej czasu, niż planowaliśmy, ale ostatecznie odnaleźliśmy znak. Odbicie perforatora, zdjęcie. Znaki nie miały własnego oświetlenia, tylko element odblaskowy. Potem był drugi punkt - jakoś nam szło. No i wtedy zaczęły się kłopoty...
Do kolejnego punktu postanowiliśmy sobie skrócić drogę idąc na azymut przez las. Odcinek był nieduży, a przy tej skali mapy rzeźba terenu nie wyglądała na ekstremalnie trudną. Problem w tym, że trafiliśmy na wyjątkowo strome zbocze, pełne wiatrołomów, zarośli, gałęzi itp. - utrzymanie stałego kierunku było praktycznie niemożliwe. Po mozolnym podejściu czekało nas wyjątkowo strome zejście, pełne śliskich liści, dziur, gałęzi, pni i innych przeszkód. Odcinek w linii prostej bardzo krótki, ale zajął nam mnóstwo czasu i kosztował ogromne zmęczenie. Gdy dotarliśmy do drogi, która miała doprowadzić nas do kolejnego punktu, chwilę zajęło nam ustalenie dokładniejszej lokalizacji i wyznaczenie kierunku dalszego marszu.
Osiągnięcie kolejnych punktów wymagało pokonania sporych odległości. W wielu miejscach leśne trakty były zarośnięte i mało czytelne. Teren jest bardzo urozmaicony, pełen wzgórz, głębokich jarów i wąwozów. Są zagłębienia po okopach i dziury wykopane przez poszukiwaczy. Organizatorzy zadbali dodatkowo o to, aby nie było zbyt łatwo - dotarcie do wielu punktów wymagało zejścia ze ścieżek czy przecinek. Kompas to za mało, ale sukcesywnie przypominały nam się sprawdzone sposoby na tego typu imprezy - odliczanie kroków, na przemian każdy z nas do stu. Przemnażanie tego na metry. Szybkie pomiary na mapie, orientowanie się po ukształtowaniu terenu, odliczanie kolejnych odgałęzień dróżek, potwierdzenie pozycji na podstawie lokalizacji wzniesień obok drogi...
Na trasie dwa dwucyfrowe punkty (lepiej punktowane) nas pokonały. Każdemu z nich poświęciliśmy mnóstwo czasu - przy jednym z nich Mysikrólik naliczył aż 40 minut mozolnego czesania lasu kolejnymi ścieżkami. A punktu i tak nie odnaleźliśmy

Po drodze czekało na nas pokonanie strumienia, wspięcie się na kilka górek, długie odcinki pokonane leśnymi drogami. Zmęczenie gdzieś tam w nas tkwiło, ale na drugim planie. Zza chmur wyszedł sierp księżyca. Na wzgórzach chłodził nas wiatr, w dolinach było wyraźnie cieplej. Pogrążony w mroku las żył, wydawał swoje - tajemnicze dla laików - odgłosy. Pod nogami trzaskały gałązki, latarki podświetlały obłoki pary naszych oddechów. Nad nami górowały czarne drzewa. Poza nami - nikogo. Było pięknie.
Od któregoś momentu zaczęliśmy spotykać kolejnych uczestników. Część to biegający doświadczeni zawodnicy, ale było też kilka zespołów podobnych nam. W którymś momencie - może było to przy łyku herbaty z termosu? - zdecydowaliśmy, że musimy zrezygnować z kilku punktów, aby bez problemu zdążyć w limicie czasu na metę. Szybkie przeliczenie odległości, ocena naszych możliwości - jeszcze tu i może tu? A tam? Zobaczymy!
Optymalnie trasę można było według organizatorów pokonać przemierzając 20 km. My przeszliśmy - czasem kołując, czasem szukając dłuższy czas punktów - około 27 km - tyle zapisały aplikacje zapisujące pokonaną ścieżkę na naszych telefonach. Nie udało nam się dotrzeć do kilku punktów, ale i tak odnaleźliśmy większość z nich. Wreszcie zmęczeni ale zadowoleni dotarliśmy do mety. Oddanie karty i... czy to już koniec?
***
Obaj z Mysikrólikiem zgadzamy się, że było warto. Nie był to z naszej perspektywy łatwy marsz. Lepsza znajomość terenu, wcześniejsze przygotowanie się, dokładniejsza analiza mapy z pewnością pozwoliłyby nam uzyskać lepszy wynik. Jednak w naszym dość spontanicznym podejściu też było wiele uroku. Kompas, latarka, dobre buty i już można... być z przygodą na ty!
Tym razem było to na Spirosie w Gdyni, ale gdzie będzie to następnym razem? Znowu marsz? Coś innego?
Kto idzie z nami?