Wietnam 2014
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Koniec laby, wyjeżdżamy z Da Latu. Wstajemy o 6, śniadanie i o siódmej już spakowani siedzimy w lobby czekając na autobus. Jeszcze przy okazji wymieniamy dolary, bo mają dobry kurs w recepcji. 10 po 7 podjeżdża busik i znów zaskok bo busik jest z najlepszego biura w Wietnamie - The Sinh Tourist (kiedyś Sinh Cafe). Okazuje się, że zbierają wszystkich chętnych do jazdy do Saigonu z różnych biur i jedziemy ich autokarem. Czysto, dają wodę i chusteczki do rąk. Po drodze zatrzymujemy się na jedzenie. Z ciekawostek po drodze - przed wjazdem do Ho Chi Minh City przy drodze widać mnóstwo krzaków kanabis.
Zjeżdżamy z autostrady i wjeżdżamy na wąską ulicę miejską. Zaczyna się korek. Samochody stoją na lewym pasie, prawy jest pusty. Okazuje się, że przed dużym skrzyżowaniem na prawy pasie stoi samochód na światłach awaryjnych. Milicyjny. Wybierają z kolejki samochodów niektóre do kontroli. Oczywiście, żeby nie było łatwo, trafiło na nas. Zjeżdżamy na bok, stajemy przy posterunku (taki murowany budyneczek jak u nas sklepy na wsi). Kierowca łapie za komórkę i gdzieś dzwoni, wychodzi z autobusu i idzie do budynku. Obok autobusu stoi inny kierowca, międli w dłoniach dokumenty samochodu, za chwilę wyjmuje z kieszeni banknoty i wkłada pomiędzy strony dokumentów. Wchodzi do posterunku. Po chwili nasz kierowca wybiega z posterunku, bierze portfel i biegnie z powrotem. W tym czasie tamten uradowany wychodzi i odjeżdża. My też za chwilę odjeżdżamy.
Biuro TST jest w samym centrum miasta dla białasów. Do hotelu mamy 15 minut na piechotę. Trochę wcześniej nas ludzie postraszyli, że ruch na ulicach gorszy niż w Hanoi, że mnóstwo złodziei, więc ruszamy trochę zestresowani. Ale okazuje się, że nie jest tak źle. Nikt nas nie zaczepia a ruch? Podsumowałem to tak, w Hanoi po pierwsze jest bardzo mało skrzyżowań ze światłami, a jak już są to prawie nikt się na nich nie zatrzymuje, w Saigonie jest mnóstwo skrzyżowań ze światłami i prawie wszyscy się na nich zatrzymują. Na poważnie to trzeba uważać, przy dużych skrzyżowaniach na motobajki, które skracają sobie drogę jadąc po chodniku.
Kolejna historia to hotel Liberty2. Wyglądał w bookingu fajnie, miał dobre opinie, no i był najdroższy (43 dolary promocja z 50, bo rezerwowaliśmy dzień przed) z tych, w których nocowaliśmy w Wietnamie. W opisie pokój miał nawet kominek, dodatkowo należał do sieci kilku hoteli w mieście.
Zaczyna się słabo, bo na recepcji znów jest gość, który nie tylko nie rozumie angielskiego, ale i bełkocze niezrozumiale. Na szczęście szef ochrony ogarnia język więc idzie się z nim dogadać. Dostajemy pokój na 9 piętrze, przy wejściu do restauracji, za oknem gruchają gołębie, chyba mają obok gniazdo. Na pierwszy rzut oka pokój wygląda porządnie, jest przestronny, duże łóżko, biurko. Zostawiamy rzeczy i schodzimy do recepcji. W międzyczasie recepcjonista miał się dowiedzieć o wycieczki - 1d w Deltę Mekongu i 1/2d do Cu Chi tunnels. Przekazuje nam ceny. Idziemy na początek sprawdzić ceny w TST, delta Mekongu jest dwa razy tańsza... Kupujemy na następny dzień i idziemy zjeść. Na rogu tej samej ulicy jest polecana w Tripadvisorze knajpa Alezboo. Miała być tania. Jak na Wietnam nie jest. Wprawdzie dania są wypasione (dostaję krewetki z ryżem w połówce ananasa) ale trzeba parę groszy zapłacić - za tego ananasa płacę ca. 7 dolarów.
Wracamy do hotelu i zaczynają się dalsze schody - w knajpie jest impreza, drą się niemiłosiernie. Niby knajpa do dziesiątej, więc nie będą przeszkadzać ale i tak słabo. Chcę się wykąpać i okazuje się, że nie można zatkać wanny. Korek jest tak rozkręcony, żeby nie można było się wykąpać. Zapycham dziurę reklamówką ale... wyraźnie zbiornik na wodę jest zbyt mały i gorącą wodą napełnia się ca 1/10 wanny, później trzeba czekać ok 20 minut żeby znów napełnić 1/10. Przy takiej zabawie ten pierwszy strzał wody staje się zimny przed napełnieniem wanny. Po kąpieli próbuję włączyć klimę i... wprawdzie działa, ale tylko można włączyć i wyłączyć, nie działa zmiana intensywności nawiewu, temperatury. Wkurzony zjeżdżam do recepcji i proszę o wyjaśnienia - na początek chcę wiedzieć gdzie jest mój zarezerwowany kominek.Koleś na recepcji nie kuma o co pytam. Stwierdzam, że to nie jest ten pokój, który zarezerwowałem i proszę o dokładnie taki jaki był w opisie. Koleś zaczyna coś bredzić o tym, że to jest właśnie taki pokój ale już jestem nakręcony. Stwierdzam, że albo dają mi upust bo pokój jest niezgodny albo dają pokój taki jak był rezerwowany. Kolo zaczyna coś opowiadać o dopłacie ale go wyśmiałem. W rezultacie gdzieś dzwoni i po chwili mówi, że da nam inny pokój, na szóstym piętrze. Jadę tam z szefem ochrony i przy okazji wyjaśniam temat kominka. Ten też nie rozumie o czym mówię. Wreszcie pokazuję mu kominek w necie a ten na to, że nie mają takiego ustrojstwa, bo przecież to by było niebezpieczne. Pokój wygląda lepiej, zmieniamy, oddaję klucze od poprzedniego i idziemy spać zmęczeni podróżą i całym dniem.
Zjeżdżamy z autostrady i wjeżdżamy na wąską ulicę miejską. Zaczyna się korek. Samochody stoją na lewym pasie, prawy jest pusty. Okazuje się, że przed dużym skrzyżowaniem na prawy pasie stoi samochód na światłach awaryjnych. Milicyjny. Wybierają z kolejki samochodów niektóre do kontroli. Oczywiście, żeby nie było łatwo, trafiło na nas. Zjeżdżamy na bok, stajemy przy posterunku (taki murowany budyneczek jak u nas sklepy na wsi). Kierowca łapie za komórkę i gdzieś dzwoni, wychodzi z autobusu i idzie do budynku. Obok autobusu stoi inny kierowca, międli w dłoniach dokumenty samochodu, za chwilę wyjmuje z kieszeni banknoty i wkłada pomiędzy strony dokumentów. Wchodzi do posterunku. Po chwili nasz kierowca wybiega z posterunku, bierze portfel i biegnie z powrotem. W tym czasie tamten uradowany wychodzi i odjeżdża. My też za chwilę odjeżdżamy.
Biuro TST jest w samym centrum miasta dla białasów. Do hotelu mamy 15 minut na piechotę. Trochę wcześniej nas ludzie postraszyli, że ruch na ulicach gorszy niż w Hanoi, że mnóstwo złodziei, więc ruszamy trochę zestresowani. Ale okazuje się, że nie jest tak źle. Nikt nas nie zaczepia a ruch? Podsumowałem to tak, w Hanoi po pierwsze jest bardzo mało skrzyżowań ze światłami, a jak już są to prawie nikt się na nich nie zatrzymuje, w Saigonie jest mnóstwo skrzyżowań ze światłami i prawie wszyscy się na nich zatrzymują. Na poważnie to trzeba uważać, przy dużych skrzyżowaniach na motobajki, które skracają sobie drogę jadąc po chodniku.
Kolejna historia to hotel Liberty2. Wyglądał w bookingu fajnie, miał dobre opinie, no i był najdroższy (43 dolary promocja z 50, bo rezerwowaliśmy dzień przed) z tych, w których nocowaliśmy w Wietnamie. W opisie pokój miał nawet kominek, dodatkowo należał do sieci kilku hoteli w mieście.
Zaczyna się słabo, bo na recepcji znów jest gość, który nie tylko nie rozumie angielskiego, ale i bełkocze niezrozumiale. Na szczęście szef ochrony ogarnia język więc idzie się z nim dogadać. Dostajemy pokój na 9 piętrze, przy wejściu do restauracji, za oknem gruchają gołębie, chyba mają obok gniazdo. Na pierwszy rzut oka pokój wygląda porządnie, jest przestronny, duże łóżko, biurko. Zostawiamy rzeczy i schodzimy do recepcji. W międzyczasie recepcjonista miał się dowiedzieć o wycieczki - 1d w Deltę Mekongu i 1/2d do Cu Chi tunnels. Przekazuje nam ceny. Idziemy na początek sprawdzić ceny w TST, delta Mekongu jest dwa razy tańsza... Kupujemy na następny dzień i idziemy zjeść. Na rogu tej samej ulicy jest polecana w Tripadvisorze knajpa Alezboo. Miała być tania. Jak na Wietnam nie jest. Wprawdzie dania są wypasione (dostaję krewetki z ryżem w połówce ananasa) ale trzeba parę groszy zapłacić - za tego ananasa płacę ca. 7 dolarów.
Wracamy do hotelu i zaczynają się dalsze schody - w knajpie jest impreza, drą się niemiłosiernie. Niby knajpa do dziesiątej, więc nie będą przeszkadzać ale i tak słabo. Chcę się wykąpać i okazuje się, że nie można zatkać wanny. Korek jest tak rozkręcony, żeby nie można było się wykąpać. Zapycham dziurę reklamówką ale... wyraźnie zbiornik na wodę jest zbyt mały i gorącą wodą napełnia się ca 1/10 wanny, później trzeba czekać ok 20 minut żeby znów napełnić 1/10. Przy takiej zabawie ten pierwszy strzał wody staje się zimny przed napełnieniem wanny. Po kąpieli próbuję włączyć klimę i... wprawdzie działa, ale tylko można włączyć i wyłączyć, nie działa zmiana intensywności nawiewu, temperatury. Wkurzony zjeżdżam do recepcji i proszę o wyjaśnienia - na początek chcę wiedzieć gdzie jest mój zarezerwowany kominek.Koleś na recepcji nie kuma o co pytam. Stwierdzam, że to nie jest ten pokój, który zarezerwowałem i proszę o dokładnie taki jaki był w opisie. Koleś zaczyna coś bredzić o tym, że to jest właśnie taki pokój ale już jestem nakręcony. Stwierdzam, że albo dają mi upust bo pokój jest niezgodny albo dają pokój taki jak był rezerwowany. Kolo zaczyna coś opowiadać o dopłacie ale go wyśmiałem. W rezultacie gdzieś dzwoni i po chwili mówi, że da nam inny pokój, na szóstym piętrze. Jadę tam z szefem ochrony i przy okazji wyjaśniam temat kominka. Ten też nie rozumie o czym mówię. Wreszcie pokazuję mu kominek w necie a ten na to, że nie mają takiego ustrojstwa, bo przecież to by było niebezpieczne. Pokój wygląda lepiej, zmieniamy, oddaję klucze od poprzedniego i idziemy spać zmęczeni podróżą i całym dniem.
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Kolejny dzień w HCMC jest prosty. Jemy śniadanie na ostatnim piętrze wieżowca. Szwedzki stół, wybór średni ale da się zjeść. Kelner niekumaty, nie gada po angielsku, więc z jajecznicy nici. O ósmej mamy wyjazd wycieczki na deltę Mekongu z biura TST. Przychodzimy dwadzieścia minut wcześniej. Rejestrujemy się, jedziemy drugim autobusem. Przerób mają nieziemski ale są profesjonalni, autobusy mają numery, wywołują przez głośniki. Wyjeżdżamy. Przewodnik rozdaje standardowo wodę i chusteczki i później opowiada co zobaczymy. Jedziemy ca 4 godziny. Dojeżdżamy do przystani. Jest toaleta, można kupić pamiątki i coś zjeść. Wsiadamy na długą łódkę z dachem i płyniemy. Trzeba przyznać, że Mekong robi wrażenie. Jest wielki. Woda niesie muł, jest brązowa, błotnista. Płyniemy pół godziny. Dopływamy do pierwszego punktu wycieczki - farma owoców tropikalnych. Idziemy pomiędzy drzewami. Dochodzimy do punktu, w którym robi się placki ryżowe z mlekiem kokosowym. Cały proces produkcji na żywo. Dalej sklep z produktami z kokosów i lunch w lokalnej restauracji. Daniem dnia jest Elephant Ear Fish. Ryba pieczona w cieniutkiej panierce z płatkami kokosów stoi na specjalnym stojaku. Przychodzi kelnerka, która przygotowuje finalną potrawę. Mięso ryby, razem z ogórkiem i zieleniną zanurzone w sosie zawija w placek ryżowy i podaje każdemu przy stole. Porcja to dwie sztuki na osobę. Poza tym standardowo, zupa, kurczak z warzywami itd. Jedzenia jest wystarczająco dużo. Napoje dodatkowo płatne. My bierzemy soki, reszta kokosy. Mamy ciekawego współtowarzysza - Japończyk. Daje nam część kokosa do jedzenia. Anka nigdy nie jadła, więc dla niej to atrakcja. Gość dziękując składa dłonie i kłania się. Podczas jedzenia zaobserwowaliśmy, że potrawy nabiera drugą (grubszą) stroną pałeczek, tak jakby nie chciał nabierać tą częścią, którą bierze do ust jedząc.
Po obiedzie wsiadamy na łódkę i płyniemy w poprzek rzeki, wpływamy w wąski kanał, tak że liście palm uderzają o dach łodzi. Dopływamy do brzegu. Wpierw produkcja gadżetów z kokosów. Na ziemi siedzi facet, który robi pałeczki. Później oglądamy różne gatunki orzechów kokosowych. Dalej przechodzimy do swoistej restauracji, gdzie podają nam herbatę ze świeżym miodem. Tutaj można kupić wszystko co się produkuje na fermie pszczół. Ciekawostką jest, że właściciel pszczół "dzierżawi" miejsca w ogrodach i przenosi pszczoły. Można podejść do uli, otworzyć daszek i zobaczyć jak pracują.
Wygląda na to, że zacznie padać. Przewodnik rozdaje nam peleryny. Przechodzimy przez kolejne farmy i dochodzimy do drogi. Tam czekają na nas wózki na dwóch kołach ciągnięte przez koniki. Dojeżdżamy do kolejnej ścieżki. Zaczęło trochę kropić, wszyscy założyli pelerynki, bo idziemy na piechotę do kolejnej "knajpki". Tutaj degustujemy owoce i słuchamy występów kapeli regionalnej. Wieś gra i śpiewa. Jakoś nie podchodzi mi ten rodzaj muzyki. Siedzimy ca pół godziny, zrzutka dla muzyków i śmigamy dalej. Tym razem płyniemy łodzią wiosłową. Cztery osoby w łódce i dwie Wietnamki wiosłują. Wąziutki kanał. Trzeba przyznać, że robi wrażenie, jest atmosfera jak z amerykańskich filmów o poszukiwaczach skarbów. I nawet fakt, że po dopłynięciu do naszego stateczku panie odpalają silnik i wracają szybko po następnych turystów nie psuje efektu. Płyniemy do miejsca ostatniej atrakcji. Na początku myślałem, że to ma być fabryka świec (candle) a to była fabryka cukierków (candy). Okazuje się, że z mleka kokosowego są produkowane... krówki. Po przeczytaniu później receptury na nasze polskie krówki wyszło, że to jest dokładnie to samo. Tylko ma posmak kokosów.
I to by było na tyle. Wracamy do autobusu i z powrotem do miasta. Z biura idziemy do hotelu, odpoczywamy chwilę i schodzimy na dół zobaczyć bazar. Największy bazar w HCMC jest 200 metrów od naszej lokalizacji. Tłum sprzedawców, mnóstwo białasów. Z bazaru idziemy jeszcze na spacer nad rzekę. Tutaj trzeba wykazać się sprytem, bo wzdłuż rzeki jest ulica, po trzy pasy w każdą stronę i nie ma świateł. Ale jakoś już to ogarniamy więc udaje się przejść bez większych problemów. Nad rzeką dużo ludzi spaceruje, przy wybrzeżu stoją statki z restauracjami na pokładzie. Fajnie oświetlone. Robimy trochę zdjęć i wracamy spać.
Po obiedzie wsiadamy na łódkę i płyniemy w poprzek rzeki, wpływamy w wąski kanał, tak że liście palm uderzają o dach łodzi. Dopływamy do brzegu. Wpierw produkcja gadżetów z kokosów. Na ziemi siedzi facet, który robi pałeczki. Później oglądamy różne gatunki orzechów kokosowych. Dalej przechodzimy do swoistej restauracji, gdzie podają nam herbatę ze świeżym miodem. Tutaj można kupić wszystko co się produkuje na fermie pszczół. Ciekawostką jest, że właściciel pszczół "dzierżawi" miejsca w ogrodach i przenosi pszczoły. Można podejść do uli, otworzyć daszek i zobaczyć jak pracują.
Wygląda na to, że zacznie padać. Przewodnik rozdaje nam peleryny. Przechodzimy przez kolejne farmy i dochodzimy do drogi. Tam czekają na nas wózki na dwóch kołach ciągnięte przez koniki. Dojeżdżamy do kolejnej ścieżki. Zaczęło trochę kropić, wszyscy założyli pelerynki, bo idziemy na piechotę do kolejnej "knajpki". Tutaj degustujemy owoce i słuchamy występów kapeli regionalnej. Wieś gra i śpiewa. Jakoś nie podchodzi mi ten rodzaj muzyki. Siedzimy ca pół godziny, zrzutka dla muzyków i śmigamy dalej. Tym razem płyniemy łodzią wiosłową. Cztery osoby w łódce i dwie Wietnamki wiosłują. Wąziutki kanał. Trzeba przyznać, że robi wrażenie, jest atmosfera jak z amerykańskich filmów o poszukiwaczach skarbów. I nawet fakt, że po dopłynięciu do naszego stateczku panie odpalają silnik i wracają szybko po następnych turystów nie psuje efektu. Płyniemy do miejsca ostatniej atrakcji. Na początku myślałem, że to ma być fabryka świec (candle) a to była fabryka cukierków (candy). Okazuje się, że z mleka kokosowego są produkowane... krówki. Po przeczytaniu później receptury na nasze polskie krówki wyszło, że to jest dokładnie to samo. Tylko ma posmak kokosów.
I to by było na tyle. Wracamy do autobusu i z powrotem do miasta. Z biura idziemy do hotelu, odpoczywamy chwilę i schodzimy na dół zobaczyć bazar. Największy bazar w HCMC jest 200 metrów od naszej lokalizacji. Tłum sprzedawców, mnóstwo białasów. Z bazaru idziemy jeszcze na spacer nad rzekę. Tutaj trzeba wykazać się sprytem, bo wzdłuż rzeki jest ulica, po trzy pasy w każdą stronę i nie ma świateł. Ale jakoś już to ogarniamy więc udaje się przejść bez większych problemów. Nad rzeką dużo ludzi spaceruje, przy wybrzeżu stoją statki z restauracjami na pokładzie. Fajnie oświetlone. Robimy trochę zdjęć i wracamy spać.
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9298
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 80 razy
- Otrzymał podziękowań: 610 razy
DobrePawelK pisze:Obok autobusu stoi inny kierowca, międli w dłoniach dokumenty samochodu, za chwilę wyjmuje z kieszeni banknoty i wkłada pomiędzy strony dokumentów. Wchodzi do posterunku.
O tych nagrobkach na polach uprawnych, to Chiny były kiedyś dumne, że Rewolucja Kulturalna zlikwidowała ten zwyczaj i dzięki temu wzrosła powierzchnia upraw. Podoba mi się też sposób podawania ryby w całości, chyba wprowadzę to u nas na wigilii, wtedy nie będę musiał skrobać karpi ani obcinać łbów i płetw
Nie zostały Wam te krówki z mleka kokosowego ?
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Zdjęcia z powrotu do Saigonu i parę nocnych fotek z miasta. Na pierwszym zdjęciu to czego nie można zobaczyć w innych miastach - specjalne pasy dla motobajków.
Z ciekawostek, ludzie wożą dzieci na tych motobajkach, ale wbrew pozorom nie jest to takie niebezpieczne jak się wydaje. Widzieliśmy zarówno specjalne pasy, którymi dorośli przypinali dzieci do siebie jak i siedziska dla dzieci montowane na motorkach.



Z ciekawostek, ludzie wożą dzieci na tych motobajkach, ale wbrew pozorom nie jest to takie niebezpieczne jak się wydaje. Widzieliśmy zarówno specjalne pasy, którymi dorośli przypinali dzieci do siebie jak i siedziska dla dzieci montowane na motorkach.



- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Pamiętacie taką piosenkę z dzieciństwa? To leciało tak:
"Wietnam, Wietnam pali się,
Kukurydza praży się,
Wietnamczyki, skurczybki
W chowanego bawią się"
Otóż kolejny dzień w HCMC był pod znakiem tej piosenki.
Rozpoczęliśmy od spaceru do Muzeum Wojny (czy jak to nazwano formalnie Muzeum Pamiątek Wojennych), czyli od pierwszych dwóch wersów tego utworu.
Ponieważ to była sobota, więc było trochę tłoku. Bilet tylko 10 tysięcy dongów, więc baaaardzo tanio. Mnóstwo szkolnych wycieczek.
Dziedziniec muzeum zapełniony zdobycznym sprzętem - samoloty, bomby, czołgi i cała reszta ciężkiego sprzętu wojskowego. Wszystko amerykanckie. Można wejść również do stylizowanego kawałka więzienia, znów z nieodłączną francuską gilotyną. Budynek muzeum bardzo nowoczesny. Obejmuje kilka wystaw. Na parterze głównie materiały propagandowe antywojenne z różnych krajów świata oraz zdjęcia z manifestacji. Tutaj już nie znaleźliśmy polskich akcentów. Na piętrze wystawy obrazujące okrucieństwo amerykańskiej armii. Rozpoczyna się od wystawy pokazującej skutki ataku przy pomocy broni chemicznej (Agent Orange). Są zdjęcia zarówno terenów, jak i ludzi przed i po atakach, upośledzonych dzieci ludzi, którzy przeżyli i opisy ich historii. Kolejna sala to wystawa szeroko pojętej broni (broń ręczna, granty, miny, bomby i to wszystko co służyło do zabijania). Dalej jedziemy z historiami fotoreporterów oraz ich produktami, czyli wybranymi zdjęciami. Dla mnie clou tej wystawy to było zdjęcie "An American soldier with the skull of a Vietnamese patriot". Wprawdzie pewnie nikt nie wie czyja to czaszka, ale ONI wiedzą - wietnamskiego patrioty. Co oczywiście nadal nie zmienia faktu, że Amerykanie zabijali Wietnamczyków i mają oni pełne prawo czuć się pokrzywdzeni. Po przeczytaniu opinii turystów o muzeum, w szczególności zastrzeżeń co do uczciwości wystaw, praniu mózgów, indoktrynacji itp. stwierdziłem, że przecież to tylko "wyższe cywilizacje" oczekują samobiczowania. Najlepiej gdyby się samobiczowali nasi przeciwnicy. Nikt normalny nie będzie w muzeum opowiadał o okrucieństwie własnej armii, nawet jeśli była okrutna. I Wietnamczycy doskonale się wpisują w tą filozofię. Zostali pokrzywdzeni i to pokazują. Myślę, że z takim podejściem należy oglądać te ich miejsca pamięci.
Ale kończąc filozofię. Wracamy do hotelu na piechotkę. Krótki odpoczynek i idziemy wykupić wycieczkę na popołudnie do drugiej części piosenki czyli tej o bawiących się w chowanego Wietnamczykach - Cu Chi Tunnels.
Niestety TST nie sprzedaje wycieczek popołudniowych, więc zmierzamy do biura, którego ulotkę dostaliśmy w hotelu Juan Travel. Hotelowy recepcjonista chciał od nas za nią ca 10 dolarów, okazuje się, że możemy w biurze zapłacić niecałe 5. Plus koszt biletów na wejście do skansenu (chyba 90 K dongów). Mamy jeszcze dwie godziny do odjazdu, więc idziemy na kawę przy uliczce, przy której jest biuro. Po kawie idziemy się przejść i wpadają na nas dwie starsze pary pytające się o miejsce gdzie można coś zjeść. Polecamy naszą przedwczorajszą restaurację. Facet pyta się skąd jesteśmy, a gdy dowiaduje się, że z Polski, na twarzy pojawia mu się uśmiech. Woła panią, która czekała obok. Okazuje się, że oni są z Australii ale pani jest z pochodzenia Polką. Jej mama urodziła się w Nowym Sączu. Dla wnuków pani jest cały czas grandma Krysia. Podchodzi również jej mąż, który namawia Ankę, aby rozmawiała z panią po polsku
Gadamy z dziesięć minut. Niestety my musimy już zmierzać do biura, a oni się stają głodni.
W biurze siedzi już kilka osób. Podjeżdża busik (ca 20 osób). Jedziemy jeszcze pod parę hoteli zbierać ludzi i... spotykamy Anglika z dziewczyną, którzy jechali tym samym autobusem co my z Hue do Nha Trang. Koleś był wtedy narąbany maksymalnie, tak że kilka razy wywracał się na podłogę w przejściu zanim dotarł do swojego legowiska, ale poznaje nas i macha ręką.
Do Cu Chi jest ca 70 km. Przewodnik po drodze opowiada o Cu Chi, wojnie i wielkiej krzywdzie Wietnamczyków. Wyraźnie jest zirytowany tym, że Wietnamczycy nie dostali od Stanów rekompensaty za straty wojenne i działanie Orange Agent.
Na początek wjeżdżamy do pokazowej wytwórni pamiątek, gdzie pracują ludzie dotknięci chorobami po działaniu tego specyfiku. Wytwórnia to wielka hala bez klimy, gdzie ludzie siedzą przy stolikach i tworzą, każdy swoją robotę, ten coś przykleja, tamten piłuje itd. Finalnie wychodzi z tego "hand made" i kosztuje kosmiczne pieniądze. Kosztuje już w hali obok, gdzie nie pozwalają robić zdjęć. Niby wszystko to samo co w innych sklepach z pamiątkami tylko ceny o jedno zero większe. Może Amerykanie się poczują, my raczej się nie poczuwamy, więc zmykamy ze sklepu i czekamy na busik.
Dojeżdżamy do skansenu. Przewodnik kupuje i rozdaje nam wejściówki. Nie ma co opisywać kolejności. Na terenie można zobaczyć wszystko co ciekawe i co pozwoli na wyobrażenie sobie jak to wszystko w dżungli działało: wejścia do tuneli wielkości kartki A4, okopy, leje po bombach, rozwalony amerykański czołg, lepianki, wyposażenie żołnierzy Vietkongu, są nawet figurki poubierane w mundury. Oglądamy cały zestaw pułapek zastawianych przez Wietnamczyków, przewodnik przy każdej obrazowo opisuje jak działała, które kolce gdzie i w którym momencie wbijały się w ciało. Szczerze mówiąc większość z tych pułapek nie różni się od sideł, które wcześniej pewnie wieśniacy zastawiali na dzikie zwierzęta w dżungli. Niewątpliwą atrakcją dla wielu osób jest możliwość postrzelania sobie z broni palnej na strzelnicy. Trzeba kupić min. 10 strzałów, jeden strzał kosztuje od dolara w górę. Kałasznikow to koszt 2 dolary za strzał. Jestem jednak zawiedziony, bo strzela się do tarczy z postaciami dzikich zwierząt, ja bym preferował przynajmniej Rambo
Kolejna atrakcja to ponadstumetrowy fragment tunelu, którym można sobie przejść. W przeciwieństwie do tuneli z czasów wojny, ten ma wyjścia co 20 metrów i jak się okazuje słusznie. Mi wystarczyło 60 metrów. Trzeba iść na czworakach, ocierając się w niektórych miejscach o ścianki, no i czasami nie starcza światła . Wychodzę i wracamy z Anką, która nie zdecydowała się na przejście, żeby zrobić zdjęcia. Młodzi Szwedzi, którzy traktują tą wycieczkę prawie jak wyjście do wesołego miasteczka (wieszali się np. na lufie czołgu) przechodzą cały tunel i zadowoleni otrzepują się z rudej ziemi. Jeszcze tylko przewodnik opowiada nam o mykach pozwalających na zmylenie lotników amerykańskich, co do umiejscowienia podziemnych lokali, dym z kuchni nie był wyprowadzany bezpośrednio nad pomieszczeniem tylko kilkaset metrów dalej przy użyciu wydrążonego w ziemi swoistego komina. Na koniec oglądamy film propagandowy z lat 60 pokazujący piękne życie mieszkańców Cu Chi, zniszczenia spowodowane przez Amerykanów oraz bohaterską walkę Wietnamczyków, w szczególności pięknych pań w mundurach. Ot taki typowy dla tego okresu wytwór.
Zaczyna padać, więc po 10 minutach filmu zabieramy się do busika i zmykamy do miasta. Sobota wieczór to niemiłosierne korki, dobrze, że w Saigonie przy większych ulicach są oddzielne pasy dla motobajków, bo pewnie i nasza podróż by trwała dwa razy dłużej. Jeszcze krótki spacerek i idziemy spać.
"Wietnam, Wietnam pali się,
Kukurydza praży się,
Wietnamczyki, skurczybki
W chowanego bawią się"
Otóż kolejny dzień w HCMC był pod znakiem tej piosenki.
Rozpoczęliśmy od spaceru do Muzeum Wojny (czy jak to nazwano formalnie Muzeum Pamiątek Wojennych), czyli od pierwszych dwóch wersów tego utworu.
Ponieważ to była sobota, więc było trochę tłoku. Bilet tylko 10 tysięcy dongów, więc baaaardzo tanio. Mnóstwo szkolnych wycieczek.
Dziedziniec muzeum zapełniony zdobycznym sprzętem - samoloty, bomby, czołgi i cała reszta ciężkiego sprzętu wojskowego. Wszystko amerykanckie. Można wejść również do stylizowanego kawałka więzienia, znów z nieodłączną francuską gilotyną. Budynek muzeum bardzo nowoczesny. Obejmuje kilka wystaw. Na parterze głównie materiały propagandowe antywojenne z różnych krajów świata oraz zdjęcia z manifestacji. Tutaj już nie znaleźliśmy polskich akcentów. Na piętrze wystawy obrazujące okrucieństwo amerykańskiej armii. Rozpoczyna się od wystawy pokazującej skutki ataku przy pomocy broni chemicznej (Agent Orange). Są zdjęcia zarówno terenów, jak i ludzi przed i po atakach, upośledzonych dzieci ludzi, którzy przeżyli i opisy ich historii. Kolejna sala to wystawa szeroko pojętej broni (broń ręczna, granty, miny, bomby i to wszystko co służyło do zabijania). Dalej jedziemy z historiami fotoreporterów oraz ich produktami, czyli wybranymi zdjęciami. Dla mnie clou tej wystawy to było zdjęcie "An American soldier with the skull of a Vietnamese patriot". Wprawdzie pewnie nikt nie wie czyja to czaszka, ale ONI wiedzą - wietnamskiego patrioty. Co oczywiście nadal nie zmienia faktu, że Amerykanie zabijali Wietnamczyków i mają oni pełne prawo czuć się pokrzywdzeni. Po przeczytaniu opinii turystów o muzeum, w szczególności zastrzeżeń co do uczciwości wystaw, praniu mózgów, indoktrynacji itp. stwierdziłem, że przecież to tylko "wyższe cywilizacje" oczekują samobiczowania. Najlepiej gdyby się samobiczowali nasi przeciwnicy. Nikt normalny nie będzie w muzeum opowiadał o okrucieństwie własnej armii, nawet jeśli była okrutna. I Wietnamczycy doskonale się wpisują w tą filozofię. Zostali pokrzywdzeni i to pokazują. Myślę, że z takim podejściem należy oglądać te ich miejsca pamięci.
Ale kończąc filozofię. Wracamy do hotelu na piechotkę. Krótki odpoczynek i idziemy wykupić wycieczkę na popołudnie do drugiej części piosenki czyli tej o bawiących się w chowanego Wietnamczykach - Cu Chi Tunnels.
Niestety TST nie sprzedaje wycieczek popołudniowych, więc zmierzamy do biura, którego ulotkę dostaliśmy w hotelu Juan Travel. Hotelowy recepcjonista chciał od nas za nią ca 10 dolarów, okazuje się, że możemy w biurze zapłacić niecałe 5. Plus koszt biletów na wejście do skansenu (chyba 90 K dongów). Mamy jeszcze dwie godziny do odjazdu, więc idziemy na kawę przy uliczce, przy której jest biuro. Po kawie idziemy się przejść i wpadają na nas dwie starsze pary pytające się o miejsce gdzie można coś zjeść. Polecamy naszą przedwczorajszą restaurację. Facet pyta się skąd jesteśmy, a gdy dowiaduje się, że z Polski, na twarzy pojawia mu się uśmiech. Woła panią, która czekała obok. Okazuje się, że oni są z Australii ale pani jest z pochodzenia Polką. Jej mama urodziła się w Nowym Sączu. Dla wnuków pani jest cały czas grandma Krysia. Podchodzi również jej mąż, który namawia Ankę, aby rozmawiała z panią po polsku
W biurze siedzi już kilka osób. Podjeżdża busik (ca 20 osób). Jedziemy jeszcze pod parę hoteli zbierać ludzi i... spotykamy Anglika z dziewczyną, którzy jechali tym samym autobusem co my z Hue do Nha Trang. Koleś był wtedy narąbany maksymalnie, tak że kilka razy wywracał się na podłogę w przejściu zanim dotarł do swojego legowiska, ale poznaje nas i macha ręką.
Do Cu Chi jest ca 70 km. Przewodnik po drodze opowiada o Cu Chi, wojnie i wielkiej krzywdzie Wietnamczyków. Wyraźnie jest zirytowany tym, że Wietnamczycy nie dostali od Stanów rekompensaty za straty wojenne i działanie Orange Agent.
Na początek wjeżdżamy do pokazowej wytwórni pamiątek, gdzie pracują ludzie dotknięci chorobami po działaniu tego specyfiku. Wytwórnia to wielka hala bez klimy, gdzie ludzie siedzą przy stolikach i tworzą, każdy swoją robotę, ten coś przykleja, tamten piłuje itd. Finalnie wychodzi z tego "hand made" i kosztuje kosmiczne pieniądze. Kosztuje już w hali obok, gdzie nie pozwalają robić zdjęć. Niby wszystko to samo co w innych sklepach z pamiątkami tylko ceny o jedno zero większe. Może Amerykanie się poczują, my raczej się nie poczuwamy, więc zmykamy ze sklepu i czekamy na busik.
Dojeżdżamy do skansenu. Przewodnik kupuje i rozdaje nam wejściówki. Nie ma co opisywać kolejności. Na terenie można zobaczyć wszystko co ciekawe i co pozwoli na wyobrażenie sobie jak to wszystko w dżungli działało: wejścia do tuneli wielkości kartki A4, okopy, leje po bombach, rozwalony amerykański czołg, lepianki, wyposażenie żołnierzy Vietkongu, są nawet figurki poubierane w mundury. Oglądamy cały zestaw pułapek zastawianych przez Wietnamczyków, przewodnik przy każdej obrazowo opisuje jak działała, które kolce gdzie i w którym momencie wbijały się w ciało. Szczerze mówiąc większość z tych pułapek nie różni się od sideł, które wcześniej pewnie wieśniacy zastawiali na dzikie zwierzęta w dżungli. Niewątpliwą atrakcją dla wielu osób jest możliwość postrzelania sobie z broni palnej na strzelnicy. Trzeba kupić min. 10 strzałów, jeden strzał kosztuje od dolara w górę. Kałasznikow to koszt 2 dolary za strzał. Jestem jednak zawiedziony, bo strzela się do tarczy z postaciami dzikich zwierząt, ja bym preferował przynajmniej Rambo
Kolejna atrakcja to ponadstumetrowy fragment tunelu, którym można sobie przejść. W przeciwieństwie do tuneli z czasów wojny, ten ma wyjścia co 20 metrów i jak się okazuje słusznie. Mi wystarczyło 60 metrów. Trzeba iść na czworakach, ocierając się w niektórych miejscach o ścianki, no i czasami nie starcza światła . Wychodzę i wracamy z Anką, która nie zdecydowała się na przejście, żeby zrobić zdjęcia. Młodzi Szwedzi, którzy traktują tą wycieczkę prawie jak wyjście do wesołego miasteczka (wieszali się np. na lufie czołgu) przechodzą cały tunel i zadowoleni otrzepują się z rudej ziemi. Jeszcze tylko przewodnik opowiada nam o mykach pozwalających na zmylenie lotników amerykańskich, co do umiejscowienia podziemnych lokali, dym z kuchni nie był wyprowadzany bezpośrednio nad pomieszczeniem tylko kilkaset metrów dalej przy użyciu wydrążonego w ziemi swoistego komina. Na koniec oglądamy film propagandowy z lat 60 pokazujący piękne życie mieszkańców Cu Chi, zniszczenia spowodowane przez Amerykanów oraz bohaterską walkę Wietnamczyków, w szczególności pięknych pań w mundurach. Ot taki typowy dla tego okresu wytwór.
Zaczyna padać, więc po 10 minutach filmu zabieramy się do busika i zmykamy do miasta. Sobota wieczór to niemiłosierne korki, dobrze, że w Saigonie przy większych ulicach są oddzielne pasy dla motobajków, bo pewnie i nasza podróż by trwała dwa razy dłużej. Jeszcze krótki spacerek i idziemy spać.

















































































































































































