Bardzo dziękujemy Yvonne za gościnę. Było oczywiście wspaniale. Bydgoszcz bardzo mi się spodobała. Miasto dużo zyskuje, gdy przez nie przepływają rzeczki i kanały, wzdłuż których można chodzić czy usiąść przy nich na pierogi, kawę, czy miodownik.
Nie jestem pewien czy będzie jakaś oficjalna relacja więc może w telegraficznym skrócie napiszę co nam się udało zobaczyć.
Piątek
Wyruszyliśmy ok. 17.00 z Opalenicy i o dziwo podróż okazała się w miarę szybka. Nawet obwodnica Poznania nie była mocno zatłoczona jak ma w zwyczaju. Dużo ułatwia też S5 omijająca Gniezno. W każdym razie o 19.30 byliśmy na miejscu.
Oprócz gospodyni i Adama, powitał nas także Dafi, w którym moje dzieci się oczywiście z miejsca zakochały i rozpoczęło się tradycyjne urabianie ojca pod tytułem "Jak fajnie byłoby mieć psa". Dodam tylko, że ojciec choć zwierzaki bardzo lubi, serce ma twarde.
Nie mieliśmy na ten dzień zaplanowanych atrakcji plenerowych. Za to zjedliśmy przepyszną kolację, chociaż nie wiem, czy tak można nazwać posiłek o godzinie 20.00 składający się ze wspaniałej zupy-krem z cukinii, oraz zapiekanki makaronowej. Yvonne sporządziła oczywiście wersję wegetariańską, która nie cieszyła się zbyt dużym powodzeniem

, oraz wersji zdecydowanie bardziej dla ludzi z kurczakiem. Zjadłem sporą porcję, dokładkę i resztę po moich dzieciach, a wtedy wjechał deser w postaci tiramisu. Dla mnie to już było zbyt wiele, ale i tak swoją porcję zjadłem do końca wieczoru. Niestety nie udokumentowałem opisanej sytuacji na zdjęciach, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że wszystko było prima sort.
W ramach spalenia kalorii, zrobiliśmy to co większość rodaków i uwaliliśmy się przed telewizorem. Wybór padł na "Rejs". Adam i Robas nie widzieli, a reszta postanowiła sobie go odświeżyć. Płakaliśmy ze śmiechu z Yvonne jak bobry, podczas gdy Adam zasnął po ok 10 min., a Robas na końcu stwierdził, że film był bez sensu, choć zauważył, że dużo powiedzonek zna, tylko nie wiedział, że to z tego filmu.
Siusiu, paciorek i spać.
Sobota
Po śniadanku wyruszyliśmy na zwiedzanie Bydgoszczy.
Może coś pomylę, ale z grubsza wyglądało to tak.
Najpierw przysiedliśmy się do jednego pana na ławeczkę. Okazało się, że był to niejaki Marian Rejewski, który to jak pewnie większość wie, rozpracował wraz z kolegami maszynę szyfrującą Enigma. Jako bydgoszczanin, ma swoją ławeczkę i odlew z metalu na zbiegu ulic Gdańskiej i śniadeckich.
Następnie przeszliśmy pod niedawno zrekonstruowaną fontannę
Potop w parku Kazimierza Wielkiego. Trzeba przyznać, że nie powstydziłoby się jej żadne miasto, z Rzymem na czele. Oczywiście brak zdjęć, ale może Yvonne coś wrzuci. Ja się napawałem widokiem i nie miałem głowy do pstrykania.
Po drodze wdepnęliśmy jeszcze do hotelu
Pod orłem. Hotel zbudowano pod koniec XIX wieku, z przeróbkami w dwudziestoleciu międzywojennym, posiada więc niesamowity klimat. Mnie najbardziej zachwyciła klatka schodowa.
W celu urozmaicenia zwiedzania dla dzieci, Yvonne sprezentowała im książeczki z którymi spaceruje się po mieście i zapisuje cyfry składające się na szyfr do zagadki. Z szukaniem rozwiązań szło różnie, ale mieliśmy przynajmniej plan wg którego się poruszaliśmy. I tak, trafiliśmy m.in. do starego tramwaju, w którym odbywał się szybki kurs zecerski.
Niestety nie udało nam się dokończyć spaceru wg przewodnika. W jednym z punktów zablokowali nas umundurowani osobnicy z trąbami. Prawdopodobnie byli to Niemcy.
Nic nie szkodzi, dokończymy innym razem, a zamiast tego zwiedziliśmy barkę zacumowaną na Brdzie.
Oprowadzali nas nie jacyś przypadkowi ludzie, tylko osoby które urodziły się dosłownie na tej barce, mieszkali na niej i zarabiali, w czasach gdy jeszcze dało się po naszych rzekach pływać.
A oprowadzał nas ten pan, tylko nieco starszy:
Odwiedziliśmy jeszcze pana Twardowskiego
Była też chwila relaksu na krześle znajdującym się na Wyspie Młyńskiej.
Poszliśmy oczywiście zobaczyć słynny już bydgoski skarb wykopany w katedrze podczas prac archeologicznych. Zdjęcia wyszły mi marne więc nie wrzucam. Kilkaset monet w świetnym stanie robi na prawdę duże wrażenie. Monety pochodzą z różnych krajów, najwięcej jest z Niderlandów. Wspaniały skarb. Data graniczna wszystkich monet to połowa XVII w., więc wysuwał się oczywisty wniosek, że skarb został ukryty przed Szwedami. Podczas wizyty w Europejskim Centrum Pieniądza, gdzie znajduje się skarb z fary, dołączyli do nas Iryccy.
Dalej już wspólnie udaliśmy się do pierogarni
Stary Młyn.
Tu zdjęcie z prawidłowym rozróżnieniem podłogi i sufitu

Wszyscy byli bardzo głodni więc zanim pomyśleliśmy o uwiecznieniu dań dla TomaszKa, już je spałaszowaliśmy.

W każdym razie jeśli ktoś lubi pierogi, to restauracja jest warta polecenia, zwłaszcza że znajduje się w przyjemnym dla oka miejscu. Padła nawet propozycja, żeby powtórzyć, ale raczej nie dalibyśmy rady zjeść. Co prawda Yvonne i irycki zamówili sobie deser w postaci kawałeczka

miodownika z bitą śmietaną, ale Yvonne musiał pomóc Adam, a irycki poddał się w 3/4 kawałka.
Nie przeszkodziło nam to za ok. 20 minut zjeść po lodzie w drodze powrotnej do samochodów. Największe powodzenie miał smak mango.
Iryccy obejrzeli fontannę i hotel i przenieśliśmy się do bazy nad Brdą, gdzie wieczorem w ogrodzie miało być ognisko z kiełbaskami.
Zazdroszczę takiego ogrodu. Jakbym miał taki teren, mógłbym się wyżyć na polu ogrodniczym i sadowniczym. W dole dzika rzeka z rybami, a po zaroślach łażą i skrzeczą bażanty. Przy ognisku głównie gadaliśmy, śpiewów nie było. Moje struny głosowe uzyskały odpowiedni poziom bardzo późno, a wtedy zostaliśmy już tylko z Adamem i jego znajomym Maciejem.
Niedziela
A niech kto inny napisze. Zwłaszcza, że po śniadaniu dołączyli do nas Hanka i TomaszL z synem Marcinem. Powiem tylko że czas płynął szybko i było bombowo.