Nieustannie podążając za dukatem Łokietka - marcowy Kraków
: 25 mar 2017, 19:23
Moje wyjazdy służbowe do Francji mają swoje plusy i minusy. Jednym z niewątpliwych plusów jest możliwość podróżowania z dowolnego miasta, jakie sobie wybiorę. Dzięki temu, że w lutym leciałam z Warszawy, mogłam spotkać się na dobrym obiedzie z PawłemK, Iryckim i Marysią.
W tym miesiącu postanowiłam, że w drodze powrotnej odwiedzę Kraków i skorzystam z miłego zaproszenia Beaty i Tomaszka.
W piątkowe popołudnie wsiadłam do samolotu na lotnisku w Paryżu, po czym dotarłam do Frankfurtu. Sytuacja była niezbyt optymistyczna, ponieważ z powodu lekkiego opóźnienia, na przesiadkę miałam zaledwie kilkanaście minut. Jeszcze nigdy nie pędziłam tak przez korytarze lotniska … A to we Frankfurcie jest naprawdę duże! Cóż, z wuefu miałam zawsze piątki, zatem udało się! Zdążyłam!
Na lotnisku w Krakowie przywitał mnie uśmiechnięty TomaszK. Udaliśmy się jego nowym wehikułem do uroczego domu, gdzie czekała na nas Beata. Piątkowy wieczór spędziliśmy przy stole zajadając pyszną kolację, rozmawiając na różne tematy, a także oglądając „Taniec z gwiazdami”, który tak mnie wciągnął, że wczoraj obejrzałam kolejny odcinek.
Sobotni poranek przywitał nas deszczem. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, ponieważ program przewidywał zwiedzanie miejsc „pod dachem”. Najpierw udaliśmy się, zgodnie z obietnicą Tomaszka, do Muzeum Narodowego, aby obejrzeć wspaniały zbiór monet polskich Emeryka Hutten-Czapskiego.
Tutaj wspomnieć muszę o dwóch walorach, dzięki którym wizyta w muzeum, trwająca trzy godziny, była wspaniałą przygodą. Otóż po pierwsze, miałam przyjemność odwiedzić muzeum świeżo po lekturze „Pana Samochodzika i zagadek Fromborka”, a po drugie, zwiedzałam je w towarzystwie Tomaszka, który okazał się ekspertem w dziedzinie monet. I nie ma tu żadnej przesady. O każdej prawie monecie potrafi opowiadać tak zajmująco, że ich historia staje przed oczami jak wielokolorowy obraz. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że historia monet może być tak zajmująca.
Szczególną uwagę poświęciliśmy trzem monetom, które mają osobne gabloty, a są to: Gnezdun civitas, Złoty dukat Łokietka (dowiedziałam się, że jego poprawna nazwa to „floren”), a także bardzo mi bliska Studukatówka Zygmunta III Wazy wybita w mennicy bydgoskiej w roku 1621.
Obejrzeliśmy monety pamiątkowe, wybite z okazji pewnych wydarzeń, jak np. moneta przedstawiająca pożar Torunia, czy monety wybijane przez władców dla dam ich serc.
Oglądając te maleńkie dzieła sztuki, o których tak pięknie pisał Nienacki w siódmej części przygód naszego ulubionego bohatera, nie można nie zwrócić uwagi na precyzję ich wykonania, na misterność szczegółów, na wspaniałe symbole, napisy łacińskie czy też portrety władców.
Po raz pierwszy zobaczyłam donatywy i poznałam ich historię, oczywiście z ust Tomaszka, dla którego wiedzy mój podziw wzrósł niepomiernie. Z zapartym tchem wysłuchałam historii słynnego fałszerza Józefa Majnerta.
Poza monetami obejrzeliśmy ciekawe ekspozycje banknotów, bonów i map.
Na jednej z map czujne oko Tomaszka wypatrzyło ... Zantyr!
Trzy godziny w muzeum minęły szybko, a tu już trzeba było szybkim krokiem udać się na Rynek, gdzie w restauracji La Grande Mamma czekała na nas Beata. Zjedliśmy dobry i syty obiad, po czym skierowaliśmy swoje kroki na ulicę Mariacką, ponieważ nie wyobrażam sobie być w Krakowie i nie wstąpić do „Składu Towarów Kacpra Ryksa”. Niestety, pana Mariusza Wollnego nie było. Podobno bywa jedynie we wtorki. Obejrzeliśmy towary, zakupiłam kilka z nich i ruszyliśmy w stronę parkingu, aby udać się do następnego punktu.
Napisać o nim raczej nie mogę, ponieważ, tak jak Tomasz i Cagliostro Asowi, tak ja złożyłam obietnicę milczenia. Miejsce to jest bowiem ściśle tajne. Trudno mi obietnicy dochować, ponieważ można by tutaj dużo napisać, ale obietnica rzecz święta. Jeśli jesteście ciekawi, udajcie się do Krakowa do gościnnego Tomaszka.
Sobotni wieczór spędziliśmy całą trójką w kinie. Obejrzeliśmy „Marię Skłodowską-Curie”, o której już pisałam. Film mnie rozczarował.
Kraków – odwrotnie – oczarował. Pobyt tam był zdecydowanie za krótki, ale mimo to bogaty w wydarzenia. Na pewno niebawem tam wrócę.
W niedzielny poranek TomaszK zawiózł mnie na dworzec, gdzie czekał już na mnie pociąg do Bydgoszczy.
Tomaszkowi i Beacie bardzo dziękuję za ich gościnność, za ciekawe rozmowy, za ciepło i serdeczność.
I za to, że stworzyli dom, w którym czuć historię, poszanowanie naszych dziejów i bliskość rodziny.
W tym miesiącu postanowiłam, że w drodze powrotnej odwiedzę Kraków i skorzystam z miłego zaproszenia Beaty i Tomaszka.
W piątkowe popołudnie wsiadłam do samolotu na lotnisku w Paryżu, po czym dotarłam do Frankfurtu. Sytuacja była niezbyt optymistyczna, ponieważ z powodu lekkiego opóźnienia, na przesiadkę miałam zaledwie kilkanaście minut. Jeszcze nigdy nie pędziłam tak przez korytarze lotniska … A to we Frankfurcie jest naprawdę duże! Cóż, z wuefu miałam zawsze piątki, zatem udało się! Zdążyłam!
Na lotnisku w Krakowie przywitał mnie uśmiechnięty TomaszK. Udaliśmy się jego nowym wehikułem do uroczego domu, gdzie czekała na nas Beata. Piątkowy wieczór spędziliśmy przy stole zajadając pyszną kolację, rozmawiając na różne tematy, a także oglądając „Taniec z gwiazdami”, który tak mnie wciągnął, że wczoraj obejrzałam kolejny odcinek.
Sobotni poranek przywitał nas deszczem. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, ponieważ program przewidywał zwiedzanie miejsc „pod dachem”. Najpierw udaliśmy się, zgodnie z obietnicą Tomaszka, do Muzeum Narodowego, aby obejrzeć wspaniały zbiór monet polskich Emeryka Hutten-Czapskiego.
Tutaj wspomnieć muszę o dwóch walorach, dzięki którym wizyta w muzeum, trwająca trzy godziny, była wspaniałą przygodą. Otóż po pierwsze, miałam przyjemność odwiedzić muzeum świeżo po lekturze „Pana Samochodzika i zagadek Fromborka”, a po drugie, zwiedzałam je w towarzystwie Tomaszka, który okazał się ekspertem w dziedzinie monet. I nie ma tu żadnej przesady. O każdej prawie monecie potrafi opowiadać tak zajmująco, że ich historia staje przed oczami jak wielokolorowy obraz. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że historia monet może być tak zajmująca.
Szczególną uwagę poświęciliśmy trzem monetom, które mają osobne gabloty, a są to: Gnezdun civitas, Złoty dukat Łokietka (dowiedziałam się, że jego poprawna nazwa to „floren”), a także bardzo mi bliska Studukatówka Zygmunta III Wazy wybita w mennicy bydgoskiej w roku 1621.
Obejrzeliśmy monety pamiątkowe, wybite z okazji pewnych wydarzeń, jak np. moneta przedstawiająca pożar Torunia, czy monety wybijane przez władców dla dam ich serc.
Oglądając te maleńkie dzieła sztuki, o których tak pięknie pisał Nienacki w siódmej części przygód naszego ulubionego bohatera, nie można nie zwrócić uwagi na precyzję ich wykonania, na misterność szczegółów, na wspaniałe symbole, napisy łacińskie czy też portrety władców.
Po raz pierwszy zobaczyłam donatywy i poznałam ich historię, oczywiście z ust Tomaszka, dla którego wiedzy mój podziw wzrósł niepomiernie. Z zapartym tchem wysłuchałam historii słynnego fałszerza Józefa Majnerta.
Poza monetami obejrzeliśmy ciekawe ekspozycje banknotów, bonów i map.
Na jednej z map czujne oko Tomaszka wypatrzyło ... Zantyr!
Trzy godziny w muzeum minęły szybko, a tu już trzeba było szybkim krokiem udać się na Rynek, gdzie w restauracji La Grande Mamma czekała na nas Beata. Zjedliśmy dobry i syty obiad, po czym skierowaliśmy swoje kroki na ulicę Mariacką, ponieważ nie wyobrażam sobie być w Krakowie i nie wstąpić do „Składu Towarów Kacpra Ryksa”. Niestety, pana Mariusza Wollnego nie było. Podobno bywa jedynie we wtorki. Obejrzeliśmy towary, zakupiłam kilka z nich i ruszyliśmy w stronę parkingu, aby udać się do następnego punktu.
Napisać o nim raczej nie mogę, ponieważ, tak jak Tomasz i Cagliostro Asowi, tak ja złożyłam obietnicę milczenia. Miejsce to jest bowiem ściśle tajne. Trudno mi obietnicy dochować, ponieważ można by tutaj dużo napisać, ale obietnica rzecz święta. Jeśli jesteście ciekawi, udajcie się do Krakowa do gościnnego Tomaszka.
Sobotni wieczór spędziliśmy całą trójką w kinie. Obejrzeliśmy „Marię Skłodowską-Curie”, o której już pisałam. Film mnie rozczarował.
Kraków – odwrotnie – oczarował. Pobyt tam był zdecydowanie za krótki, ale mimo to bogaty w wydarzenia. Na pewno niebawem tam wrócę.
W niedzielny poranek TomaszK zawiózł mnie na dworzec, gdzie czekał już na mnie pociąg do Bydgoszczy.
Tomaszkowi i Beacie bardzo dziękuję za ich gościnność, za ciekawe rozmowy, za ciepło i serdeczność.
I za to, że stworzyli dom, w którym czuć historię, poszanowanie naszych dziejów i bliskość rodziny.