23 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Żeglarskiego Jeziorak 2026

Relacje z oficjalnych forowych spotkań Miłośników Samochodzikowej Przygody
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Czesio1
Administrator
Administrator
Posty: 16901
Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
Tytuł: Ojciec Prowadzący
Płeć: Mężczyzna
Podziękował;: 677 razy
Otrzymał podziękowań: 332 razy

23 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Żeglarskiego Jeziorak 2026

Post autor: Czesio1 »

XXIII FOROWY ZLOT ŻEGLARSKI
JEZIORAK 2026

3 - 7 czerwca 2026 roku
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Awatar użytkownika
Czesio1
Administrator
Administrator
Posty: 16901
Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
Tytuł: Ojciec Prowadzący
Płeć: Mężczyzna
Podziękował;: 677 razy
Otrzymał podziękowań: 332 razy

Re: 23 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Żeglarskiego Jeziorak 2026

Post autor: Czesio1 »

1. Czesio1


Pinezka – Czesio1


3 czerwca 2026r. (środa)

Środowy poranek. Godzina 8:00. Załoga lubelska w składzie Czesio i Kika podniosła kotwicę, choć jeszcze na kołach, i obrała kurs na Jeziorak. Przed nami blisko 450 kilometrów lądowej żeglugi, a nawigacja bezlitośnie wyliczyła pięć i pół godziny walki z asfaltem.
Plan był prosty: dotrzeć do Iławy na umówione spotkanie i nie zgubić się po drodze. Już na początku wyprawy nawiązaliśmy łączność z glacą, który jako świeżo upieczony forowicz również zmierzał na swój pierwszy zlot. Jak się okazało, nasze ekspedycje dzieliło zaledwie osiem kilometrów. Podaliśmy współrzędne oraz opis naszego pojazdu i po chwili zostaliśmy wyprzedzeni przez Outlandera z ekipą glacy na pokładzie. Nastąpiła wymiana pozdrowień przez szyby, a przy najbliższym MOP-ie odbyło się pierwsze spotkanie załóg. Krótkie zapoznanie, kilka słów rozmowy i od tej chwili już wspólnie podążaliśmy ku jeziornej przygodzie.
Do Iławy dotarliśmy punktualnie około 14:00. Mysikrólik z Cecylią, TomaszL i Ater byli już na miejscu. Jako awangarda zlotu wykonali rekonesans gastronomiczny i wyznaczyli restaurację, pod którą mieliśmy się stawić.
Kiedy zajechaliśmy na parking, wydarzyło się coś, czego nie potrafię wyjaśnić ani mapą, ani nawigacją. Mimo że ruszaliśmy z różnych stron Polski, niemal równocześnie dotarli również Konfiturek, panna Monika i Hanka. W rezultacie w krótkim czasie przy restauracyjnym stole zebrała się czternastoosobowa ekspedycja ludzi, których łączyły trzy rzeczy: forum, Jeziorak i narastające uczucie głodu.


Obrazek
Pierwsza narada w restauracji Stary Tartak przed wyruszeniem ku przygodzie
fot. Hanka

Menu było równie różnorodne jak nasze forowe zainteresowania. Na stole pojawiły się rosoły, zupy rybne, sałatki, makarony, schabowe i sandacze. Nikt nie prowadził szczegółowych notatek, ale jednogłośnie uznano, że wszystko smakowało znakomicie. Najedzeni i w doskonałych humorach mogliśmy ruszać dalej.
Po kilkunastu minutach dotarliśmy do Siemian – miejsca, które przez najbliższe dni miało stać się naszą bazą wypadową i portem macierzystym. Część załogi skierowała się do Restauracji u Dzidka, gdzie czekały pokoje, a kapitanowie Hanka, Mysikrólik i Ater wyruszyli odebrać swoje jednostki pływające.
Dla mnie był to moment przełomowy. Pomosty, owszem, znałem. Zacumowane jachty również. Ale wejście na pokład i perspektywa nocowania na wodzie były dla mnie równie egzotyczne jak rejs przez Przylądek Horn. Byłem żeglarskim żółtodziobem pełną gębą. Kika zaciągnęła się do załogi Mysikrólika, a mnie przydzielono do jednostki o bojowo brzmiącej nazwie „Pinezka”, dowodzonej przez kapitan Hankę.


Obrazek
Marina Kurka wodna nad Jeziorakiem - brama do jeziornych przygód
fot. Czesio

Obrazek
Jeziorak
fot. Czesio

Obrazek
Nasza łajba "Pinezka"
fot. Czesio

Obrazek
Przygodę czas zacząć
fot. Czesio

Zanim jednak przystąpiliśmy do zasiedlania Pinezki, armator Grzegorz przeprowadził krótkie szkolenie, które Hanka uzupełniła o kilka praktycznych wskazówek. Dla większości załogi były to rzeczy oczywiste, ale dla mnie stanowiły pierwszy kontakt z żeglarskim słownikiem.
Dowiedziałem się, że przód jachtu to dziób, tył to rufa, a boki to burty. Co więcej, na wodzie nie wystarczy powiedzieć „lewa” albo „prawa” strona. Lewa burta to bakburta, a prawa sterburta. Nad pokładem góruje maszt, do którego przymocowany jest bom podtrzymujący żagiel. Wokół zaś rozciąga się prawdziwy świat lin i linek. Jedne, zwane wantami i sztagami, utrzymują maszt w pionie, inne – fały i szoty – służą do podnoszenia oraz ustawiania żagli. Były jeszcze kabestany pomagające wybierać liny, choć wtedy wszystkie wyglądały mi mniej więcej tak samo.
Po tym krótkim kursie rozpoczęła się operacja „Upchnąć wszystko na jachcie”. Torby, plecaki, reklamówki, zapasy żywności oraz płyny niezbędne do utrzymania morale załogi szybko zajęły każdy wolny centymetr przestrzeni. Następnie rozdzielono koje. Zaliczka objęła sektor dziobowy, ja z Psychologiem ulokowaliśmy się przy stoliku, a Hanka przejęła rufę. Ku powszechnej radości obyło się bez buntów, protestów i walk o najlepsze miejsca.
Tego dnia nie planowaliśmy jeszcze wypływać. Czekaliśmy na pozostałych uczestników zlotu. Wkrótce zaczęły pojawiać się kolejne załogi. Nadjechał TomaszK, potem Barabasze, johny z Michałem i iryccy. Od strony jeziora przypłynął oldmalarz ze swoją ekipą. Pomost ożył niczym mrowisko. Wszyscy oglądali swoje jednostki, porównywali warunki bytowe i zaglądali sąsiadom przez ramię, sprawdzając czy przypadkiem nie trafili lepiej.
Wieczorem przenieśliśmy się pod zadaszenie przy restauracji. Połączone stoliki szybko zamieniły się w centrum dowodzenia całego zlotu. Rozpoczęła się najważniejsza część programu – rozmowy, śmiechy, degustacje przywiezionych specjałów i nadrabianie zaległości towarzyskich.


Obrazek
Pierwszy wieczór, pierwsze rozmowy, pierwsze historie
fot. Czesio

Obrazek
TomaszK i Czesio
fot. Czesio

Powoli kończył się pierwszy dzień zlotu. Dzień przyjazdów, odbierania jachtów, pierwszych spotkań i pierwszych wspólnych toastów. Siemiany zasypiały. Jeziorak cichł. A my, delikatnie kołysani przez wodę, zastanawialiśmy się, jakie przygody przyniesie kolejny dzień i czy z żeglarskich nowicjuszy uda nam się choć trochę awansować na wilki jeziorne.


4 czerwca 2026r. (czwartek)

Czwartek. Boże Ciało. Za nami pierwsza noc na wodzie, przed nami pierwszy pełny dzień naszej jeziornej ekspedycji.
Pinezka przez całą noc dzielnie kołysała załogę do snu niczym matka usypiająca niesforne dzieci. Poranek przywitał nas jednak mało wakacyjną aurą. Powietrze było rześkie, a prognozy pogody, niestety, postanowiły nie zrobić nam psikusa i sprawdziły się co do joty. Od rana z nieba sączył się drobny deszcz. Na szczęście meteorologowie obiecywali poprawę około południa, więc nie pozostawało nic innego jak cierpliwie czekać.
Część zlotowiczów udała się do pobliskiej kaplicy na mszę świętą. Pozostali oddawali się aktywnościom równie ważnym: dosypianiu w kojach, niespiesznym spacerom po pomoście lub kontemplowaniu jeziora z kubkiem gorącego napoju w dłoni.
Po porannej toalecie przystąpiliśmy do przygotowywania śniadania. I wtedy spotkała mnie pierwsza prawdziwa próba charakteru, jaką żeglarskie życie postanowiło rzucić pod moje nogi. Otóż popełniłem niewybaczalny błąd nowicjusza. Ugryzłem kanapkę przed oficjalnym rozpoczęciem śniadania. Nie zdawałem sobie sprawy, że na pokładzie obowiązuje surowy morski ceremoniał. Zanim wszyscy nie zasiądą przy stole i zanim kapitan nie wyda sakramentalnej komendy „Smacznego!”, żaden członek załogi nie ma prawa rozpocząć konsumpcji.
Tymczasem ja, człowiek obudzony przed szóstą rano i od kilku godzin prowadzący nierówną walkę z narastającym głodem, przygotowałem sobie kanapkę z mięsiwem ze słoika i w przypływie nieostrożności zdążyłem ją nawet nadgryźć. Wtedy nastąpiła interwencja dowództwa. Przez krótką chwilę rozważałem bunt, dezercję albo przynajmniej odłączenie się od załogi i powrót drogą lądową do domu. Ostatecznie jednak zwyciężył zdrowy rozsądek. Usiadłem więc pokornie przed nadgryzioną kanapką i przez dłuższy czas patrzyłem na nią wzrokiem człowieka, który widzi ląd po wielu dniach dryfowania.
Kanapka leżała przede mną. Ja leżałem prawie na niej wzrokiem. A czas płynął. Moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę, ale cóż było robić. Nikt nie obiecywał, że życie wilka jeziornego będzie usłane płatkami róż i plasterkami szynki.
Wreszcie jednak nadeszła długo wyczekiwana chwila. Kapitan Hanka uznała najwyraźniej, że załoga została już dostatecznie zahartowana i wydała upragnioną komendę:
– Smacznego!
Nigdy wcześniej jedno słowo nie zabrzmiało dla mnie tak pięknie. Chwilę później kanapki, pomidory, serki i pozostałe śniadaniowe specjały zaczęły znikać w tempie godnym załogi przygotowującej się do wielkiej wyprawy. Głód został pokonany, morale wzrosło do właściwego poziomu, a nasze żołądki zostały należycie zaopatrzone na czas rejsu.


Obrazek
Załoga "Pinezki" gotowa do wypłynięcia ku przygodzie
fot. Czesio

Obrazek
Załoga Jeziorak 2026 gotowa tropić ślady Pana Samochodzika
fot. Czesio

Oczywiście z tym buntem i dezercją trochę przesadzam. Perspektywa pierwszego rejsu była zbyt kusząca. Nawet gdyby kazano mi wypłynąć o suchym pysku, i tak zostałbym na pokładzie.
Niestety, zanim jeszcze rozpoczęliśmy nasz pierwszy rejs, dotarła do nas mniej wesoła wiadomość. Z dalszego udziału w zlocie musiał zrezygnować johny. Jego syn Michał zmagał się z dolegliwościami żołądkowymi na tyle dokuczliwymi, że zapadła decyzja o powrocie do Łodzi.
Szkoda było, tym bardziej że johny od dawna wypatrywał tego żeglarskiego zlotu. W końcu przyjechał nad Jeziorak, zamieszkał na łajbie, praktycznie miał już przygodę na wyciągnięcie ręki, a jednak los postanowił napisać dla niego inny scenariusz.
Nie było jednak nad czym się zastanawiać. Zdrowie zawsze stoi wyżej niż nawet najpiękniejszy rejs. Jeziorak przecież nigdzie nie odpłynie. Wyspy nie znikną z mapy, łajby nie rozpłyną się we mgle, a przygoda potrafi cierpliwie poczekać. Wierzę więc, że jeszcze kiedyś spotkamy się z johny’m na pokładzie – czy to tutaj, na Jezioraku, czy na jakimś innym jeziorze, gdzie znowu podniesiemy żagle i ruszymy ku nowym przygodom.
Wreszcie około godziny jedenastej deszcz odpuścił. Chmury zaczęły się rozsuwać, a zza nich coraz śmielej wyglądało słońce. Kapitan Hanka uznała, że nie ma na co dłużej czekać.
Zanim jednak mogliśmy odbić od pomostu, należało przygotować Pinezkę do rejsu. Padła komenda „załoga na pokładzie”, po czym rozpoczęły się czynności, które dla starych wilków jeziornych były codziennością, a dla mnie stanowiły kolejną lekcję żeglarstwa. Trzeba było zrobić klar na jachcie, czyli doprowadzić wszystko do porządku i zabezpieczyć rzeczy przed rejsem. Przygotowaliśmy również silnik do uruchomienia oraz żagle do późniejszego stawiania – grot i fok czekały już tylko na odpowiedni moment.
Dopiero wtedy cumy zostały odwiązane, silnik zagadał, a Pinezka powoli oddaliła się od pomostu. Gdy znaleźliśmy się już na bezpiecznej odległości od brzegu, schowaliśmy odbijacze, które do tej pory chroniły burty przed obijaniem o pomost i sąsiednie łajby. Teraz mogliśmy już w pełni skupić się na rejsie.


Obrazek
Kapitan Hanka za sterem, Psycholog przy silniku, "Pinezka" opuszcza port
fot. Czesio

Przyznam, że towarzyszyła mi lekka niepewność. W końcu jeszcze dzień wcześniej byłem człowiekiem, który znał jachty głównie z oglądania ich z pomostu. Teraz znajdowałem się na jednym z nich i miałem uczestniczyć w prawdziwym rejsie. Człowiek zaczyna wtedy zadawać sobie różne pytania. Czy damy radę? Czy dopłyniemy do celu? Czy przypadkiem nie zrobię czegoś, co zostanie wspominane na forum przez następnych dziesięć lat?
Po wyjściu na otwarte wody zwolniliśmy silnik, ustawiliśmy jacht pod wiatr i rozpoczęliśmy rozwijanie żagli. Oprócz stałej załogi zabraliśmy dziś na pokład także Vitrasa, który posiadał doświadczenie żeglarskie. Jak się później okazało, jego obecność była nie tylko pomocna, ale momentami wręcz bezcenna. Jednak o tym jeszcze będzie okazja opowiedzieć.


Obrazek
Grot złapał wiatr, a my obraliśmy kurs na przygodę
fot. Czesio

Obrazek
Załoga Pinezki w komplecie na wodach Jezioraka
fot. Czesio

Ja tymczasem, korzystając z faktu, że załoga doskonale radziła sobie bez mojej „fachowej” pomocy, powróciłem do roli, którą znam najlepiej – operatora kamery. Ktoś przecież musiał uwiecznić heroiczną walkę Pinezki z bezkresem Jezioraka.
Wiatr tego dnia był dla nas raczej sprzymierzeńcem niż przeciwnikiem. Żagle napełniły się powietrzem, a nasza dzielna jednostka zaczęła spokojnie pruć taflę jeziora. Dla mnie, wychowanego na przygodach Pana Samochodzika, był to moment szczególny. Nagle nazwy znane dotąd tylko z książki zaczęły pojawiać się nie na kartkach papieru, lecz za burtą naszej łajby. Lipowy Ostrów, Bukowiec, Łąkowa... a potem Gierczak Duży i Mały. Brakowało tylko pana Tomasza, harcerzy i jakiejś tajemnicy do rozwiązania. Wtedy przypomniał mi się fragment „Nowych przygód Pana Samochodzika”:


„W południe wiatr ustał, jezioro wygładziło się.
Opłynąłem dalsze cztery wyspy, zatrzymując się na nich i zwiedzając je. Mała, ale bardzo ładna, o suchym trawiastym wnętrzu, okazała się wysepka Lipowy Ostrów. Nikt na niej nie biwakował, na gałęziach dzikich malin dojrzewały czerwone, słodkie owoce. Za to na wyspie Łąkowej dużej i górzystej - aż rojno było od wczasowiczów. U zachodniego i południowego brzegu kołysało się mnóstwo jachtów, motorówek, łodzi i kajaków, a na łagodnej pochyłości wyspowego wzgórza rozbito wiele różnokolorowych namiotów o najróżniejszych kształtach. Namioty małe i duże, podobne do indiańskich wigwamów, do chatek z altanami, namioty bogate i ubogie, ciasne i przestronne, o dachach płaskich i stromych - królowały na wyspie, a przed każdym z nich smażono coś na kuchenkach. Jeszcze rojniej było na ogromnej, połączonej z lądem wyspie Bukowiec. Dzięki grobli, która łączyła wyspę z drogą do wsi Wieprz, mogli tu dojechać turyści zmotoryzowani. Na wschodnim brzegu wyrosło sporo namiotów, odkryłem tam również kilka osad domków kempingowych z pomostami wchodzącymi w głąb zatoczki, z kąpieliskami ogrodzonymi sznurami. Od tej strony napływały nad jezioro dźwięki muzyki z tranzystorów, przemówienia, pogadanki rolnicze.
(...)
Przy świetle dnia rozejrzałem się po wyspie i stwierdziłem, że jej położenie oraz wygląd odpowiadają zaznaczonej na mapie wysepce Gierczak, która ma podłużny kształt z silnym przewężeniem pośrodku, jak napisano w przewodniku. To przewężenie było tak głębokie, że wdarła się w nie woda i nawet przy dość niskim stanie tworzyła cieśninę, spławną dla kajaków i łodzi. Cieśnina rozdzielała Gierczak na dwie oddzielne wysepki - południową i północną. Ja właśnie nocowałem na południowej.”


I to Gierczak Mały był celem naszego pierwszego rejsu. Gdy wyspa rosła przed dziobem Pinezki, coraz trudniej było mi oddzielić rzeczywistość od literackich wspomnień. W końcu od lat znałem to miejsce z kart „Nowych przygód Pana Samochodzika”, a teraz miałem za chwilę postawić na nim stopę.

Obrazek
Wyspa Lipowy Ostrów na horyzoncie
fot. Czesio

Obrazek
Zmiana na stanowisku sternika, Vitras za sterem "Pinezki"
fot. Czesio

Obrazek
Bukowiec. Tę wyspę również odwiedzał Pan Samochodzik
fot. Czesio

Obrazek
Gierczaki - pierwszy cel wyprawy coraz wyraźniej rysował się przed dziobem
fot. Czesio

Obrazek
Przewężenie między Gierczakiem Dużym a Gierczakiem Małym
fot. Czesio

I właśnie wtedy okazało się, jak cennym nabytkiem dla naszej załogi był Vitras. W pewnym momencie fok, czyli żagiel znajdujący się na dziobie jachtu, postanowił najwyraźniej rozpocząć samodzielne życie. Pod naporem wiatru wysunął się z forsztagu i z głośnym łopotem zaczął wić się nad pokładem niczym rozjuszony smok. Jeszcze chwila, a mógłby rozerwać się o stalowe liny olinowania.
Vitras natychmiast zarządził przejęcie steru przez Hankę, po czym wraz z Psychologiem ruszył do walki z niesfornym żaglem. Obaj wyginali się nad dziobem, próbując opanować szarpiącą się na wietrze płachtę materiału. Hanka z kolei starała się ustawić Pinezkę dziobem pod wiatr, co miało ułatwić całą operację. Teoria była prosta. Praktyka, jak to zwykle bywa na wodzie, okazała się nieco bardziej skomplikowana.
Przez kilka minut wyglądało to tak, jakbyśmy zamiast spokojnego rejsu uczestniczyli w zawodach siłowych z udziałem żagla. Ostatecznie jednak doświadczenie zwyciężyło. Fok wrócił na swoje miejsce, załoga mogła odetchnąć z ulgą, a Pinezka ponownie obrała kurs na Gierczak Mały.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że dobrze mieć na pokładzie ludzi, którzy wiedzą, co robią. Zwłaszcza gdy człowiek sam dopiero uczy się odróżniać fok od grota.


Obrazek
Fok postanowił sprawdzić, jak wygląda wolność, Vitras z Psychologiem przywraca porządek
fot. Czesio

Wyspa najwyraźniej postanowiła oprzeć się upływowi czasu. Płynąc wzdłuż Gierczaków bez trudu odnaleźliśmy opisywane przez Nienackiego charakterystyczne miejsca. Między wyspami nadal widoczne było wąskie przesmykowe zwężenie, choć pewnie z roku na rok coraz skuteczniej próbują przejąć je we władanie trzcinowe zastępy.
Opłynęliśmy wyspę od południa i skierowaliśmy się ku niewielkiemu pomostowi. Szczęśliwie znalazło się przy nim dość miejsca dla wszystkich pięciu naszych jednostek. Po zacumowaniu zeszliśmy na ląd, rozprostowując nogi po rejsie.


Obrazek
Pomost na Gierczaku Małym naszą pierwszą przystanią
fot. Czesio

Obrazek
Załoga PiTTa szykuje się do zajęcia miejsca przy pomoście
fot. Czesio

I wtedy odniosłem wrażenie, że czas na chwilę cofnął się o kilkadziesiąt lat. 
Przy wygasłym palenisku siedziała na leżakach czwórka starszych turystów. To właśnie Yvonne jako pierwsza zwróciła uwagę, że wyglądają jak żywcem wyjęci z kart „Nowych przygód Pana Samochodzika”. I rzeczywiście – im dłużej się im przyglądałem, tym bardziej widziałem w nich pana Anatola, pana Kazia oraz ich małżonki. Brakowało tylko Wacka Krawacika, Brodacza i panny Edyty. Być może właśnie wypłynęli na połów sandacza albo ruszyli tropem kolejnej jeziorakowej tajemnicy.
Sama wyspa również wyglądała tak, jakby niewiele zmieniło się od czasów, gdy odwiedzał ją Pan Samochodzik. A przynajmniej takie odniosłem wrażenie, przypominając sobie fragment książki, w którym Nienacki opisywał Gierczak Mały:


„Przed maską samochodu coraz bliżej miałem czarną kępę wysokich drzew na dość dużej wyspie. Pominąłem ją w czasie swej drogi do Iławy, gdyż leżała blisko wschodniego brzegu, a ja płynąłem zachodnim. Obiecałem sobie, że zwiedzę ją podczas drogi powrotnej, i teraz chciałem swój zamiar zrealizować. Ciekawiło mnie, czy i tutaj znajdę szałas Kapitana Nemo.
Wkrótce usłyszałem szum drzew i głośny szelest przybrzeżnych trzcin. I może to właśnie ciemności nocy, jęk wiatru i plusk fal spowodowały, że wyspa ta wydała mi się ponura i najmniej gościnna ze wszystkich, jakie dotąd odwiedziłem.
Opłynąłem ją dookoła i przekonałem się, że ma kształt podłużny, ze zwężeniem pośrodku, tworzącym z dwóch stron zatoczki. Wpłynąłem w jedną z nich i znalazłem się na wąskiej, piaszczystej łasze, po której bez trudu mógłbym samochodem wyjechać na brzeg. Ale, jak już wspomniałem, wolałem nie ujawniać właściwości swego pojazdu.
(…)
Brzegi wyspy porastały drzewa i krzaki, natomiast wnętrze było gołe, trawiaste, pełne ogromnych kretowisk. Pasły się tam owce. Hałas wiatru pochłaniał i głuszył wszelkie odgłosy, lecz prawie byłem pewien, że wyspa jest bezludna. Jacyś ludzie - ci chyba, którzy pozostawili na piasku krwawą plamę - odpłynęli stąd na krótko przed wieczorem.”


Na samym Gierczaku niewiele się zmieniło. Rozległa polana wciąż porasta środek wyspy, dokładnie tak jak przed laty. Jedynie owiec nie udało nam się dostrzec. Być może byliśmy za wcześnie. A może owcza załoga zakończyła już służbę na wyspie i przeszła na zasłużoną emeryturę.

Obrazek
Jeziorak - woda, niebo i odrobina świętego spokoju
fot. Czesio

Obrazek
Jeziorak - w takich chwilach nigdzie nie trzeba się spieszyć
fot. Czesio

Po krótkim rekonesansie każdy wrócił do swoich obowiązków. Kapitan Hanka przejęła dowodzenie nad kuchnią polową i rozpoczęła operację pod kryptonimem „obiad”. Dziewczynki wybrały najbardziej wymagające zajęcie dnia, czyli odpoczynek na dziobie. Psycholog, jak to Psycholog, szybko znalazł sobie jakieś tajemnicze zajęcie. Ja natomiast wraz z panną Moniką przystąpiliśmy do kompletowania obsady do pierwszych scenek inspirowanych książką.
Nie było w tym nic przypadkowego. To właśnie tutaj, na Gierczakach, rozegrała się jedna z najzabawniejszych scen opisanych w „Nowych przygodach Pana Samochodzika”. Skoro znaleźliśmy się w miejscu wydarzeń, grzechem byłoby nie przypomnieć sobie tego fragmentu. Nienacki opisał go tak:


„Zapuściłem silnik wehikułu i wydostałem się z trzcin. Opłynąłem wysepki tuż przy brzegach, przyglądając im się z ciekawością.
Nagle od północnej części Gierczaka doleciał mnie czyjś rozpaczliwy krzyk:
- Ratunkuuuuu! Ludzie, ratunkuuuu!... Na poooomoooc!...
„O Boże - westchnąłem - czy ta seria przygód nigdy się nie skończy?”
Szybko skierowałem swój wehikuł w stronę brzegu. Ale kiedy zobaczyłem, co się tam dzieje, wybuchnąłem śmiechem. Śmiałem się, choć widok, jaki ukazał się mym oczom, był w gruncie rzeczy żałosny i powinien obudzić współczucie.
Na rosnącym nad brzegiem jeziora drzewie, rozgałęziającym się na wysokości człowieka, siedziało czworo ludzi. Oni to właśnie wołali o pomoc i ratunek. A w najbliższym sąsiedztwie namiotu pasł się spokojnie ogromny czarny buhaj.
Sytuacja była jasna. Wczoraj wieczorem przybyła tu łodzią czwórka turystów. I zapewne nie zwrócili uwagi na stado krów i buhaja, postawili namiot i zabrali się do przyrządzania posiłku. A wtedy nadszedł buhaj i rozgniewany czymś przystąpił do szturmu.
Czwórka turystów znalazła się na drzewie, a namiot został stratowany. Siedzieli biedacy o dziesięć metrów od swej łodzi, ale żadne z nich nawet w nocy nie odważyło się opuścić bezpiecznej kryjówki na drzewie.
No tak. Rozpoznałem ich i przestałem się dziwić aż takiemu brakowi odwagi. To byli pan Anatol i jego przyjaciel pan Kazio, dwaj rycerze spinningu, oraz ich małżonki.
- Niech pan wezwie pomoc, żeby odegnano tego straszliwego potwora! - krzyczał z drzewa pan Anatol. - Jesteśmy półżywi z zimna i niewyspania!
Powoli zbliżałem się do wyspy. Ogromny buhaj podniósł łeb i zlustrował mnie bacznym spojrzeniem. Wyglądał rzeczywiście przerażająco ze swym grubym karkiem, z przekrwionymi oczami i potężną sylwetką. Nie chciało mi się jechać do wsi po pomoc.
Lecz również rola toreadora zupełnie mi nie odpowiadała, tym bardziej że ten buhaj wcale nie przypominał byczka Fernando.
Wyjechałem więc swoim wehikułem z wody na niski w tym miejscu brzeg i naciskając klakson, popędziłem wprost na buhaja. Ustąpił mi z drogi, a ja kierując samochód to w lewo, to w prawo przegnałem go wreszcie w drugi koniec wyspy. Potem wróciłem pod drzewo. Czwórka nieszczęśników ładowała już w pośpiechu do łodzi stratowany namiot i rozrzucone graty.
- Wszystkie kości mnie bolą - jęczał pan Kazio.
A pan Anatol coraz to spoglądał w stronę, w którą odegnałem buhaja.
- Jak pan myśli? - zwrócił się do mnie. - Czy on tu nie wróci? Zacznie szarżować i co wtedy?
- O Boże, Boże, prędzej! - przestraszyła się na nowo Myszka i uciekła na łódkę.
Tak byli wstrząśnięci nocnymi przeżyciami i możliwością powrotu buhaja, że nawet mi nie podziękowali za pomoc. Pan Anatol na chwilę tylko przystanął przed moim wehikułem i stwierdził:
- Myślałem, że on ma motocyklowy silnik...
To było wszystko, na co się zdobył, nie należał bowiem do ludzi, którzy potrafią przyznać się do błędu. Była w nim nieustanna potrzeba pouczania innych, czuł się od wszystkich mądrzejszy, sprytniejszy i rozważniejszy. I nawet teraz, zlazłszy zaledwie z drzewa, pouczył mnie na pożegnanie:
- Niech pan płynie pod fale, bo się pan wywróci i utopi. Ale nie za blisko trzcin i wodorostów. Okręcą się na śrubie i zatrzymają pana...”


Nie pozostało nam nic innego, jak sprawdzić, czy po tylu latach scena ta nadal będzie bawić równie mocno. Rozpoczęły się więc przygotowania do wielkiej rekonstrukcji wydarzeń z Gierczaków.
W rolę pana Anatola wcielił się Antek, pana Kazia zagrał Zdenek Blacha, a ich małżonkami zostały Kika i Zaliczka. Tomaszem, zgodnie z forową tradycją, został Ater. Największe wyzwanie aktorskie przypadło jednak iryckiemu, któremu powierzono rolę buhaja. Jak się okazało, poradził sobie z nią nad wyraz przekonująco.


Obrazek
"- Ratunkuuuuu! Ludzie, ratunkuuuu!... Na poooomoooc!..."
fot. kadr z filmu zlotowego

Obrazek
"- Niech pan wezwie pomoc, żeby odegnano tego straszliwego potwora! Jesteśmy półżywi z zimna i niewyspania!"
fot. kadr z filmu zlotowego

Obrazek
"(...)popędziłem wprost na buhaja. Ustąpił mi z drogi"
fot. kadr z filmu zlotowego

Obrazek
"- Wszystkie kości mnie bolą"
fot. kadr z filmu zlotowego

Nasze przedstawienie wzbudziło niemałe zainteresowanie wśród wspomnianych wcześniej turystów odpoczywających na wyspie. Z zaciekawieniem przyglądali się poczynaniom grupy dorosłych ludzi biegających po polanie, wygłaszających jakieś kwestie i wcielających się w bliżej nieokreślone postacie. Nie mieli jednak pojęcia, że uczestniczą właśnie w rekonstrukcji scen z „Nowych przygód Pana Samochodzika”. Sądząc po rozbawionych minach, uznali nas raczej za nieszkodliwych pasjonatów niż uciekinierów z jakiegoś ośrodka terapeutycznego.
Gdy pierwsza scena została pomyślnie odegrana, poszliśmy za ciosem. W końcu, skoro już znaleźliśmy się na kartach książki, należało wykorzystać okazję. Chwilę później zabraliśmy się za rekonstrukcję kolejnego fragmentu, który Nienacki opisał następująco:


„Pan Anatol i pan Kazio wyjaśnili mi, że swoje samochody pozostawili na podwórzu jakiegoś rolnika we wsi Siemiany. Odtąd poświęcą czas tylko wędkowaniu. Rozbili obok mojego dwa małe namioty, zjedli kolację, a po ten pan Anatol wyciągnął duży, zagraniczny spinning.
- Muszę zdobyć rybę na jutrzejsze śniadanie - oświadczył takim tonem, jak gdyby od jego połowu zależało, czy żona i przyjaciele nie umrą z głodu.
- A pan nie spróbuje łowić? - zapytał.
Rozłożyłem ręce.
- Nie znam się na wędkarstwie. Zresztą, nie mam nawet żadnego sprzętu.
Znalazł wspaniałą okazję, aby mnie pouczyć.
- Wędkarstwo, proszę pana, to wspaniały relaks. I jednocześnie pożyteczny sport. Nie ma nic wspanialszego nad rybę, którą się samemu złapało i samemu przyrządziło. Jeśli pan chce, pożyczę panu wędkę - wskazał wędkę w łodzi. - Dziś, proszę pana, zapolujemy na szczupaka. Będę rzucał spinningiem wzdłuż trzcin, gdyż szczupak lubi przebywać w pasie nadbrzeżnym, polując tu na mniejsze rybki.”


Obrazek
"- Muszę zdobyć rybę na jutrzejsze śniadanie"
fot. kadr z filmu zlotowego

Obrazek
"- Nie znam się na wędkarstwie. Zresztą, nie mam nawet żadnego sprzętu."
fot. kadr z filmu zlotowego

Obrazek
"Wędkarstwo, proszę pana, to wspaniały relaks. I jednocześnie pożyteczny sport."
fot. kadr z filmu zlotowego

Na więcej rekonstrukcji zabrakło już tego dnia czasu. Zresztą nawet najwięksi miłośnicy przygód Pana Samochodzika muszą kiedyś coś zjeść. Tym bardziej, że z pokładu Pinezki zaczęły dochodzić niepokojące dla pustych żołądków odgłosy. Kapitan Hanka, uzbrojona w patelnię, ogłosiła koniec zajęć kulturalno-oświatowych i wezwała załogę na obiad.
Nie tylko u nas trwały przygotowania kulinarne. Wkrótce nad Gierczakiem zaczął unosić się aromatyczny zwiastun uczty. Każda załoga wyczarowywała coś na swoich kuchenkach, a wyspa, która jeszcze chwilę wcześniej była sceną literackich rekonstrukcji, zamieniła się w plenerową restaurację pod gołym niebem.
A smak obiadu w takim miejscu trudno porównać do czegokolwiek. No dobrze, jest jeden wyjątek. Zlotowa jajecznica. Ta od lat zajmuje osobne miejsce w forowej hierarchii kulinarnych doznań i do dziś nie doczekała się godnego konkurenta.


Obrazek
Gierczak Mały. Tu nikt nigdzie się nie spieszył
fot. Czesio

Po napełnieniu baków naszych organizmów przyszła pora wracać do portu macierzystego.

Obrazek
Żaglówki rozsiane po wodach Jezioraka
fot. Czesio

Obrazek
Załoga Pinezki w trybie wypoczynkowym
fot. Czesio

Obrazek
Patrząc na Gierczak Duży, trudno nie wrócić myślami do książki
fot. Czesio

Obrazek
Wyspa Łąkowa - kolejna z jeziorakowych wysp opisanych przez Nienackiego
fot. Czesio

Obraliśmy kurs na Siemiany, choć oczywiście nie byłoby naszą ekipą, gdybyśmy płynęli najkrótszą drogą. Skoro pogoda dopisywała, a czasu nie brakowało, postanowiliśmy jeszcze trochę powłóczyć się po Jezioraku i skierowaliśmy Pinezkę nieco bardziej na północ.
Gdy Siemiany były już na wyciągnięcie ręki, rozpoczęły się przygotowania do wejścia do portu. I znów okazało się, że dopłynięcie do przystani jest znacznie bardziej skomplikowane, niż wydawało mi się jeszcze kilka dni wcześniej.
Najpierw zwinięty został fok, potem uruchomiliśmy silnik, a chwilę później zrzuciliśmy również grot. Na burty powędrowały odbijacze, przygotowane zostały cumy, a kapitan przydzieliła każdemu konkretne zadania na czas manewru. Ktoś miał obsłużyć cumę dziobową, ktoś inny rufową, jeszcze ktoś pilnować odbijaczy.
Dopiero wtedy Pinezka mogła spokojnie podejść do kei. Cała operacja przebiegła sprawnie i bez strat w ludziach oraz sprzęcie.
Miejsca przy pomoście zajęliśmy jako ostatni, pozostałe załogi zdążyły już zacumować. Ale ponieważ nie ścigał nas ani czas, ani harmonogram, ani tym bardziej zdrowy rozsądek, nikt nie widział w tym najmniejszego problemu. Większość zlotowiczów udała się później do pobliskiego Jerzwałdu na imprezę „Raz w roku w Jerzwałdzie”. Ja jednak pozostałem w bazie, więc nie będę udawał kronikarza wydarzeń, których nie widziałem. Być może tajemnice tego wieczoru zostaną opisane przez członków innych załóg.
Skoro już mowa o zlotowych tradycjach, to obok legendarnej jajecznicy swoje stałe miejsce w forowym menu wywalczył również żurek. Nie byle jaki żurek, lecz żurek przygotowywany przez Hankę przy wydatnej pomocy licznych ochotników, którzy zwykle pojawiają się wtedy, gdy trzeba coś pokroić, zamieszać albo po prostu przeszkadzać kucharzowi dobrymi radami.


Obrazek
Naczelna Żurkowa Jezioraka przy pracy
fot. Hanka

Obrazek
Tajemnica smaku tkwi podobno w odpowiednim mieszaniu
fot. kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Gar, który budził większe emocje niż prognoza pogody
fot. kadr z filmu zlotowego

Pomagając tego wieczoru przy przygotowywaniu składników, przypomniałem sobie jeden z najbardziej niezwykłych żurków w historii naszych zlotów. Było to podczas spływu tratwami po Biebrzy. Cztery połączone tratwy dzielnie walczyły wtedy z silnym wiatrem na wodach Biebrzańskiego Parku Narodowego. Podczas gdy jedni zajmowali się żeglugą, inni prowadzili równie odpowiedzialną operację kulinarną.
Na środku chybotliwej tratwy stała turystyczna kuchenka, a na niej gar z żurkiem. Problem polegał na tym, że gar nie miał najmniejszej ochoty pozostawać w pionie. Przez cały czas musiał być podtrzymywany przez kolejnych ochotników, którzy zmieniali się niczym warta przy najcenniejszym skarbie ekspedycji. Gdyby choć na chwilę pozostawiono go bez opieki, zupa zapewne zakończyłaby swój żywot na deskach tratwy, ku rozpaczy całej załogi.
Tamten żurek przeszedł do historii, ale trzeba uczciwie przyznać, że tegoroczny również trzymał wysoki poziom. Jak zwykle wyszedł znakomity i szybko znikał z talerzy.
Na szczęście część zlotowiczów, która wybrała się do Jerzwałdu, zdążyła posilić się tamtejszą grochówką. Dzięki temu nieco żurku ocalało. Co więcej, wystarczyło go jeszcze na następny dzień, co w zlotowych realiach należy uznać za wydarzenie niemal równie niezwykłe jak bezpieczne ugotowanie żurku na tratwie podczas sztormowego rejsu po Biebrzy.


Gdy zapadł zmrok, część uczestników udała się do pokojów, ale załogi jachtowe dopiero się rozkręcały. Szczególnie „Pinezka”, która jeszcze długo po północy przypominała bardziej klub żeglarski niż miejsce noclegowe. Były rozmowy, śmiechy, degustacje przywiezionych specjałów i napitków, a glaca dbał o oprawę muzyczną, dzielnie walcząc z gitarą i repertuarem. Choć powierzchnia użytkowa jachtu nie była projektowana z myślą o szesnastu osobach jednocześnie, jakoś się zmieściliśmy. Forowicze od lat potrafią bowiem naginać prawa fizyki, jeśli wymaga tego integracja.

Obrazek
Wieczorna integracja na pokładzie Pinezki
fot. Czesio

Jak zwykle w takich chwilach czas płynął zdecydowanie szybciej niż powinien. Jeszcze przed chwilą wypływaliśmy z Siemian na pierwszy prawdziwy rejs, a już trzeba było myśleć o kolejnym dniu.
Powoli kończył się drugi dzień naszego jeziornego zlotu. Jeziorak cichł, na wodzie gasły kolejne światła, a Pinezka coraz łagodniej kołysała swoich mieszkańców. Jedni zasypiali niemal natychmiast, inni jeszcze przez chwilę wsłuchiwali się w odgłosy jeziora.



5 czerwca 2026r. (piątek)

Trzeci dzień naszej jeziornej wyprawy przywitał nas pogodowym rewanżem za wczorajsze deszcze. Tym razem od samego rana niebo było błękitne, słońce przygrzewało, a Jeziorak prezentował się dokładnie tak, jak powinno wyglądać jezioro marzeń każdego żeglarza. Problem polegał na tym, że prognozy były równie optymistyczne tylko do godziny szesnastej. Potem meteorolodzy zapowiadali opady, a nawet burze.
A z burzami, jak wiadomo, nie ma żartów. Wiedziałem to nawet ja, człowiek mający większe doświadczenie w górach niż na wodzie. Pioruny nie pytają przecież, czy człowiek stoi na szczycie czy płynie po jeziorze.
Z tego powodu od rana panowała pełna mobilizacja. Plan był prosty: wypłynąć wcześniej, wykorzystać dobrą pogodę i wrócić do przystani zanim niebo postanowi urządzić nad Jeziorakiem pokaz fajerwerków.
Ja oczywiście obudziłem się o swojej zwyczajowej porze. Mój wewnętrzny budzik od lat ignoruje takie drobiazgi jak urlop, weekend czy zdrowy rozsądek. Ponieważ jednak zdawałem sobie sprawę, że reszta załogi nie podziela mojego entuzjazmu do oglądania świata przed szóstą rano, cierpliwie czekałem na pobudkę współtowarzyszy.
No i na śniadanie. A właściwie na komendę „Smacznego”, bez której – jak już zdążyłem się przekonać poprzedniego dnia – spożywanie posiłków na Pinezce mogło zostać uznane za ciężkie naruszenie prawa morskiego.
Na szczęście pani kapitan wykazała się tym razem większą wyrozumiałością. Być może dlatego, że oprócz zwyczajowego śniadania ciągnęło mnie jeszcze do pozostałości słynnego zlotowego żurku. Trudno bowiem przejść obojętnie obok potrawy, która przeżyła już więcej zlotów niż niejeden forowicz.
Na stole pojawiła się również jajecznica. Jajek mieliśmy tyle, że spokojnie moglibyśmy otworzyć sezonową fermę drobiu na Jezioraku. Jest coś wyjątkowego w tych wspólnych śniadaniach na łajbie. Szkoda tylko, że nie dało się zgromadzić wszystkich uczestników zlotu przy jednym stole. Ale trudno się dziwić – łajba ma swoje ograniczenia, a każdy organizm budzi się według własnego rozkładu jazdy.
W czasie gdy jedni kończyli śniadanie, a inni dopiero dopijali poranną kawę, na Pinezce odbyła się narada sztabu. Hanka rozłożyła mapę Jezioraka i niczym admirał dowodzący wielką flotą wskazywała kolejne punkty naszej dzisiejszej wyprawy. Omawiano kurs, postoje i miejsca warte odwiedzenia. Na szczęście nikt nie zgłosił wniosku o rejs do Szwecji, więc plan udało się szybko zatwierdzić.


Obrazek
Strategiczne centrum dowodzenia flotyllą
fot. Czesio

Obrazek
Narada przed kolejnym etapem jeziorakowej wyprawy
fot. Czesio

Obrazek
Ela i Jaga - za kilka lat to one będą organizować zloty
fot. Czesio

O godzinie dziesiątej padła długo wyczekiwana komenda:
– Zrzucać cumy!
Pinezka ruszyła pierwsza, a za nią kolejne jednostki naszej flotylli. Dzisiejszy plan zakładał opłynięcie Bukowca i dotarcie do Letniska Chmielówka, gdzie zamierzaliśmy zatrzymać się na obiad. Czy miał on pochodzić z miejscowej gastronomii, czy z pokładowych zapasów – to miało się dopiero okazać.


Obrazek
Zaliczka i Ola - w stronę przygody z pierwszego rzędu
fot. Czesio

Jak zwykle jednak Jeziorak miał wobec naszych planów własne pomysły.
Kurs obraliśmy podobny jak dzień wcześniej, z tą różnicą, że tym razem postanowiliśmy przepłynąć pomiędzy Lipowym Ostrowem a Bukowcem. Za sterem zasiadł Vitras, ponieważ naszą kapitan Hankę skutecznie zaatakował Dereniowy Niszczyciel Światów i dowódczyni zmuszona była przejść w stan czasowej niezdolności bojowej, regenerując siły pod pokładem.


Obrazek
Lipowy Ostrów – spokojny z daleka, pouczający z bliska.
fot. Czesio

Obrazek
Phobos25 w drodze ku wyspom, tajemnicom i dobrym historiom
fot. Czesio

Płynęliśmy spokojnie naprzód, aż dotarliśmy w okolice przesmyku między wyspami. Tam naszym oczom ukazała się pomarańczowa boja ostrzegająca przed mielizną. Nie była to pierwsza boja na naszej drodze. I właśnie dlatego nie wzbudziła należytego respektu. Zamiast ominąć ją od strony Bukowca, skierowaliśmy się pomiędzy boję a Lipowy Ostrów.
Historia zna wiele złych decyzji. Ta może nie należała do największych, ale z pewnością była jedną z bardziej mokrych. Po chwili Pinezka stanęła. Silnik pracował. Miecz został podniesiony. Załoga patrzyła z nadzieją. A jacht ani drgnął.
Najwyraźniej postanowiliśmy zostać pierwszą załogą, która spróbuje zamienić jacht w obiekt stacjonarny. Co gorsza, pora obiadowa była jeszcze daleko, więc nie można było nawet udawać, że specjalnie zatrzymaliśmy się na piknik pośrodku Jezioraka.
Pod pokładem Hanka smacznie chrapała, nieświadoma dramatu rozgrywającego się nad jej głową. Tymczasem Vitras i Psycholog przystąpili do akcji ratunkowej. Cała załoga przeniosła się na dziób, aby odciążyć rufę. Vitras bez chwili wahania wszedł do jeziora niemal po pas i rozpoczął walkę o uwolnienie steru. Psycholog obsługiwał silnik, a pozostali kibicowali, udzielali fachowych porad i starali się nie przeszkadzać.
Po kilku minutach ciężkiej pracy Pinezka niechętnie, ale jednak zgodziła się wrócić na głębszą wodę. Całą akcję obserwowali turyści biwakujący na Lipowym Ostrowie. Byłem niemal pewien, że zastanawiają się, skąd przypłynęła ta grupa śmiałków i czy przypadkiem nie pomylili znaków nawigacyjnych z oznaczeniami szlaku turystycznego.
Przyznam, że jedyną osobą naprawdę rozczarowaną byłem w tej sytuacji ja. W całym zamieszaniu nie udało mi się bowiem nagrać Vitrasa brodzącego w jeziorze i walczącego z mielizną. Zaproponowałem nawet, że moglibyśmy wrócić i nakręcić całą scenę jeszcze raz. Pomysł został przyjęty salwą śmiechu. Jak się jednak później okazało, los miał dla nas jeszcze kilka własnych scenariuszy. Ale nie wyprzedzajmy wydarzeń.
Po uwolnieniu się z pułapki opłynęliśmy Bukowiec od południa, następnie Łąkową od północy i obraliśmy kurs na Chmielówkę.


Obrazek
Po prawej burcie mijała nas Wyspa Łąkowa
fot. Czesio

Obrazek
Po lewej stronie rejsu płynął z nami Bukowiec
fot. Czesio

Obrazek
Mijając północny kraniec Łąkowej skierowaliśmy się ku Chmielówce
fot. Czesio

Niestety nasze wcześniejsze przygody kosztowały nas trochę czasu. Gdy zbliżaliśmy się do celu, załoga Atera przekazała przez telefon niezbyt optymistyczną wiadomość. Pomost był całkowicie zajęty. Nie było najmniejszych szans, aby przycumować tam naszą flotyllę.

Obrazek
Do Chmielówki dotarliśmy, ale tylko wzrokiem
fot. Czesio

Pozostało więc zrobić dokładnie to, co w podobnej sytuacji zrobiłby Pan Tomasz. Podpłynęliśmy jedynie w okolice zatoki Kraga, po czym zarządziliśmy odwrót.
I właśnie ten fragment jeziora przypomniał mi pewien opis z „Nowych przygód Pana Samochodzika”:


„Z wyspy Łąkowej i Bukowca umknąłem więc w panice, jak z terenu objętego zarazą. Zawahałem się, czy nie skierować wehikułu w Kragę, długą zatokę wrzynającą się w ląd. Ale właśnie stamtąd napływały roje kajakowiczów.
Dlatego ruszyłem dalej na północ.”


Kilka lat później Nienacki ponownie powrócił w swoich książkach nad Jeziorak. Co ciekawe, to samo miejsce w „Złotej rękawicy” opisał już nieco inaczej:

„Wpłynęliśmy w Kragę, długą odnogę Jezioraka. Tu było już mniej jachtów i motorówek. Powitały nas wysokie lesiste brzegi, piaszczyste zatoczki, gdzie tu i ówdzie żółciły się namioty turystów.
Kragę zamykał półkoliście sklepiony most na szosie łączącej Iławę z Borecznem. Za mostem zaczynało się jezioro Dauby, gdzie znajdowało się wejście do Kanału Elbląskiego. Ale – aby przedostać się pod mostem – należało położyć maszt.”


Do godziny szesnastej pozostawało coraz mniej czasu, ale wszystko wskazywało na to, że prognozy tym razem mogą się nie sprawdzić. Niebo wprawdzie zaczynało zbierać chmury, jednak pogoda nadal wyglądała całkiem przyjaźnie. Nabraliśmy więc odrobiny optymizmu i postanowiliśmy wracać do Siemian tą samą trasą, którą przypłynęliśmy. Plan zakładał opłynięcie Łąkowej, przejście między Bukowcem a Lipowym Ostrowem i spokojny powrót do portu.

Po wcześniejszych doświadczeniach szczególną uwagę zwracaliśmy oczywiście na wszelkie boje, mielizny i inne pułapki czyhające na początkujących wilków jeziornych. Wydawało się, że tym razem nic nie może nas zaskoczyć. Jak się okazało, Jeziorak miał na ten temat zupełnie inne zdanie.
Nie zdążyliśmy jeszcze dopłynąć do feralnego miejsca, gdy Pinezka po raz kolejny postanowiła nawiązać bliższą znajomość z dnem jeziora. Przez chwilę nawet zacząłem podejrzewać, że Vitras usłyszał moją wcześniejszą propozycję dotyczącą nakręcenia dubla i postanowił spełnić ją w najbardziej dosłowny sposób. Po raz drugi tego dnia nasz kapitan awaryjny zanurzył się w wodzie, a ja tym razem zdążyłem uwiecznić przynajmniej fragment akcji ratunkowej. Chwilę później cała załoga tradycyjnie przemieściła się na dziób, Vitras rozpoczął walkę z żywiołem, a Pinezka niechętnie dała się odciągnąć od dna.


Obrazek
Vitras sprawdzał osobiście, czy mielizna rzeczywiście istnieje
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Kiedy sugerowałem nakręcenie dubla, nie sądziłem, że potraktuje to tak dosłownie
fot. Kadr z filmu zlotowego

Tym razem poszło nieco sprawniej niż za pierwszym razem, ale wiatr najwyraźniej postanowił przyłączyć się do spisku. Zamiast pomagać nam w drodze do Siemian, uporczywie spychał nas na południe. Przez pewien czas bardziej przypominaliśmy uczestników przeciągania liny z naturą niż załogę jachtu wracającego do portu.
W końcu jednak udało się opanować sytuację i skierować Pinezkę tam, gdzie od początku chciała płynąć większość załogi. Gdy w oddali pojawiły się zabudowania naszej przystani, niebo gwałtownie zmieniło swoje oblicze. Chmury zgęstniały, zrobiło się wyraźnie ciemniej, a gdzieś nad horyzontem dało się usłyszeć pomruki nadciągającej burzy. Tym razem nie zamierzaliśmy już igrać z losem. Silnik został uruchomiony, a Pinezka ruszyła prosto do bazy.


Obrazek
Jeszcze jeden widok na Bukowiec, zanim obraliśmy kurs na przystań
fot. Czesio

Obrazek
Chmury powoli przejmowały władzę nad Jeziorakiem
fot. Czesio

Był to jeden z tych momentów, kiedy człowiek zaczyna wierzyć, że istnieje jakiś opiekun żeglarzy. Pierwsze krople deszczu spadły dokładnie wtedy, gdy kończyliśmy cumowanie przy pomoście. Jeszcze chwila zwłoki na jeziorze, jeszcze jedno spotkanie z mielizną albo kilka minut dodatkowego błądzenia po wodzie i wracalibyśmy w zupełnie innych okolicznościach.
Tymczasem mogliśmy z satysfakcją uznać, że kolejny etap naszej jeziornej przygody zakończył się pełnym sukcesem. No, może nie licząc dwóch drobnych spotkań z dnem Jezioraka.
Po powrocie do przystani i zwycięskiej ucieczce przed deszczem przyszedł czas na kolejny punkt programu, bez którego trudno sobie wyobrazić jakikolwiek oficjalny zlot forowy.
Konkurs.
Tegorocznej organizacji podjął się TomaszK, który postanowił odejść od rywalizacji indywidualnej i rzucić nas w wir zmagań drużynowych. Zespoły utworzono według obsady poszczególnych łajb. Dodatkowo do zabawy dołączyli nasi goście z innych samochodzikowych forów internetowych, którzy przyjechali do nas z pobliskiego Jerzwałdu.
Berta zasiliła załogę Yvonne, Kustosz zameldował się na pokładzie Mysikrólika, natomiast Teresa von Hagen dołączyła do ekipy Hanki, czyli do naszej Pinezki.
Ja wprawdzie oficjalnie pełniłem funkcję operatora kamery, ale jak wiadomo, operator też człowiek. Kiedy więc pytania trafiały do naszej drużyny, starałem się wspomagać załogę swoją wiedzą, pamięcią i przypadkowymi skojarzeniami.
Zanim jednak rozpoczęły się zmagania umysłowe, Vitras przygotował atrakcję dla najmłodszych uczestników zlotu. Okazało się, że przywiózł w swoim kamperze nowo zakupiony piec do witraży, którego jeszcze nie miał okazji wypróbować. Dzieciaki natychmiast przystąpiły do pracy. Na kawałkach szkła zaczęły powstawać kolorowe kompozycje, układane z maleńkich kolorowych elementów z precyzją godną średniowiecznych mistrzów.


Obrazek
Vitras zamienił się z żeglarza w profesora sztuk pięknych
fot. Barabasz

Obrazek
Lekcja tworzenia witraży. Egzamin miał odbyć się po wypaleniu.
fot. Barabasz

Obrazek
W takich chwilach najlepiej widać dziecięcą kreatywność
fot. Barabasz

Vitras cierpliwie sklejał gotowe projekty, a kiedy część z nich była już przygotowana, nastąpiła chwila prawdy. Piec został uruchomiony. I wtedy okazało się, że instalacja elektryczna mariny nie była przygotowana na spotkanie z nowoczesną sztuką użytkową. Korki skapitulowały niemal natychmiast. Próbowaliśmy różnych rozwiązań. Zmienialiśmy gniazdka, kombinowaliśmy, szukaliśmy sposobów, ale rezultat był zawsze taki sam. Piec ruszał, a po chwili prąd poddawał się bez walki.

Obrazek
Urządzenie, które nie doceniło ambicji naszej młodzieży
fot. Barabasz

Nie chcąc zawieść młodych artystów, Vitras zabrał wszystkie przygotowane prace do domu, obiecując ich późniejsze wypalenie. Mam nadzieję, że uda mu się zrealizować tę obietnicę. Będzie też doskonały pretekst, żeby pojawić się na kolejnym zlocie. Choć szczerze mówiąc, po dwóch dniach wspólnego żeglowania wydaje mi się, że Vitras dodatkowych zachęt nie potrzebuje. Zwłaszcza że gdzieś w tle pozostawał jeszcze Dereniowy Niszczyciel Światów.

Podczas gdy dzieci nadal tworzyły swoje dzieła, starsza część zlotowej społeczności stanęła do konkursowych zmagań. TomaszK przygotował kilka rund pytań za jeden, dwa i trzy punkty. Każda drużyna otrzymała identyczny zestaw możliwości, więc o zwycięstwie miała decydować wyłącznie wiedza.
A właściwie wiedza o Panu Samochodziku. Pytania dotyczyły „Nowych przygód Pana Samochodzika” oraz „Złotej rękawicy”. Trzeba przyznać, że ich poziom był bardzo zróżnicowany. Od ryb pojawiających się na kartach powieści, przez miejsca akcji, aż po nazwiska bohaterów. Niektóre odpowiedzi przychodziły łatwo, przy innych trzeba było solidnie pogrzebać w pamięci.
Muszę przyznać, że ogromne wrażenie zrobił na mnie glaca. Debiutował w konkursie, a odpowiadał z taką swobodą, jakby od lat brał udział w forowych potyczkach.
W pewnym momencie pojawił się jednak nieoczekiwany przeciwnik.
Hałas.
Pod sąsiednim zadaszeniem swój wieczór spędzał armator Grzegorz wraz ze znajomymi. Kilka razy musieliśmy więc prosić ich o ciszę, tłumacząc, że właśnie rozstrzygają się losy najważniejszego konkursu nad Jeziorakiem. Na szczęście wykazali się zrozumieniem i pozwolili nam dokończyć rywalizację.
A zabawa była znakomita. Bo przecież właśnie o dobrą zabawę chodziło najbardziej. Choć nie ukrywam, że satysfakcja ze zwycięstwa również smakowała całkiem dobrze. Ostatecznie najlepsza okazała się załoga Pinezki. Wtedy zrozumiałem, że wyjątkowo trafnie wybrałem łajbę do zamelinowania się na czas zlotu.
Nagrodą główną była wielka mapa łowisk Jezioraka z zaznaczonym miejscem spoczywającej na dnie ciężarówki. I wtedy wszystko stało się jasne. Po latach tajemnica została rozwiązana.
To TomaszK okazał się Brodaczem, który skradł człowiekowi z blizną słynną mapę łowisk!


Obrazek
Nagroda główna konkursu i jednocześnie dowód, że TomaszK znał miejsce zatopienia ciężarówki
fot. Czesio

„Teraz już domyślam się wszystkiego. To on był zaplątany w fałszerstwo znaczków pocztowych i powędrował do aresztu. A Brodacz ukradł mapę z jego mieszkania i poszedł z nią do Wacka Krawacika, któremu mama ciągle zarzucała, że tyle pieniędzy od niej bierze, a niczym się nie wykazuje. Więc Wacek postanowił mamie zaimponować zrobieniem „wspaniałego interesu”. Przypuszczam, że zeznania Wacka Krawacika i Brodacza potwierdzą moje domysły.”

Czy jednak TomaszK zdążył już wydobyć skarby z jeziornego przesmyku i zagarnąć je dla siebie? Tego mieliśmy dowiedzieć się dopiero następnego dnia. W planach był bowiem rejs w stronę Jeziora Płaskiego, a więc w okolice, gdzie niejedna samochodzikowa tajemnica wciąż zdawała się czaić między trzcinami.

Obrazek
Komisja śledcza do spraw „Nowych przygód” i „Złotej rękawicy”
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Reprezentacja załogi PiTTa
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Drużyna Atera w pełnym skupieniu
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Ekipa Mysikrólika na tropie mapy łowisk
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Załoga Yvonne podczas zmagań konkursowych
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Drużyna Pinezki gotowa do walki o zwycięstwo
fot. Kadr z filmu zlotowego

Po zakończeniu konkursu Hankę i mnie spotkała jeszcze bardzo miła niespodzianka. W imieniu uczestników zlotu podziękowano nam za organizację całego przedsięwzięcia. Hanka otrzymała przepiękną busolę oraz elegancki naszyjnik. Przyznam, że gdy tylko go zobaczyłem, natychmiast wróciła do mnie historia zatopionej ciężarówki. Czyżby TomaszK rzeczywiście zdążył wcześniej odnaleźć jej ładunek? A może część skarbów już od dawna krążyła po Jezioraku, czekając na odpowiednich właścicieli?
Mnie natomiast przypadła w udziale koszulka z napisem „Czesio – zdobywca górskich szlaków”. Trudno o bardziej trafiony prezent dla człowieka, który wiele dni spędzał na górskich ścieżkach, a dopiero teraz odkrywał, że przygody można przeżywać również na wodzie.


Obrazek
Podziękowania od zlotowiczów, które wzruszyły organizatorów
fot. Marysia

Tymczasem nad Jeziorakiem zapadł zmrok. Dla zwykłych turystów oznaczałby zapewne koniec dnia. Dla uczestników zlotu był to jedynie sygnał do rozpoczęcia kolejnej części programu.
Pogoda zrobiła się chłodniejsza, a z nieba zaczął padać deszcz, więc centrum życia towarzyskiego ponownie przeniosło się na pokład Pinezki. Wkrótce zrobiło się tłoczno, gwarno i bardzo wesoło. Rozmowy płynęły szerokim strumieniem, na stole pojawiały się kolejne przysmaki i napitki, a oprawę muzyczną zapewniał tym razem Kustosz. Wspólnie śpiewaliśmy wszystko, co tylko przyszło nam do głowy. Nie zabrakło oczywiście nieśmiertelnej „Jolki”, która najwyraźniej należy już do obowiązkowego repertuaru wszystkich spotkań przy gitarze. Był również nasz zlotowy hymn.


Obrazek
Pinezka ponownie przystąpiła do testów maksymalnej pojemności
fot. Czesio

Obrazek
Jeszcze jedna noc pełna rozmów i wspólnego śmiechu
fot. Czesio

A potem nadszedł moment, na który – choć nigdy się do tego nie przyznajemy – wszyscy po cichu czekamy. Gdy TomaszK postanowił zakończyć wieczór i udać się na spoczynek, zatrzymał się jeszcze na chwilę i krzyknął do całego towarzystwa:
– Kocham was!
I wiecie co? To właśnie jest piękne w tych naszych spotkaniach. Bo właśnie dla takich chwil wracamy na zloty. Dla ludzi, którzy po wielu miesiącach potrafią usiąść przy jednym stole i po pięciu minutach rozmawiać tak, jakby od ostatniego spotkania minął najwyżej tydzień.
Niedługo później nasi goście pożegnali się z nami i wrócili do Jerzwałdu. My jeszcze przez chwilę siedzieliśmy na Pinezce, nie spiesząc się do snu i próbując ukraść dla siebie kilka dodatkowych minut tego zlotowego czasu. W końcu jednak nawet najwięksi miłośnicy przygód muszą kiedyś zamknąć oczy.
Krótko po północy załogi zaczęły rozchodzić się do swoich łajb. Jeziorak uspokajał się po kolejnym dniu pełnym wrażeń, a przed nami czekała następna wyprawa.
Tym razem w stronę Jeziora Płaskiego.



6 czerwca 2026r. (sobota)

Przed nami ostatni dzień żeglugi po Jezioraku. Dla większości załóg oznaczało to po prostu kolejny rejs. Dla miłośników przygód Pana Samochodzika był to jednak dzień szczególny. W planie znajdował się bowiem punkt obowiązkowy naszej wyprawy nad Jeziorak – przesmyk prowadzący na Jezioro Płaskie.
To właśnie tam, według książkowej legendy, spoczęła ciężarówka ze skarbami wywiezionymi z Muzeum w E. Trudno więc było nie traktować tego miejsca z należnym szacunkiem.
Prognozy na ten dzień były wyjątkowo łaskawe. Meteorolodzy nie straszyli ani deszczem, ani burzami. Nie było więc potrzeby spieszyć się z wypłynięciem. Załogi powoli budziły się do życia, z pokładów dochodziły odgłosy przygotowywanych śniadań, a poranne rozmowy mieszały się z brzękiem kubków i naczyń.


Obrazek
Jajecznica, pomidory, ogórki i cała reszta. Morale załogi zostało należycie zabezpieczone.
fot. Czesio

Dopiero około godziny jedenastej padła długo wyczekiwana komenda:
– Zrzucać cumy!
Kolejne jachty opuszczały przystań i kierowały się ku północnym wodom Jezioraka. Niestety, natura postanowiła tym razem oszczędzić nam nie tylko deszczu, ale również wiatru. A żeglarz bez wiatru jest trochę jak rowerzysta bez roweru. Teoretycznie może się przemieszczać, ale nie do końca o to chodzi.
Ogromne połacie żagli bezradnie zwisały, czekając na choćby najmniejszy podmuch. Ten jednak nie zamierzał współpracować. Wszystkie załogi musiały więc wspomagać się silnikami.
Nie narzekaliśmy jednak zbytnio. Wrzuciliśmy wolne obroty i spokojnie sunęliśmy po gładkiej tafli jeziora, korzystając z pięknej pogody i delektując się chwilą.
W końcu przed nami zaczęły pojawiać się znajome z książek okolice. Po lewej stronie wyłoniła się polana z rozbitymi namiotami. Przy brzegu kołysało się kilka zacumowanych żaglówek.


Obrazek
Domniemany Przylądek Sandacza – jedno z miejsc, gdzie rzeczywistość miesza się z literaturą
fot. Czesio

Obrazek
W pobliżu Przesmyku na Jezioro Płaskie wyłoniła się polana usiana namiotami
fot. Czesio

Obrazek
Polana usiana namiotami i kilka żaglówek przy brzegu. Jedno z tych miejsc, w których czas zdaje się płynąć własnym rytmem.
fot. Czesio

Przypomniał mi się w tym momencie nasz zlot na Śniardwach sprzed kilku lat. Płynęliśmy wtedy na wyspę Fort Lyck i właśnie podczas tego rejsu zaczął padać deszcz. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że bardzo podobnie opisał tę podróż Nienacki. W jego książce również padało, gdy Tomasz i Monika płynęli wehikułem na spotkanie z Winnetou. Pamiętam, że wtedy miałem wrażenie, jakbyśmy na chwilę znaleźli się na kartach powieści.
Teraz było podobnie. Patrząc na spokojną wodę, przesmyk i otaczające go brzegi miałem wrażenie, że wystarczy przymknąć oczy, a za chwilę zza zakrętu wyłoni się wehikuł Pana Samochodzika. Natura przygotowała dla nas scenerię niemal żywcem wyjętą z kart książki:


„Zbliżał się wieczór - ciepły, bezwietrzny. Jezioro - zazwyczaj tak ruchliwe, jak gdyby żywe - teraz wydawało się martwe. Nawet najdrobniejsza fala nie wybiegała na brzegi. Woda zastygła jak ogromna kałuża gorącego ołowiu, w której promienie skłaniającego się ku zachodowi słońca pozostawiały ślad podobny do stygnącego żaru.
Lecz do nocy było jeszcze daleko. Dlatego postanowiłem choć na chwilę wypłynąć na Jezioro Płaskie i zorientować się, jak ono wygląda. Nie byłem na nim nigdy, znałem je tylko z dokładnej mapy.
Dlaczego nazwano je Płaskim? Czy bywają jeziora niepłaskie, pagórkowate lub pochyłe? Czemu w ogóle potraktowano je jako coś odrębnego, choć łączył je z Jeziorakiem przesmyk szeroki na sto metrów?
Wpływając z Jezioraka na Płaskie, ktoś nie obeznany z mapą, w ogóle by nie zauważył, że znalazł się na innym jeziorze. Ot, Jeziorak raptem zwężył się na krótkim odcinku, podobnie jak tylekroć w pobliżu Iławy, a potem znowu rozlewała się ogromna toń, pełna wysp i wysepek. To chyba na którejś z nich znajduje się obozowisko bandy Romana...
- Niech pan uważa, tam są sieci - zwrócił się do mnie Czarny Franek, gdy usiłowałem płynąć wzdłuż wschodniego brzegu. - Porwie je pan albo śrubę straci.
To nie były sieci, tylko ogromny żak. Wbite w płytkie dno gałęzie zaznaczyły jego końce, na wodzie leżało kilkanaście pływaków utrzymujących żak na określonej głębokości.”


Obrazek
Przed nami Przesmyk i Jezioro Płaskie – miejsce, gdzie według książki spoczęła ciężarówka ze skarbami
fot. Czesio

Chwilę później dotarliśmy do miejsca, które od początku było celem naszej wyprawy. 
Przesmyk prowadzący na Jezioro Płaskie. Podpłynęliśmy niemal pod sam jego początek. Kuszące było, by popłynąć dalej i wpłynąć na wody Jeziora Płaskiego, ale rozsądek zwyciężył. W przesmyku rozstawione były sieci rybackie, a my nie chcieliśmy ryzykować ani ich uszkodzenia, ani konieczności tłumaczenia się rybakom z naszej samochodzikowej ciekawości.


Obrazek
Przesmyk na Jezioro Płaskie – miejsce zatopionej ciężarówki i serce wydarzeń opisanych w »Nowych przygodach Pana Samochodzika
fot. Czesio

Przez chwilę dryfowaliśmy więc w pobliżu miejsca, które tyle razy odwiedzałem wcześniej jedynie wyobraźnią. 
Oczywiście nie mogło zabraknąć obowiązkowej sesji fotograficznej. W końcu nie codziennie człowiek dociera do miejsca, które znał wcześniej tylko z kart książki.
Patrząc na przesmyk, bez trudu można było uwierzyć, że właśnie tędy próbowała przedostać się ciężarówka wypełniona skarbami z Muzeum w E. Wystarczyło odrobinę uruchomić wyobraźnię, by zamiast spokojnej tafli wody zobaczyć skute lodem jezioro i ciężki pojazd ostrożnie sunący ku Jezioru Płaskiemu.


„(...) pan Tomasz bezbłędnie określił drogę, którą uciekali hitlerowcy z ciężarówką. Między Dobrzykami a Jerzwałdem skręcili w lewo na polną drogę. Usiłowali przedostać się przez jezioro w najwęższym miejscu, a więc przez ten przesmyk. I tutaj pod ciężarówką załamał się lód.
(...)
Wacek i Brodacz urządzili się znakomicie. Zakotwiczyli jacht nad ciężarówką. O świcie zaopatrzony w akwalung Brodacz zanurzał się pod wodę, a Krawacik spuszczał z burty koszyczek na linie. Robili to wszystko od strony jeziora, tak że nikt z naszego brzegu nie mógł zauważyć ich manipulacji. Zresztą, trzeba im przyznać, wykazali ogromną ostrożność. Wydobywali skarby wczesnym rankiem, i to nie dłużej niż pół godziny dziennie, kiedy pan Anatol i Kazio jeszcze smacznie spali w swoich namiotach.”


Ciężarówki wprawdzie nie wypatrzyliśmy, podobnie jak żadnych skrzyń ze skarbami. Najwyraźniej ktoś nas ubiegł. Być może Brodacz z Wackiem Krawacikiem? A może TomaszK, który dzień wcześniej przekazał mapę łowisk jako nagrodę konkursową?

Obrazek
Pinezka w pełnej krasie – z żaglami postawionymi na motyla
fot. Czesio

Z okolic przesmyku obraliśmy kurs na północ, trzymając się prawego brzegu półwyspu Bukowiec. Płynąc wzdłuż brzegu, co jakiś czas spoglądaliśmy na drugą stronę, wypatrując domniemanego miejsca, w którym według książki na mieliźnie utknął biały jacht Wacka Krawacika. Trudno dziś wskazać jego dokładną lokalizację, ale porośnięte trzcinami płycizny pozwalały uruchomić wyobraźnię. Łatwo było wyobrazić sobie przechyloną na burtę jednostkę sprawiającą wrażenie opuszczonej przez załogę – dokładnie taką, jaką opisał ją Nienacki.

„Właśnie poczułem głód i rozglądałem się po brzegu za miejscem dobrym dla ugotowania obiadu, gdy na porośniętej rzadką trzciną płyciźnie zobaczyłem znajomy biały jacht Wacka Krawacika. Wyglądał żałośnie - przechylony na bok i jak gdyby opuszczony przez swoją załogę.
Było obowiązkiem turysty dopłynąć do jachtu i zapytać, czy nie trzeba w czymś pomóc. Z kabiny wynurzyła się młoda kobieta o utlenionych na biało włosach.
- Dzień dobry pani - przywitałem ją, dobijając wehikułem do burty jachtu. - Zauważyłem, że państwo osiedli na mieliźnie i przybyłem zapytać, czy moja osoba może okazać się pomocna?
Młoda pani uśmiechnęła się do mnie przyjemnie i przecząco pokręciła białą głową.
- Mój narzeczony i jego przyjaciel popłynęli wpław do brzegu, a potem lądem mieli pójść do wsi Pomielin po pomoc, żeby nam jacht ściągnięto na głębszą wodę.”


Obrazek
Domniemane miejsce, w którym według książki na mieliźnie utknął biały jacht Wacka Krawacika. Patrząc na porośnięte trzciną płycizny, łatwo było uruchomić wyobraźnię
fot. Czesio

Naszym kolejnym celem był Czaplak – kolejne miejsce dobrze znane wszystkim miłośnikom „Nowych przygód Pana Samochodzika”.

Obrazek
Czaplak – miejsce, gdzie Tomasz podsłuchiwał rozmowę Czarnego Franka, Brodacza i Wacka Krawacika
fot. Czesio

Nie dopłynęliśmy wprawdzie do samej wyspy, ale już sama świadomość, że znajduje się tuż obok, działała na wyobraźnię. W końcu to właśnie tam rozegrała się jedna z ważniejszych scen książki. To na Czaplaku Tomasz ukryty wśród trzcin podsłuchiwał rozmowę Czarnego Franka, Brodacza i Wacka Krawacika. To tam pojawił się trop prowadzący do tajemnicy skradzionej mapy łowisk i zatopionych skarbów.

„Tym razem skierowałem się do Czaplaka, gdzie na płyciźnie okalającej wyspę stał biały jacht Wacka Krawacika. Płynąłem wolno, z lornetką przy oczach, dlatego widziałem dokładnie nie tylko jacht, ale i postacie na pokładzie. Najpierw rozpoznałem białą panią, a potem Wacka Krawacika i Brodacza. Obydwaj właśnie zeskakiwali z jachtu do wody i brnęli po płyciźnie w stronę lądu.
„Czego oni tam szukają?” - pomyślałem.
I wtedy zobaczyłem, że ktoś nadchodzi z głębi wyspy. Maszerował przez pustynne wrzosowisko, widziałem go coraz wyraźniej. Był to... Czarny Franek. Szedł prosto w stronę jachtu.
(...)
- Cześć! Czołem! - usłyszałem głos Czarnego Franka. - Panowie mają do mnie jakiś interes? Taką wiadomość przekazał mi jeden z moich kumpli...
(...)
Teraz odezwał się Brodacz:
- Szkoda czasu na bawienie się w ceregiele. Od razu powiem panu, w czym rzecz. (...) Skradziono nam torbę. Nie chcemy wnikać, kto to zrobił, nie zamierzamy meldować o tym milicji...
- O, przepraszam bardzo. Kradzieże mnie nie interesują - burknął Czarny Franek. I zapewne oburzony zerwał się ze swego miejsca, bo Brodacz szybko powiedział: - Niechże pan siada i posłucha do końca. Nikt pana nie oskarża o kradzież. Chodzi o to, aby pan wiedział, że skradziono nam torbę, w której była bardzo cenna dla nas rzecz. Nie zależy nam na jej pozostałej zawartości, a były tam przedmioty wartościowe, jak na przykład wspaniały nóż fiński, kompas, sto metrów żyłki na szpuli, komplet francuskich błystek, zapasowy bęben do spinningu typu Rex, a także komplet kolorowych długopisów. Potrafimy przeboleć tę stratę, chodzi nam tylko o jedną rzecz: o mapę Jezioraka z zaznaczonymi na niej miejscami łowisk różnych ryb. Pan zdaje sobie sprawę, że dla kogoś, kto nie pasjonuje się wędkarstwem, taka mapa to jest nic, ot, bezwartościowy papier! Ale dla nas, a szczególnie dla mojego przyjaciela, który w tym roku chce zdobyć złoty medal, utrata mapy stała się szkodą niepowetowaną.
- Rozumiem. Ale co ja mam z tym wspólnego?
- Ukradł tę torbę któryś z chłopaków kręcących się nad jeziorem. Pan nimi rządzi i panu łatwiej niż nam dowiedzieć się, kto to zrobił. Nie chcemy, aby ten osobnik poniósł karę. Pragniemy odzyskać mapę łowisk i gotowi jesteśmy ją od pana odkupić. - Dam sto złotych wtrącił Wacek Krawacik.
Czarny Franek tylko parsknął śmiechem.
- Co pan, mości książę? Za sto złotych mogę panu buty wyczyścić, a nie odszukać mapę łowisk. Jak pan zacznie rozmowę od tysiąca złotych, to być może się zastanowię, czy nie warto zbadać, gdzie aktualnie znajduje się ta mapa.
- Tysiąc?! Pan oszalał - warknął Krawacik.
- W takim razie, panowie, zostańcie w spokoju, a ja pójdę swoją drogą - powiedział Czarny Franek i chyba znowu podniósł się ze swego miejsca.
Brodacz zaczął łagodzić spór:
- Spokojnie, panowie. Tylko bez nerwów. Co do ceny możemy się dogadać. Lecz najpierw chcemy wiedzieć: potrafi pan dostarczyć nam mapę?
Zapadło milczenie. Czarny Franek zastanawiał się chwilę, aż wreszcie rzekł:
- Zobaczymy. Popytam tego i owego. Może ktoś coś wie o waszej mapie. Odpowiedzi udzielę jutro o tej samej porze i w tym samym miejscu. Tylko uprzedzam, jeśli z tą sprawą będzie miała coś wspólnego milicja, mapy na oczy nie zobaczycie. A teraz panowie pozwolą, że ich pożegnam.”


To również w okolicach Czaplaka chłopcy z bandy Czarnego Franka postanowili zrobić psikusa panu Anatolowi i panu Kaziowi, ukrywając ich łódkę w trzcinach. Sytuację uratował tajemniczy Kapitan Nemo, który niczym jeziorakowy Sherlock Holmes wskazał spinningiem miejsce ukrycia zguby. Gdy banda próbowała schwytać Kapitana Nemo na wodzie, ten odwdzięczył się pięknym za nadobne i zabrał z brzegu ich ubrania oraz noże. W efekcie młodzi prześladowcy musieli kontynuować swoją wyprawę odziani jedynie w kąpielówki. Był to niewątpliwie jeden z mniej chwalebnych epizodów w historii ich działalności przestępczej.
Nie wiedzieli również, że przez cały czas obserwuje ich Pan Samochodzik. Dzięki temu Tomasz odkrył miejsce ich nowej kryjówki – niewielką wysepkę położoną na północ od Czaplaka, noszącą nazwę Kępka. I właśnie tam postanowiliśmy skierować nasze jachty.


Obrazek
Kurs na Kępkę. Zlotowa flotylla na szlaku śladami Pana Samochodzika.
fot. Czesio

Obrazek
Kępka – niewielka wyspa o wielkim znaczeniu dla miłośników „Nowych przygód Pana Samochodzika”
fot. TomaszK

Od strony wschodniej dostrzegliśmy w trzcinach dogodne miejsce do przybicia. Miecze poszły w górę, silniki pracowały na minimalnych obrotach, a nasze jednostki ostrożnie zaczęły wciskać się pomiędzy trzciny. Chwilę później cztery jachty stały już obok siebie przy brzegu, a piąty zacumował nieco dalej.

Obrazek
Kępka przyjęła nas bez mariny i pomostów, za to z solidnymi drzewami
fot. Czesio

Wysiedliśmy na ląd. Jeżeli gdzieś na Jezioraku można było poczuć atmosferę „Nowych przygód Pana Samochodzika”, to właśnie tutaj. Tak, to była Kępka. To właśnie tutaj banda Czarnego Franka urządziła swoje tajne obozowisko. Tak, to była Kępka.

Obrazek
Gęsta roślinność skutecznie skrywała wnętrze Kępki przed ciekawskimi spojrzeniami
fot. Czesio

Obrazek
Mała polanka ukryta wśród zieleni Kępki.
fot. Czesio

To właśnie tutaj banda Czarnego Franka urządziła swoje tajne obozowisko. Tak opisywał je Nienacki:

„Widziałem stąd drugi brzeg z ciemną ścianą lasu i oddaloną o sto metrów od lądu malutką, podobną do zielonej kępy wysepkę. Otaczała ją zwarta ściana trzcin, robiła wrażenie bagnistej, dostępnej tylko ptactwu wodnemu.
Lecz nagle w zieleni drzew na wysepce mignęło coś jasnego. Raz, drugi, trzeci...
Tak, to sześciu gołych chłopaków ostrożnie wychodziło z wody i znikało w trzcinach. A więc to właśnie ta malutka wysepka była ich tajnym obozowiskiem? Dostawali się do niej za pomocą wiązek trzciny. Wspaniałe znaleźli miejsce. Nikomu, kto przepływał obok, nawet chyba na myśl by nie przyszło, że w zielonej gęstwinie drzew i krzaków kryje się banda młodych opryszków.”


To właśnie tutaj później dotarł harcerz Baśka, który wytropił kryjówkę bandy Czarnego Franka. Jak pamiętamy, jego misja zakończyła się średnim sukcesem, ponieważ został schwytany i związany. Na ratunek ruszył Pan Tomasz, ale i on wpadł w tarapaty po niespodziewanym pojawieniu się Kapitana Nemo.
Muszę przyznać, że po zejściu na ląd szybko zrozumieliśmy, dlaczego Nienacki umieścił akcję właśnie w tym miejscu. Kępka okazała się wyspą wręcz idealną. Niewielka, porośnięta drzewami, pozbawiona pomostów i wszelkiej infrastruktury turystycznej. Innymi słowy – dokładnie taka, jakiej można oczekiwać od tajnej kryjówki. Nie było tu tłumów, hałasu ani przypadkowych turystów. Tylko jezioro, drzewa i cisza przerywana śpiewem ptaków.
Szczególnie spodobała nam się zachodnia część wyspy. Znaleźliśmy tam świetne miejsce do kąpieli, pozbawione trzcin i zachęcające do wejścia do wody.


Obrazek
Nie samymi tajemnicami żyje człowiek – czasem trzeba też wskoczyć do jeziora.
fot. Czesio

Obrazek
Zachodni brzeg Kępki okazał się idealnym miejscem na kąpiel.
fot. Czesio

Dość szybko doszliśmy do zgodnego wniosku, że gdybyśmy wcześniej wiedzieli o istnieniu takiej miejscówki, jeden z noclegów zorganizowalibyśmy właśnie tutaj.
Nawet TomaszK przyznał, że gdyby tylko dysponował namiotem, bez większych oporów zostałby na wyspie na noc. A to już była rekomendacja najwyższej próby. Kępka natychmiast trafiła więc na listę miejsc, do których warto kiedyś wrócić.
Na środku wyspy odkryliśmy niewielką polanę z pozostałościami po ognisku. Ślady obecności poprzednich biwakowiczów były całkiem świeże, bo wśród trawy można było dostrzec nawet skórki po owocach. Widząc to miejsce od razu uruchomiła mi się wyobraźnia. Bez większego trudu zobaczyłem oczami duszy Mysikrólika stojącego przy wielkiej patelni i przygotowującego poranną zlotową jajecznicę dla całej załogi.


Obrazek
W samym sercu wyspy znaleźliśmy ślady dawnych ognisk
fot. Czesio

Do wieczora pozostawało jeszcze sporo czasu, więc nikt nie zamierzał się spieszyć. Część ekipy korzystała z kąpieli w Jezioraku, inni ruszyli na rekonesans wyspy w poszukiwaniu śladów działalności bandy Czarnego Franka, a jeszcze inni zajęli się przygotowywaniem posiłku na pokładach jachtów.

Obrazek
Kępka, Jeziorak i obiad, którego nie powstydziłaby się niejedna restauracja
fot. Czesio

Skoro znaleźliśmy się w jednym z najważniejszych miejsc opisanych w „Nowych przygodach Pana Samochodzika”, należało przywrócić do życia przynajmniej kilka książkowych scen. Na pierwszy ogień poszła słynna scena z przesmyku, podczas której Wacek Krawacik złowił na spinning Fałszywego Ornitologa.

„Marta zarzuciwszy wędkę na ramię odeszła brzegiem w stronę pana Kazia, który jak się okazało - bez żadnych okrzyków radości wyciągał z wody jednego leszcza po drugim. I były to niemałe sztuki.
Brodacz wylazł z jeziora, ociekając wodą. Z groźną miną podszedł do Czarnego Franka.
- To chyba pan nie umiał utrzymać języka za zębami?
- Czego pan chce ode mnie? Pan nie powiedział, że to tajemnica.
Brodacz aż poczerwieniał z gniewu, ale Krawacik położył mu rękę na ramieniu.
- Daj spokój. Ostatecznie, to rzeczywiście żadna tajemnica. Co to? Nie wolno nam korzystać z mapy łowisk?
(...) Brodacz burknął do Krawacika.
- Oni się czegoś domyślają, rozumiesz? Może coś widzieli?
- Ciszej - syknął Krawacik. - I nie wpadaj w panikę.
Aby sprawić wrażenie, że nic go ta sprawa nie obchodzi, znowu rzucił na jezioro swoją wielką błyszczkę. Zaterkotał kołowrotek i spinning raptem aż wygiął się.
- Jest! - wrzasnął Krawacik i zaciął kotwiczkę.
- To chyba tylko zaczep - rzekł Brodacz.
- Jest! Jest! Jest! - wrzeszczał Wacek Krawacik.
Kołowrotek zaczął gwałtownie trzeszczeć, co znaczyło, że „coś” chwycone przez kotwiczkę ucieka na głębię.
Krzyk Wacka Krawacika usłyszał chyba każdy w promieniu pół kilometra. Porzucili swoje wędki: pan Anatol, Marta i Czarny Franek. Usiadły na kocu małżonki rycerzy spinningu.
Nawet panna Edyta, dotąd obojętna na wszystko, co się działo wokół niej, podbiegła do burty i wychyliła się przez nią, spoglądając na wodę. Tylko pan Kazio z największym spokojem pakował do siatki kolejnego leszcza.
Krawacik popuścił trochę żyłki na kołowrotku. Ale po chwili spróbował ściągnąć rybę. Musiała to być jakaś ogromna sztuka, bo na środku przesmyku zakotłowało się, jakby za chwilę wynurzyć się miał z wody stukilogramowy sum.
A potem! - widzieliśmy to na własne oczy - wychyliła się z wody ludzka ręka, której palce chwyciły żyłkę i przerwały ją... Przez krótki moment pod powierzchnią wody mignął kształt ludzki. Jeszcze raz wzburzyło się jezioro, lecz zaraz wyrównała się jego powierzchnia. Można było pomyśleć, że ulegliśmy grze wyobraźni...
- Co to było? Widzieliście? - pytał Krawacik.
Nie potrafię opisać wyrazu bezbrzeżnego zdumienia, jakie malowało się na jego twarzy, gdy tak stał na brzegu ze spinningiem w ręku, a żyłka zwisała luźno i opadała na wodę.
- Złapałeś płetwonurka - odezwał się Brodacz.
- No tak. Ale kto to był? Co on tu robił? - bełkotał Wacek.
- Zwijamy manatki - powiedział Brodacz. Chwycił żyłkę, naciągnął trochę i kazał Wackowi nakręcić ją na kołowrotek.
A ja pomyślałem:
„To chyba Ornitolog wypuścił się w przesmyk ze swoim aparatem tlenowym”.”


Role zostały rozdane równie szybko jak karty przy ognisku. Glaca został Fałszywym Ornitologiem, Ater ponownie wcielił się w Tomasza, Jaga glacówna zagrała Martę, Zdenek Blacha został Czarnym Frankiem, Wiewiórka Brodaczem, Zaliczka panną Edytą, a TomaszL otrzymał rolę Wacka Krawacika. Gdy obsada była już gotowa, można było rozpocząć zdjęcia.
Glaca bez większych protestów zanurkował w wodzie, wędka poszła w ruch, a chwilę później wydarzenia zaczęły toczyć się niemal dokładnie tak, jak opisał je Nienacki. Nie jestem wprawdzie pewien, czy którykolwiek z obecnych zasługiwał na nominację do Oscara, ale śmiechu przy nagrywaniu było co niemiara.


Obrazek
Marta zarzuciwszy wędkę na ramię odeszła brzegiem w stronę pana Kazia
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
To chyba pan nie umiał utrzymać języka za zębami?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Daj spokój. Ostatecznie, to rzeczywiście żadna tajemnica. Co to? Nie wolno nam korzystać z mapy łowisk?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Krawacik znowu rzucił na jezioro swoją wielką błyszczkę
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
A potem! - widzieliśmy to na własne oczy - wychyliła się z wody ludzka ręka, której palce chwyciły żyłkę i przerwały ją...
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Co to było? Widzieliście?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Złapałeś płetwonurka. No tak. Ale kto to był? Co on tu robił?
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
To chyba Ornitolog wypuścił się w przesmyk ze swoim aparatem tlenowym
fot. Kadr z filmu zlotowego

Ledwie zakończyliśmy jedną scenę, a już wyspa podsunęła nam pomysł na następną. TomaszL podczas spaceru odkrył w jednym z drzew sporą dziuplę. Dla zwykłego turysty byłby to zapewne tylko ciekawy szczegół przyrodniczy. Dla grupy fanów Pana Samochodzika oznaczało to natomiast gotową scenografię. Natychmiast przypomnieliśmy sobie fragment książki, w którym Tomasz i Czarny Franek po sprytnym podstępie podczas pościgu za Wackiem Krawacikiem pędzą na Bukowiec, by zdobyć torbę z mapą łowisk.

„Nie spiesząc się, aby nie zwracać niczyjej uwagi, pomaszerowaliśmy do suchego drzewa. Między korzeniami dostrzegłem dwie dziury, pozostałość po lisiej jamie. Czarny Franek przyklęknął i wsunął głęboko rękę w pierwszą, a potem w drugą dziurę.
- Nic tu nie ma... - powiedział rozczarowany. - Tylko ten papier.
I podał mi dużą, trochę pomiętą kartkę wyrwaną z notatnika. Na kartce nagryzmolone było kolorowym długopisem:
Roman, zabrałem tę torbę. Gdy wyrwiesz się glinom, to szukaj mnie na Płaskim.
Lisia Skórka
- Ładna historia! - mruknąłem. - Schowaj tę kartkę do nory, bo Wacek Krawacik pomyśli, że ukradliśmy torbę. I dajemy drapaka, zanim oni przyjadą.
(...)
Już siedziałem za kierownicą wehikułu, gdy nagle przyszło mi na myśl coś ważnego. Wyjąłem z marynarki swój długopis i powróciłem na pagórek z suchym drzewem. Po chwili znowu siedziałem za kierownicą.
- Co pan tam robił? - zaciekawiła się Bronka.
- Z listu wykreśliłem dwa słowa: „na Płaskim”. Trzeba Krawacikowi i Romanowi trochę utrudnić poszukiwania, bo przez to ja będę miał większą szansę.”


Obrazek
Czarny Franek przyklęknął i wsunął głęboko rękę w pierwszą, a potem w drugą dziurę
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Nic tu nie ma... Tylko ten papier.
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Roman, zabrałem tę torbę. Gdy wyrwiesz się glinom, to szukaj mnie na Płaskim.
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Z listu wykreśliłem dwa słowa: „na Płaskim”. Trzeba Krawacikowi i Romanowi trochę utrudnić poszukiwania, bo przez to ja będę miał większą szansę
fot. Kadr z filmu zlotowego

Na deser zostawiliśmy scenę, bez której nasz zlotowy teatrzyk nie miałby prawa się zakończyć. W końcu nie po to przemierzaliśmy Jeziorak śladami bohaterów Nienackiego, nie po to szukaliśmy miejsca zatonięcia ciężarówki ze skarbami, nie po to tropiliśmy kryjówkę bandy Czarnego Franka i odwiedzaliśmy Kępkę, żeby na koniec nie rozwikłać jednej z największych tajemnic „Nowych przygód Pana Samochodzika”.
Kim u licha był Kapitan Nemo?


„- To jest gdzieś tutaj - powiedziałem, rozglądając się po jeziorze. (…)
Woda niosła plusk wioseł i ściszone głosy:
- O tam... Bardziej na lewo... Kije z wody wystają... Tam dopływajcie, chłopaki... (…)
W tym momencie z pobliskich trzcin rozległ się ryk ślizgacza. Aż skurczyliśmy się, tak nas to zaskoczyło. W jednej chwili ślizgacz znalazł się przy blaszanej łódce. Czarno ubrana postać chwyciła żelazny łańcuch, który zwisał z łódki. Jednocześnie Nemo dodał gazu. Łódką szarpnęło. Chłopcy, którzy w niej siedzieli, zaczęli wyskakiwać jak jabłka z koszyka, którym ktoś mocno potrząsnął.
- Nemo!... Nemo! - rozległy się przerażone wrzaski.
Nie znalazł się ani jeden odważniak, który by pozostał w holowanej przez ślizgacz łódce. Wszyscy salwowali się ucieczką wpław w stronę drugiego bliższego brzegu.
Ale tym razem Nemo popełnił błąd. Zamiast holować łódkę na głębię, zrobił rundę na jeziorze, chcąc pewnie jeszcze bardziej przepłoszyć uciekających chłopaków. Ale zbyt się przy tym zbliżył do zarośli. Ślizgacz wpadł w trzciny, które wkręciły się w śrubę.
Motor parsknął raz i drugi, zawył... i umilkł.
Na jeziorze nastała cisza, jedynie fale wywołane przez ślizgacz marszczyły powierzchnię wody ze strugą księżycowego światła, która lekko drgając, przypominała jasną smugę w sierści jakiegoś wielkiego, czarnego potwora.
- Chłopaki... Wracamy! - usłyszałem rozkazujące wołanie Lisiej Skórki. - On uwiązł! Nie ucieknie nam. Teraz go dostaniemy.
Posłusznie zawrócili, kierując się do uwięzionego w trzcinach ślizgacza. Zrozumieli, że Nemo przestał być groźny, że nie poradzi sobie z czterema przeciwnikami.
- Biegnę po wehikuł! - krzyknąłem do Franka.
Lecz Czarny Franek jakby mnie nie słyszał. Bez słowa zrzucił z siebie ubranie i skoczył do wody. Przez sekundę przemknęła mi myśl, że może śpieszy na pomoc swoim dawnym kompanom. Nie było jednak czasu na wątpliwości. Co tchu popędziłem po wehikuł.
A gdy zjechałem nim nad jezioro, oczom moim ukazał się taki widok.
W strudze księżycowego światła widziałem wyraźnie głowy chłopaków z bandy, którzy byli już bardzo blisko ślizgacza. O trzy metry od Nemo znajdował się również Czarny Franek, płynący szybko kraulem. A Kapitan Nemo choć zapewne dobrze zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa i mógł ratować się ucieczką wpław do brzegu przecież nie uciekał. Stał wyprostowany na ślizgaczu, w potokach księżycowego światła, jakby oczekując, aż chłopaki z bandy podpłyną jeszcze bliżej. A potem zrzucił płaszcz z kapturem i chwycił w ręce spinning.
Kapitan Nemo bez czarnego płaszcza i kaptura. Kapitan Nemo z odkrytą twarzą! Na ślizgaczu stała drobna, szczupła dziewczyna z długim warkoczem.
Marta.
Na krótki moment chłopaki z bandy znieruchomieli, przestał także płynąć Czarny Franek. Jakby ich sparaliżowała świadomość, kim jest Nemo.
- Tak, to ja jestem Kapitanem Nemo! - zawołała Marta. - To przede mną tyle razy uciekaliście w największym strachu. To ja was tyle razy pokonałam. I teraz też się was nie boję. Zbliżcie się tylko, a mój spinning pójdzie w ruch.
Pomyślałem: „Nemo jak zwykle kocha efekty”. Ale tym razem „go” rozumiałem.
Kiedy zobaczył, że będzie musiał ulec przeważającej sile, wolał sam pokazać, kim jest, niż pozwolić, aby z niego zdzierano płaszcz i kaptur. To byłoby zbyt upokarzające.”


Obsada była już sprawdzona, więc obyło się bez castingu. Kapitanem Nemo ponownie została Jaga glacówna, która najwyraźniej na czas zlotu zrosła się z tą rolą. W członków bandy Czarnego Franka wcieliła się nasza zlotowa młodzież tj. Zaliczka, Ola i Antek. Tomaszem tradycyjnie został Ater, natomiast Czarnym Frankiem mianowano Zdenka Blachę.
Trzeba przyznać, że Jaga podeszła do zadania z pełnym profesjonalizmem. Jej interpretacja Kapitana Nemo była tak przekonująca, że po raz pierwszy rozważam rezygnację z podkładania kwestii z audiobooka.


Obrazek
To jest gdzieś tutaj
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Kapitan Nemo stał wyprostowany na ślizgaczu, w potokach księżycowego światła
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Tak, to ja jestem Kapitanem Nemo!
fot. Kadr z filmu zlotowego

Obrazek
Zbliżcie się tylko, a mój spinning pójdzie w ruch
fot. Kadr z filmu zlotowego

Niestety nawet najlepszy spektakl musi kiedyś dobiec końca. Czas na Kępce płynął wyjątkowo szybko. Jeszcze przed chwilą dopiero przybijaliśmy do brzegu, a już trzeba było wracać na pokłady. Powoli odwiązaliśmy cumy i obraliśmy kurs na Siemiany.

W drodze powrotnej co jakiś czas spoglądałem na prawy brzeg jeziora, wypatrując miejsca jednego z obozowisk Pana Tomasza. Trudno było oczywiście wskazać je z całkowitą pewnością, ale mijane zatoczki i porośnięte lasem fragmenty brzegu skutecznie pobudzały wyobraźnię.

"Po kilkunastu minutach podróży ujrzałem przy wschodnim brzegu niewielką, malowniczą zatoczkę niezbyt zarośniętą szuwarami. Brzeg był tu suchy, trawiasty, rosło na nim z rzadka kilka starych dębów przypominających baobaby. Miejsce to wydawało mi się wymarzone na dłuższy biwak, tym bardziej że było stąd świetnie widać zachodni brzeg z dwoma półwyspami, gdzie winien był, według moich obliczeń, zjawić się Człowiek z Blizną."

Obrazek
Niewielka zatoczka przy wschodnim brzegu Jezioraka – domniemane miejsce jednego z obozowisk Pana Tomasza.
fot. Czesio

Żagle tego popołudnia pełniły głównie funkcję dekoracyjną. Wiatru było mniej więcej tyle, ile sami byliśmy w stanie wyprodukować podczas rozmów. Przez dłuższą chwilę dryfowaliśmy po jeziorze z nadzieją na jakiś podmuch, ale natura najwyraźniej postanowiła zrobić sobie dzień wolny.

W końcu skapitulowaliśmy. Silniki zostały uruchomione i spokojnym tempem ruszyliśmy w stronę naszej bazy. Wieczorem czekał nas bowiem kolejny obowiązkowy punkt programu – ognisko na terenie Restauracji u Dzidka.
Do jego rozpoczęcia pozostało jeszcze trochę czasu. Jedni wybrali się na lody, inni na kawę, a część uczestników postanowiła wykorzystać okazję do krótkiej drzemki. Trzy dni rejsu, nawet przy bezwietrznej pogodzie, potrafią człowieka zmęczyć.
Gdy nadszedł odpowiedni moment, do akcji wkroczył nasz etatowy ogniomistrz Mysikrólik. Ognisko rozgorzało szybko i sprawnie, choć obserwując jego przygotowania zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie miał podobnych rozterek jak Pan Tomasz w jednej ze scen „Nowych przygód Pana Samochodzika”.


„Nad brzegiem jeziora było już rojno i gwarno. Na malutkim pagórku zrobiono honorową trybunę dla zaproszonych gości, harcerze zasiedli po turecku, ogromnym półksiężycem obejmując plac. Rozległ się głos trąbki. Druh Gąsiorowski wygłosił krótkie przemówienie do zebranych, potem sołtysa z Siemian i mnie zaproszono do uroczystego podpalenia ogniska. Jak wiadomo, wolno do tego celu użyć tylko jednej zapałki. Bałem się trochę, czy zdołam wzniecić ogień. Tell jednak przyszedł mi z pomocą, dyskretnie wskazując miejsce, gdzie znajdował się najsuchszy chrust. Płomień natychmiast buchnął mocno, co brać harcerska powitała radosnym okrzykiem:
- Brawo, brawo, brawissimo!”


Obrazek
Jak nakazuje harcerska tradycja – jedna zapałka i płomień gotowy
fot. Czesio

Ognisko zapłonęło szybko i wkrótce wokół niego zaczęło gromadzić się coraz więcej osób. Na stołach pojawiały się kolejne przysmaki, a na kijkach zawisły kiełbaski, które po chwili zaczęły apetycznie skwierczeć nad płomieniami.

Obrazek
Blask ogniska od lat towarzyszy zlotowym spotkaniom
fot. Czesio

Obrazek
Ognisko, które zgromadziło wokół siebie wszystkich uczestników spotkania
fot. Czesio

To jeden z tych zlotowych punktów programu, bez których trudno mi wyobrazić sobie nasze spotkania. Wraz z pierwszymi kęsami i kolejnymi kubkami napojów popłynęły rozmowy. Wspominaliśmy wydarzenia z ostatnich dni, śmialiśmy się z naszych przygód na Jezioraku, wracaliśmy pamięcią do wcześniejszych zlotów i spływów. Jak zwykle pojawiły się też pierwsze, jeszcze bardzo ostrożne, rozważania o miejscu następnego spotkania.
Bo taka już jest natura zlotowicza. Zanim skończy się jeden zlot, zaczyna planować następny.
Ogień trzaskał wesoło, rozmowy nie cichły, a czas płynął zdecydowanie szybciej, niż powinien. Chyba każdy z nas miał świadomość, że to już ostatni wspólny wieczór tego rejsu. Ostatnia okazja, by posiedzieć razem przy ogniu, pośmiać się z tych samych żartów i opowiedzieć po raz kolejny historie, które wszyscy znali niemal na pamięć.


Obrazek
Noc powoli przejmowała władzę nad jeziorem, lecz ognisko wciąż płonęło
fot. Czesio

W końcu jednak nawet najdłuższy wieczór musi kiedyś dobiec końca. Powoli uczestnicy zaczęli rozchodzić się do swoich pokoi, kamperów i łajb. Ognisko przygasało, rozmowy cichły, a nad Jeziorakiem zapadała noc. 
Przed nami była jeszcze jedna noc na wodzie. Ostatnia noc na Pinezce. Jutro mieliśmy zrzucić cumy po raz ostatni i obrać kurs nie ku kolejnej przygodzie, lecz ku domom.



7 czerwca 2026r. (niedziela)

„To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść...” – śpiewał przed laty Kuba Sienkiewicz i właśnie te słowa przyszły mi do głowy w niedzielny poranek, gdy spacerowałem po pomoście naszej mariny. Większość żeglarzy była jeszcze utulona w objęciach Morfeusza. Tafla Jezioraka pozostawała niemal idealnie gładka, a lustro wody ciągnęło się daleko w obie strony. Panowała cisza, jakiej trudno doświadczyć w ciągu dnia. Tylko od czasu do czasu dało się usłyszeć plusk ryby lub cichy stuk cum o burty jachtów. Jezioro wyglądało tak, jakby również nie chciało jeszcze pogodzić się z faktem, że nasz zlot dobiega końca.

Obrazek
Marina, która przez kilka dni była naszym domem
fot. Czesio

Obrazek
Ostatni poranek nad Jeziorakiem
fot. Czesio

Obrazek
Jeziorak w niedzielny poranek
fot. Czesio

Obrazek
Jezioro wyglądało tak, jakby również nie chciało jeszcze pogodzić się z końcem zlotu
fot. Czesio

Obrazek
Jedna z tych chwil, gdy jezioro wyglądało jak nieruchomy obraz
fot. Czesio

Ale z tą piosenką też nie do końca było tak, że „nie ma już nic”. Został jeszcze jeden, bardzo ważny punkt programu. Klar na jachtach i zdanie ich armatorowi. A że od stanu łajb zależał zwrot wpłaconej wcześniej kaucji, nikt nie zamierzał podchodzić do tego zadania lekceważąco.
Oczywiście zanim rozpoczęliśmy wielkie sprzątanie, należało zadbać o podstawowe potrzeby załóg. Na śniadanie ponownie królowała zlotowa klasyka gatunku – jajecznica na kiełbasie.


Obrazek
Ostatnie wspólne śniadanie, oczywiście z obowiązkową jajecznicą na kiełbasie
fot. Czesio

Pierwotnie plan zakładał przygotowanie jednej wielkiej porcji na ognisku dla wszystkich uczestników zlotu. Niestety nasze sobotnie ognisko wygasło, nie chcieliśmy rozpalać go ponownie, więc Hanka i Mysikrólik przejęli dowodzenie nad operacją „Jajecznica” i przygotowali odpowiednie ilości na kuchenkach pokładowych. Wkrótce uczestnicy zlotu zaczęli pojawiać się z talerzami, miskami i innymi naczyniami, odbierając porcje dla siebie oraz swoich załóg.
Najedzeni mogliśmy przystąpić do ostatniego zadania naszego rejsu. Rozpoczęło się wielkie pucowanie łajb. W ruch poszły szmatki, szczotki, zmiotki, odkurzacze i wąż z wodą. Jeszcze dzień wcześniej Pinezka była naszym domem, miejscem spotkań, śpiewów i nocnych rozmów. Teraz zamieniała się z powrotem w jacht przygotowywany do przekazania kolejnym załogom.
Trzeba przyznać, że wszyscy wywiązali się z tego zadania wzorowo. Skoro armator bez protestów zwrócił kaucje, najwyraźniej nie znaleziono ani śladów po naszych kulinarnych eksperymentach, ani dowodów na prowadzenie działalności artystycznej w postaci rekonstrukcji scen z Pana Samochodzika.
I wtedy nadszedł ten moment. Moment pożegnań. Chyba każdy, kto choć raz uczestniczył w takim zlocie, wie, że jest to najtrudniejsza część całego wyjazdu. Jeszcze przed chwilą siedzieliśmy razem przy ognisku, pływaliśmy po Jezioraku, śmialiśmy się z mielizn, odgrywaliśmy sceny z książek i snuliśmy plany na przyszłość. A teraz trzeba było spakować ostatnie torby, wsiąść do samochodów i ruszyć w swoje strony Polski.
Na szczęście na naszych zlotach rzadko pada słowo „żegnaj”. Znacznie częściej mówimy:
– Do zobaczenia.
Bo przecież jeziora nie uciekną. Szlaki nie znikną. A przygody mają to do siebie, że prędzej czy później znowu odnajdują tych, którzy lubią ich szukać.


Obrazek
Jeszcze razem, jeszcze nad Jeziorakiem – pamiątkowa grupówka uczestników zlotu
fot. Czesio

Opuściwszy gościnne Siemiany, skierowaliśmy z Kiką nasz wehikuł jeszcze na chwilę na północ Jezioraka, do niewielkiego Jerzwałdu.
To właśnie tam wszystko się zaczęło. To tam mieszkał i tworzył aż do swojej śmierci Zbigniew Nienacki. To tam powstały „Nowe przygody Pana Samochodzika” i „Pan Samochodzik i Złota Rękawica” – dwie książki, których śladami wędrowaliśmy przez ostatnie dni. To tam również, na miejscowym cmentarzu, spoczywa Autor, dzięki któremu tylu z nas poznało smak przygody.
Z Jerzwałdem wiąże się jeszcze jedno wspomnienie. To właśnie przy grobie Zbigniewa Nienackiego spotkaliśmy się po raz pierwszy podczas I Forowego Zlotu w 2012 roku. Wtedy zaczęła się przygoda, która trwa do dziś. Przygoda, dzięki której przez lata przemierzyliśmy setki kilometrów szlaków, odwiedziliśmy dziesiątki niezwykłych miejsc i poznaliśmy ludzi, których dziś śmiało możemy nazwać przyjaciółmi.
Będąc tak blisko, nie mogłem odmówić sobie krótkiej wizyty. Nie chciałem zakłócać niedzielnego spokoju mieszkańcom domu, w którym żył i tworzył Nienacki. Zatrzymałem się tylko na chwilę przy drodze. Spojrzałem na budynek, na jezioro połyskujące w oddali między drzewami, zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy dalej.


Obrazek
Dom Zbigniewa Nienackiego. To właśnie tutaj narodziły się historie, dzięki którym spotkaliśmy się po raz pierwszy w Jerzwałdzie.
fot. Czesio

Obrazek
Spojrzenie na dom, od którego dla wielu z nas zaczęła się fascynacja przygodą.
fot. Czesio

Potem odwiedziliśmy jeszcze cmentarz. Miałem wrażenie, że od naszej pierwszej wizyty niewiele się tam zmieniło. Wciąż ten sam niewielki nagrobek po lewej stronie alei. Wciąż ta sama skromna ławeczka obok, jakby zapraszająca, by na moment usiąść, zatrzymać się i powspominać.

Obrazek
Po latach wróciliśmy w miejsce, od którego wszystko się zaczęło
fot. Czesio

Obrazek
Krótka informacja na tablicy, a za nią całe pokolenia czytelników i ich wspomnień
fot. Czesio

Obrazek
Cmentarz w Jerzwałdzie – miejsce szczególne dla miłośników Pana Samochodzika
fot. Czesio

Obrazek
Grób Zbigniewa Nienackiego na cmentarzu w Jerzwałdzie
fot. Czesio

Obrazek
Niewielki nagrobek, a wokół niego kilkanaście lat wspólnych wspomnień
fot. Czesio

Panie Zbigniewie, pamiętamy! Dziękujemy za wszystkie opowieści zapisane na kartach Pańskich książek. To dzięki nim spotkaliśmy się kiedyś w Jerzwałdzie jako grupa ludzi znających się wyłącznie z internetowego forum. Nikt z nas nie przypuszczał wtedy, że po tylu latach nadal będziemy wspólnie wyruszać na kolejne szlaki i przeżywać następne przygody. Bo przygody mają to do siebie, że prędzej czy później znowu odnajdują tych, którzy lubią ich szukać.
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
TomaszK
Forowy Badacz Naukowy
Forowy Badacz Naukowy
Posty: 9468
Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
Płeć: Mężczyzna
Podziękował;: 92 razy
Otrzymał podziękowań: 712 razy

Re: 23 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Żeglarskiego Jeziorak 2026

Post autor: TomaszK »

2. TomaszK


Optimus


Ze wszystkich uczestników zlotu, miałem chyba najdłuższy staż w nieżeglowaniu. Wstyd brać się za żeglarstwo dopiero kiedy dorobiło się wnuków, ale z drugiej strony nigdy nie jest za późno na nowe doświadczenia. Wobec mojej słabej kondycji i niskiej sprawności fizycznej, miałem przed zlotem poważną tremę. Początkowo zamierzałem zapisać się, a nawet wpłacić podwójną zaliczkę (żeby nikt nie zarzucił mi blokowania miejsca), ale zrezygnować przed samym zlotem, bo czułem, że nie dam rady. Ale kiedy już kupiłem kapok w swoim rozmiarze, kamizelkę Anatola i składniki sosu do spaghetti, nabrałem odwagi i przestałem myśleć o rezygnacji.
Zostałem przydzielony do zespołu Mysikrólika, w którym był jeszcze Barabasz i czwórka młodzieży – Kika, Celina, Antek i Zdenek Blaha.


Obrazek
Część załogi Pinezki w towarzystwie TomaszKa
fot. TomaszK

Obrazek
Jeszcze przed rejsem na pomoście: Zaliczka, Ater, Konfiturek, Hanka i Czesio
fot. TomaszK

Obrazek
Chwila rozmowy na pokładzie. Od lewej: TomaszL, glaca, pani glacowa, oldmalarz i Ola.
fot. TomaszK

Obrazek
Chwila przerwy i pamiątkowe zdjęcie. Ater, oldmalarz, Ola i Czesio.
fot. TomaszK

Obrazek
Kapitan Hanka gotowa do rejsu, łajba jeszcze przy kei
fot. TomaszK

Obrazek
Młodzież przejęła pomost. Od lewej: Zaliczka, Antek, Kika, Cecylia i Zdenek Blaha
fot. TomaszK

Obrazek
Dziobowa strefa dobrego nastroju należała do młodzieży
fot. TomaszK

Obrazek
Jeszcze przy kei, zanim rozpoczęła się jeziorakowa przygoda. Od lewej: Konfiturek, TomaszL, Ater, Matylda, PiTT, Hanka i Mysikrólik
fot. TomaszK

Jacht dostaliśmy dość mały i nieco mniej komfortowy niż np. flagowy jacht zespołu organizatorów, ale jak zapewnił nas Grzegorz, bosman mariny, był za to najszybszy. W trzecim dniu okazało się, że miał rację. 
Kiedy wieczorami bywałem w gościnie na łódce Hanki i Czesia, żałowałem, że nie śpię na jachcie – dużo miejsc, przytulne chociaż ciasne koje, nastrój jak w namiocie, na dodatek kuchenka, lodówka – istny raj (u nas było to samo tylko trochę mniejsze). Ale kiedy wyobraziłem sobie, że budzę się w nocy z potrzebą pójścia do toalety i najpierw będę musiał zejść z chyboczącego się jachtu, przejść cały pomost do brudnych toalet na brzegu, a potem z powrotem – to jednak nie żałuję, że wybrałem spanie w hotelu. Życia towarzyskiego zresztą nie zabrakło. Pierwszego dnia była wieczorna biesiada wszystkich zlotowiczów, potem co wieczór spotykaliśmy się w jachtach (niestety osobno z uwagi na pojemność), był też konkurs i ognisko.


Obrazek
Zanim Jeziorak stał się sceną naszych przygód, spotkaliśmy się przy wspólnym stole
fot. TomaszK

Obrazek
Wieczorna biesiada zlotowiczów pod wiatą przy restauracji „U Dzidka”
fot. TomaszK

Obrazek
Wieczór integracyjny pod wiatą przy restauracji „U Dzidka”
fot. TomaszK

Obrazek
Wieczorem Pinezka znów tętniła życiem. W odwiedziny wpadli PiTTowie, Barabasz i Ater
fot. TomaszK

Obrazek
Wieczór w towarzystwie gości z innych samochodzikowych forów
fot. TomaszK

Obrazek
Ognisko już płonęło. Pora przygotować kiełbaski
fot. TomaszK

Obrazek
Irycki i Marysia w ogniskowym nastroju
fot. TomaszK

Obrazek
Kiełbaski nad ogniskiem smakują najlepiej
fot. TomaszK

Obrazek
Wieczór przy ognisku i wspólne pieczenie kiełbasek
fot. TomaszK

Najtrudniejszy był pierwszy dzień, kiedy musieliśmy nauczyć się obsługi jachtu. Jeszcze przed zlotem Mysikrólik rozesłał nam instrukcje dotyczące obsługi żagli, silnika, steru, ale to przecież tylko teoria. Kiedy przeszliśmy do praktyki, ja dostałem rolę silnikowego. Miałem opuszczać silnik do wody, uruchomić go i sterować nim do czasu rozłożenia żagli. Opanowałem to nawet dość dobrze, ale kiedy przez chwilę trzeba było płynąć na silniku i żaglach jednocześnie, okazało się, że zajmuję za dużo miejsca w tamtym kącie, uniemożliwiając pracę sternika. Wtedy przekazywałem silnik Barabaszowi.

Obrazek
TomaszK gotowy do wyruszenia na jeziorakową przygodę
fot. TomaszK

Pierwszego dnia popłynęliśmy na Gierczaki. Mysikrólik początkowo wydawał komendy takie jak w żeglarstwie: „uwolnić Lazy Jacka”, „ciągnąć fał”, „foka staw”, „lewy foka szot wybierz”, ale kiedy zobaczył, że nic nam to nie mówi, przeszedł na komendy łopatologiczne: „Barabasz idzie na przód i pilnuje żeby żagiel się nie blokował, a Tomaszek, ciągnie tę biało-czerwoną linkę z aż do oporu”, „Antek, odwiń z knagi ten cienki sznurek i puść go luźno”, „Barabasz ty ciągniesz tą niebieska linkę po prawej, a wtedy Tomaszek puszcza luźno tę niebieską po lewej”.

Obrazek
„Lewy foka szot wybierz!” – TomaszK nie zwlekał z wykonaniem polecenia
fot. TomaszK

Z czasem opanowaliśmy niektóre komendy i trzeciego dnia sami wykonywaliśmy zwrot przez sztag na komendę kapitana. Ponadto opanowaliśmy wciąganie grota, zwijanie foka, wyrzucanie odbijaczy za burtę… i chyba tyle. Pozostałe czynności związane z żeglowaniem wykonywaliśmy wykonując proste, przystępne komendy kapitana. Bardzo ważne były kolory linek.

Obrazek
Pinezka na wodach Jezioraka
fot. TomaszK

Sterowania jachtem nie opanowałem do końca, a tak naprawdę w ogóle go nie opanowałem. Jeszcze kierowanie przy pomocy silnika przed rozłożeniem żagli jakoś mi szło, ale ster mnie przeraził. Mysikrólik oddał mi ster tylko jeden raz – tuż przed lądowaniem na wyspie Czarnego Franka, kiedy sam musiał zająć się cumowaniem w miejscu, gdzie nie było pomostu, a Barabasz miał stopniowo wyciągać miecz w miarę zbliżania się do brzegu. Zestresowało mnie to, bo niewielkie ruchy sterem powodowały gwałtowny skręt jachtu, co gorsza w niewłaściwą stronę. Dostrzegli to z sąsiedniego jachtu, bo ktoś krzyczał do mnie „ster od siebie”, „prostuj”, „ster do siebie”. W końcu z ulgą oddałem sterowanie Barabaszowi.

Obrazek
Chwila wytchnienia na Optimusie, nawet kapitan postanowił oddać ster
fot. TomaszK

Sterowania żaglami nie rozumiem do dziś. W którą stronę zmieni się kierunek jachtu po zwrocie przez sztag, a w którą po zwrocie przez rufę? Albo gdy mijaliśmy się z innym jachtem, Mysikrólik mówił „on ma pierwszeństwo, bo jest na zawietrznej”. Skąd on wiedział, że jest na zawietrznej, skoro obydwa nasze jachty wyglądały tak samo? Skąd wiedział, kiedy wykonać zwrot przy halsowaniu (to słowo akurat rozumiałem), albo w którym kierunku wieje wiatr. Do want były przymocowane wstążki, tzw. icki, które niby wskazywały kierunek, ale sam Mysikrólik mówił, że to jest złudne, bo mogą się odchylać od naszego pędu.
Najgorsze było wypływanie z mariny albo cumowanie. Trzeba było wykonywać jednocześnie tak dużo czynności, że przenosząc się z miejsca na miejsce i ciągnąc lub luzując kolejne linki, czekałem, kiedy to się skończy. Natomiast płynięcie przed siebie z wiatrem i przechylaniem łodzi na boki, podobało mi się najbardziej. Wtedy czuło się pęd naszego jachtu, wiatr we włosach i buzowanie adrenaliny. Młodzież wygrzewała się wówczas na dziobie, co wyglądało bardzo samochodzikowo.

Obrazek
Na dziobie rozgościła się młodzież – widok jak z samochodzikowej wyprawy
fot. TomaszK

Drugim oprócz mnie dorosłym żeglarzem na naszym jachcie (poza kapitanem), był Barabasz. Pocieszało mnie, że na żeglowaniu zna się podobnie do mnie i tak jak ja i opiera się głównie na kolorach linek. Za to dużo lepiej orientował się na mapie i aplikacji pokazującej naszą pozycję. Kiedy błądziliśmy między licznymi na Jezioraku wyspami, wyznaczał kierunek i trasę omijającą podwodne przeszkody. Chwilami, kiedy na pokładzie za dużo się działo, zastępował go w tym jego syn, Antek.
Natomiast Mysikrólik był chyba najlepszym kapitanem, jaki mógł nam się trafić. Nie znałem go z tej strony, ale okazało się, że na żeglowaniu zna się doskonale. To, że wiedział, kiedy zwijać i rozwijać poszczególne żagle, wykonywać zwrot przez sztag albo przez rufę, to drobiazg. Pierwszy raz zaimponował mi, kiedy wracając z Gierczaka, nagle powiedział „stoimy na mieczu”. Nie wiem skąd to wiedział, ja nie zauważyłem, że przestaliśmy płynąć, ani nie usłyszałem żadnego szurania po dnie. Okazało się, że rzeczywiście stoimy, ale Mysikrólik zarządził kilka manewrów żaglami i zeszliśmy z mielizny. Potem wytłumaczył nam, że jacht zaczął skręcać niezgodnie z ruchami steru. Z kolei trzeciego dnia, pomimo że wypłynęliśmy chyba jako trzeci w kolejności, w pewnym momencie okazało się, że płyniemy jako pierwsi, co potwierdziło, że nasz jacht był najszybszy.

Obrazek
Wreszcie cała flotylla była już razem – cztery łajby za nami i nasz Optimus jako piąta
fot. TomaszK

A wiatr był tego dnia bardzo słaby. Kiedy minęliśmy Czaplaka z innych jachtów (ale i z naszego kokpitu) zaczęły się odzywać głosy, że warto byłoby gdzieś przybić, bo pora była już obiadowa, a toalety na naszych jachtach pełniły rolę magazynów. Wszystkie załogi rozglądały się za jakimkolwiek pomostem, do którego moglibyśmy przycumować, ale nigdzie na horyzoncie nic nie takiego nie było widać. Wtedy Mysikrólik wypatrzył na Wyspie Czarnego Franka krótką przerwę w trzcinach i w imieniu wszystkich podjął ryzykowna decyzję „cumujemy”. Cumowanie było wyjątkowo trudne, bo musieliśmy płynąć tyłem na silniku, podnosić miecz i ster, uważać, żeby maszt nie zahaczył o gałęzie drzew, a potem wskoczyć do wody i przywiązać cumę do drzewa. Mysikrólik dał radę, przycumowaliśmy jako pierwsi, a potem pozostali dołączyli do nas.

Obrazek
Przed dobiciem do Kępki emocje udzieliły się przede wszystkim młodszej części załogi.
fot. TomaszK

Niestety obaj moi współżeglarze byli ojcami dzieci stanowiących pozostałą część załogi i chwilami próbowali je wychowywać. Co jakiś czas było słychać ich podniesione głosy – „załóż kapok!”, „odłóż telefon!”, „posprzątajcie ten bałagan!”, „słyszysz co do ciebie mówię? Na marinie usłyszałem uwagę, że u nas jest terror. Dla mnie to była pewna nowość, bo moje dzieci wszelkie polecenia wykonują natychmiast i bez protestów, ale mają już po 40 lat, a z kolei wnukom wolno u nas wszystko i nie dostają żadnych poleceń. Młodzież jachtowa zresztą nie narzekała, moim zdaniem byli bardzo zdyscyplinowani.

Przyjemne były obiady gotowane na małej kuchence gazowej wewnątrz jachtu. Umówiliśmy się, że codziennie inny z dorosłych przygotuje obiad (przywieziony z domu), ale dziwnym trafem wszyscy trzej zdecydowaliśmy się na spaghetti. Kika i Celina gotowały makaron i podgrzewały zawartość słoików. Pierwszego dnia były to pulpeciki w sosie pomidorowym, dzieło Asi Barabaszowej, w drugim dniu sos przygotowany przez szefa kuchni, zaprzyjaźnionej z Mysikrólikiem restauracji, w trzecim mój sos, taki jak był pod namiotami na wyspie Czarci Ostrów. Za to na śniadanie była codziennie moja ulubiona jajecznica, chociaż przyznam, że w kolejnych dniach chodziłem na śniadania do innych jachtów, też zresztą na jajecznicę.

Obrazek
Spaghetti na pokładzie smakowało wyjątkowo
fot. TomaszK

A gdzie żeglowaliśmy? Pierwszego dnia na Gierczaka, gdzie nakręciliśmy kilka scenek filmowych. Drugiego dnia nigdzie nie cumowaliśmy, ale opłynęliśmy Bukowiec i na moją prośbę podpłynęliśmy pod groblę, którą można dostać się na wyspę i okazało się, że przechodzi przez nią jezdnia. Byłem zaskoczony tym, że zarówno grobla jak i sama wyspa są porośnięte drzewami, bo czytając książkę wyobrażałem sobie, że wyspa jest łysa. Za to na brzegu dookoła całej wyspy stały domki letniskowe, każdy inny, najwyraźniej prywatna własność wielbicieli Jezioraka.

Najlepiej wspominam trzeci dzień, kiedy najpierw popłynęliśmy wszyscy na przesmyk, w którym zatopiona była ciężarówka ze skarbem. Tam Mysikrólik zeskoczył z łodzi, zanurkował i po chwili wynurzył się z bursztynowym naszyjnikiem w ręce.

Obrazek
W oddali przesmyk prowadzący na Jezioro Płaskie – miejsce głównych jeziorakowych tajemnic
fot. TomaszK

Obrazek
To właśnie tutaj, według książki, spoczywa zatopiona ciężarówka
fot. TomaszK

Obrazek
Krótki skok do wody i... po chwili Mysikrólik wrócił z bursztynowym naszyjnikiem
fot. TomaszK

Obrazek
Jedno nurkowanie wystarczyło, by Mysikrólik wydobył z Jezioraka bursztynowy naszyjnik
fot. TomaszK

Potem popłynęliśmy w kierunku innej wyspy, Czaplaka i okazało się, że w tej zatoce Jezioraka jest tylko nasze pięć jachtów. Z dziwnych powodów inni żeglarze omijali ten kierunek, więc cale jezioro było nasze. Załogi z jachtów glacy, PiTTa i Yvonne wykazały się pełnym luzem, cumowali do siebie, straszyli abordażem, łączyli się w pociąg, jednym słowem byli niepoważni.

Obrazek
Dwie załogi na wspólnym kursie przez Jeziorak
fot. TomaszK

Obrazek
Na środku Jezioraka trwało małe spotkanie flotylli
fot. TomaszK

Obrazek
Agrafka, Red Dragon i Phobos na wspólnym szlaku przez Jeziorak
fot. TomaszK

Z kolei statek flagowy z Hanką, Czesiem i panną Moniką, zostawał w tyle, tłumaczyli się awarią techniczną.

Obrazek
Pinezka na horyzoncie
fot. TomaszK

Obrazek
Gitarzysta na dziobie Phobosa i Jeziorak w tle
fot. TomaszK

Kiedy w oddali ukazała się wysepka, na której Czarny Franek więził Baśke i Tomasza, postanowiliśmy tam przybić.

Obrazek
Przed nami Kępka – kolejny punkt na mapie samochodzikowych tajemnic
fot. TomaszK

To cumowanie było dużo trudniejsze niż te w marinie, ale warto było, bo wysepka okazała się bardzo romantyczna – mała, bezludna, z własną plażą, z której oczywiście wszyscy ochoczo skorzystali.

Obrazek
Cumowanie na Kępce – bez pomostu, za to w samym sercu jeziorakowych tajemnic
fot. TomaszK

Obrazek
Na wysepce, która według książki była obozowiskiem bandy Czarnego Franka
fot. TomaszK

Ja początkowo nie zamierzałem schodzić na ląd, bo przy mojej sprawności fizycznej, w drodze powrotnej nie wdrapałbym się przez dziób. Na szczęście PiTT przycumował tyłem i przechodząc przez jachty połączone burtami, mogłem wyjść na brzeg. Lądowanie na wyspie było dla mnie najprzyjemniejszym momentem zlotu, takim jakby jego podsumowaniem.

Obrazek
TomaszK na tle naszej małej flotylli zacumowanej przy Kępce
fot. TomaszK

Obrazek
Chwila ochłody w wodach Jezioraka
fot. TomaszK

Obrazek
Jeziorak zapraszał do wody, a zlotowicze chętnie skorzystali z zaproszenia
fot. TomaszK

Obrazek
Trudno odmówić sobie kąpieli w tak pięknych okolicznościach
fot. TomaszK

Obrazek
Pinezka jako ostatnia odbiła od brzegu Kępki
fot. TomaszK

W drodze powrotnej dopadła nas cisza morska, ale to nie było już w stanie popsuć nam nastroju. Ten zlot był niezwykły, inny niż wszystkie.
Babie__Lato
Zlotowicz
Zlotowicz
Posty: 12
Rejestracja: 28 cze 2026, 10:20
Podziękował;: 10 razy
Otrzymał podziękowań: 20 razy

Re: 23 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Żeglarskiego Jeziorak 2026

Post autor: Babie__Lato »

3. Babie__Lato


Agrafka


Lato powoli się kończy, możemy wspominać jego początki.
W grudniowy wieczór perspektywa wyjazdu na żagle na Jeziorak pachniała obietnicą wakacji. Ale z kim?? Z forum? Moja bibliotekarska dusza się zadziwiła.
–Serio? Ludzie, którzy się spotykają, bo czytają te same książki dla nastolatków? Wspaniałe!
Ekipa chwilę nam się formowała. Najstarsza od razu ogłosiła swój zamiar odpoczywania po maturze. W domu. Sama.
Średnia długo wahała się między dwiema konkurencyjnymi imprezami. I już w sumie wyjechała z nami na łódki na Jeziorak, ale na międzylądowaniu w Lublinie plany zmieniły się same – obudziła się z takim bólem gardła, że wolała pozostać pod czułą opieką babci. Przespała następne trzy dni, budząc się tylko na rosołek.
Wątpliwości nie miał glaca, którego ciągnęło na wodę, ani najmłodsza: bo jezioro, bo łódki, bo Pan Samochodzik.
Ja, naczelny introwertyk w rodzinie, musiałam sobie z myślą o wyjeździe posiedzieć. Dobry mąż, zna mnie, dał mi pół roku.



Środa

– Glaca, a co, jeśli będą nas wkurzać?
– To się odłączymy i będziemy pływać sami.
Ten chytry plan został zagrożony telefonem od Czesia:
– Na jednej łódce mamy niepełny skład, może dołączycie?
Zarezerwowana własna łajba – nie wiemy jak z rezygnacją, nowi ludzie… Z nutą niepewności zajechaliśmy na punkt zborny w Iławie, pozostawiając decyzje na po obiedzie.
Iławę znamy tylko przejazdem, z pociągu pociągu Lublin–Gdańsk. Trzeba przyznać, że jezioro w środku miasta działa wyjątkowo korzystnie wizerunkowo.
Dojeżdżamy na obiad w Małym Tartaku, i nagle jednocześnie zjeżdżają się prawie wszyscy. Poczciwe oblicza naszych przyszłych współzałogatów sprawiły, że dalszy namysł był zbędny. Jasne, że dołączamy.
W restauracji z widokiem na wodę Jaga znajduje pierwszego Pana Samochodzika – rower wodny na Małym Jezioraku, dotknięty przez genius loci.


Obrazek
Pierwsze spotkanie w Iławie – czas uzupełnić siły przed wyprawą na Jeziorak
fot. Czesio1

Obrazek
Zanim wyruszyliśmy do Siemian – pierwszy zlotowy obiad w Iławie
fot. Czesio1

Siemiany – wioseczka z liczbą stałych mieszkańców 225 (dane za 2024), za to z tysiącami turystów i aspiracjami literackimi: Nienacki i Minkowski w Jerzwałdzie, Stachura w Siemianach (podobno z niespełnionymi planami na dłuższy pobyt), współcześnie Nina Drej.
Najważniejsze, że tu jest nasza łódka!
Nasza – tzn. Atera, TomaszaL i johny'ego z synem, my dołączyliśmy raptem dwie godziny wcześniej.


Obrazek
Część załogi „Agrafki” korzysta z chwili relaksu na łajbie
fot. Czesio1

Obrazek
Oldmalarz z Olą z wizytą na „Agrafce”
fot. TomaszK

Marina w Siemianach obejmuje łazienkę jak za bardzo dawnych czasów, kaczki bywające całkiem niedaleko i żaby, całkiem donośne. Ach! I truskawki, tuż przy ścieżce. A może to były poziomki?...
Agrafka nigdzie w środę nie wypływa. Mamy czas na spokojne zapoznawanie z ekipą, na integrację pod wiatą i słuchanie jeziora.



Czwartek

Jezioro z rana szumi deszczem. Spokojny spacer po Siemianach – w końcu dzieci muszą wiedzieć, gdzie są dobre lody. W międzyczasie pakuje się johny – wraca z synem wcześniej niż planowali.
Puszki johny'ego będziemy jeszcze wydobywać z różnych zakamarków, w dwóch partiach przekażemy je pannie Monice, by bezpiecznie dojechały do Łodzi.
Żeglarską część zlotu rozpoczynamy koło południa, komandorska decyzja brzmi: Płyniemy na Gierczaki!
Na Gierczakach spotkała nas niespodzianka: dwaj panowie i dwie panie na krzesłach turystycznych, przy ognisku. Nie mieli pojęcia, że ich obecność pomogła nam przenieść się w czasie, oczami wyobraźni już widzieliśmy Pana Anatola i Pana Kazia z małżonkami. W nagrodę za nieznane im zaslugi mieli możliwość obserwowania kręcenia filmu z buhajem.


Obrazek
Na Gierczakach czas się zatrzymał, pan Anatol i pan Kazio z małżonkami odpoczywali przy ognisku
fot. Czesio1

Obiad na Gierczakach oznaczał makaron z sosem pomidorowym.
Po powrocie do Siemian ruszyliśmy z Aterem na festyn do Jerzwałdu. Zaczęliśmy pielgrzymkowo, od domu Nienackiego, przez grób Nienackiego i cmentarz, by dojść wreszcie na festyn. Były koncerty, stoisko z ceramika, jakieś jedzienie, ale przede wszystkim drzewo. Drzewo w rogu boiska upodobały sobie Jaga i Ela i spędziły na nim dużo czasu.


Obrazek
Jerzwałd, grób Zbigniewa Nienackiego – autora, dzięki któremu tu wracamy
fot. Konfiturek

Obrazek
Koncert w Jerzwałdzie podczas cyklicznej imprezy „Raz w roku w Jerzwałdzie”
fot. Konfiturek

Obrazek
Młodzież zlotowa na imprezie „Raz w roku w Jerzwałdzie”
fot. Konfiturek

Obrazek
Muzyczny wieczór w Jerzwałdzie – „Raz w roku w Jerzwałdzie”
fot. Konfiturek


Piątek

Poranek rozpoczął się piękną pogodą. Decyzja na dziś: płyniemy na Bukowiec.
Dopłynęliśmy do Chmielówki zobaczyliśmy, nie zacumowaliśmy, bo amatorów Bukowca było dużo więcej.
Zachęcił nas natomiast inny pomost, puściutki, być może dzięki dużym napisom: Nie cumować oraz Teren monitorowany. Tam poćwiczyliśmy sobie podchodzenie i odchodzenie na żaglach.
Wracaliśmy szybkim tempem, bo burza grzmiała nam już w uszach.
Zdążyliśmy przed deszczem.
A wieczorem czekały na nas jeszcze dwie atrakcje: Vitras przywiózł przenośny piec do wypalania szkła, czym zdobył sobie wyłączną uwagę najmłodszych, oraz konkurs wiedzy zlotowej. Czapki z głów! Jako nowi uczestnicy byliśmy pod wrażeniem zarówno szczegółowości pytań, jak i wiedzy forowiczów.


Obrazek
Witraż zaczyna się od małych koralików i odrobiny wyobraźni
fot. Konfiturek

Obrazek
Krok po kroku powstają kolorowe wzory, które później zamienią się w szklane dzieła
fot. Konfiturek

Obrazek
Małe rączki, wielkie pomysły – trwa tworzenie przyszłych witraży
fot. Konfiturek

Obrazek
Z pozoru tylko drobne koraliki, a za chwilę powstaną z nich piękne witraże
fot. Konfiturek

Obrazek
Kolorowe koraliki, dużo cierpliwości i jeszcze więcej pomysłów
fot. Konfiturek

Obrazek
Młodzi artyści przy pracy – z drobnych koralików powstają przyszłe witraże
fot. Konfiturek

Obrazek
Precyzja przede wszystkim – każdy koralik musi znaleźć swoje miejsce
fot. Konfiturek

Obrazek
Najpierw układanie, potem ogień zrobi swoje
fot. Konfiturek


Sobota

Coraz piękniejszy ten czerwiec, dziś w prognozach ani chmur, ani deszczu. Jak się wkrótce miało okazać, także ani wiatru.
Ale zanim do tego doszło, pożeglowaliśmy na przesmyk na Jezioro Płaskie. Szukać skarbu, oczywiście.


Obrazek
„Agrafka” pod żaglami na Jezioraku
fot. Konfiturek

Obrazek
„Agrafka” pod żaglami na Jezioraku
fot. Konfiturek

Obrazek
„Agrafka” pod żaglami na Jezioraku
fot. Konfiturek

Obrazek
„Agrafka” i „Red Dragon” – dwie łajby, jeden katamaran
fot. Konfiturek

Obrazek
Glaca na pokładzie
fot. Konfiturek

Obrazek
„Pinezka” widziana z pokładu „Agrafki”
fot. Konfiturek

Potem Kępka, gdzie ukrywała się banda Czarnego Franka. Cudne miejsce, bardzo klimatyczne. Sami byśmy się tam poukrywali :)
Kepka, otoczona trzcinami, z jednej strony miała ukryte kąpielisko. Tam nakręcony został finałowy fragment filmu, w którym Kapitan Nemo zrzuca kaptur.
Wspomagamy żagle silnikiem.
Wracamy.
Nie doczekaliśmy innych atrakcji, zabraliśmy się z powrotem do domu, czas przeznaczony na Jeziorak nam się skończył.
Pamiętając, że niedosyt jest lepszy, by wzmaga apetyt, cieszymy się tym zlotem. Dobrze było Was poznać.
Mamy nadzieję, że do zobaczenia!
Obrazek
Awatar użytkownika
irycki
Zlotowicz
Zlotowicz
Posty: 2952
Rejestracja: 22 cze 2016, 12:05
Tytuł: Pan Motocyklik
Miejscowość: Legionowo
Podziękował;: 231 razy
Otrzymał podziękowań: 223 razy

Re: 23 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Żeglarskiego Jeziorak 2026

Post autor: irycki »

4. irycki


Rejs


To był zlot inny niż wszystkie. Oczywiście o każdym zlocie można powiedzieć, że jest inny od poprzednich i będzie to prawda. Ale ten zlot był inny w szczególny sposób. Do tej pory na zlotach wszystko przeżywaliśmy wspólnie. Na małe grupki dzieliliśmy się jedynie na czas przejazdów, które miały marginalne znaczenie. Mieliśmy więc z grubsza te same wspomnienia.
Teraz „przejazdy” stanowiły sedno zlotu i powód, dla którego pojawiliśmy się nad Jeziorakiem. Więc i nasze wspomnienia są różne. Pięć łódek płynie z punktu A do punktu B, ale na każdej ten rejs może wyglądać inaczej. I wyglądał inaczej.
Dodatkowo na każdej łódce byli ludzie o różnym doświadczeniu – od starych wyjadaczy do żółtodziobów. Każdy więc odbierał ten rejs w inny sposób i po swojemu. Dla każdego co innego było ważne.
Dlatego ten zlot to było mnóstwo zlotów, które czasami łączyły się, czasami rozdzielały, jak splątane spaghetti w garnku.
Moja relacja będzie więc z gruntu subiektywna.


Prolog, czyli dzień zerowy – środa

Stukają klawisze. Na ekranie powstają kolejne linijki kodu. Ale wzrok uporczywie ucieka w róg ekranu – tam gdzie wyświetla się godzina. Już w poprzednim tygodniu uprzedziłem zespół, że w środę kończę wcześniej. Motocykl, wytoczony rano z garażu, czeka na podjeździe. Marysia wróciła godzinę temu z pracy i właśnie pakuje nasze sakwy. A ja próbuję jeszcze pracować, choć myśli już mkną nad Jeziorak.
Wreszcie czas. Wyłączam laptopa. Praca zdalna ma tę zaletę, że w ciągu 5 minut przechodzę z trybu praca w tryb wyjazd na zlot. Błyskawiczna przebiórka w strój motocyklowy, szybkie pożegnania z rodziną i psem i parę minut po trzeciej wyjeżdżamy przez bramę.
Podróż mija spokojnie. Po drodze postój na coś w rodzaju obiadu, a drugi w Miłomłynie. Widzę, że mam nieodebrane połączenie od Czesia. Oddzwaniam, Czesio chce wiedzieć o której dotrzemy. Podaję czas, choć trochę nie doszacowałem ostatniego odcinka. Droga na Jerzwałd i potem z Jerzwałdu do Siemian od zawsze była w strasznym stanie, ale z roku na rok jest gorzej. Momentami w trosce o motor jadę z prędkością rowerzysty. Przede mną jakieś auto z gdańskimi rejestracjami posuwa się z podobną prędkością. Tylko samochody na lokalnych blachach walą ile fabryka dała. Ich kierowcy mają zapewne w okolicznych warsztatach zniżkę dla stałych klientów na remont zawieszenia.
Wreszcie Siemiany. Zajeżdżam na plac w pensjonacie „U Dzidka”. Marysia idzie do recepcji, a ja wtaczam moto za żywopłot. Marysia wraca. W recepcji nic nie wiedzą, każą pytać „tego pana”. Dzwonię więc do „tego pana”, czyli Czesia. Zjawia się po chwili i prowadzi nas do pokoju nr 6. W pokoju jest łóżko, a w łazience prysznic z ciepłą wodą. Czyli dokładnie to czego nam trzeba. Jest też telewizor, ale nawet nie wiem czy działa. Taki sprzęt jest nam dotkliwie niepotrzebny.
Przebieramy się i idziemy na przystań. Większość załóg już jest, następują powitania i „misiaczki”. Nasz „Rejs” dostojnie kołysze się przy kei. Na razie nie ma reszty załogi, więc nie wchodzimy na pokład. Nie czekamy długo, wkrótce pojawia się Yvonne z Adamem, Elą i Dominikiem. Kapitan Adam odbiera jacht i obejmuje dowodzenie. Ponieważ oni śpią na pokładzie i muszą się rozpakować, schodzimy na ląd, żeby nie robić zamieszania. Wieczór upływa na wałęsaniu się po Siemianach, zakupach i pogaduszkach ze zlotowiczami.


Dzień pierwszy - czwartek

Ranek powitał nas deszczem. Jednak prognozy przewidywały, że w okolicach 10–tej się rozjaśni. Ponieważ tego dnia wypadało święto Bożego Ciała, część zlotowiczów udała się do kościoła. My poszliśmy na spacer, żeby dać nogom trochę ruchu przed kilkugodzinnym siedzeniem na czterech literach.

Obrazek
Jeziorak budził się do życia, przy kei kołysały się żaglówki
fot. Marysia

Przed południem, zgodnie z rozkładem, chmury poszły precz. Załogi zaczęły meldować się na pokładach. Kapitanowie udali się na jacht dowodzenia, gdzie nasz komodor zlotowy, czyli Hanka, przeprowadziła odprawę. Cel na dziś – Gierczaki! Potem Adam powiedział parę słów na temat zachowania się na jachcie i objaśnił co jest czym. I wreszcie nadeszła chwila, na którą wszyscy od roku, odkąd padł pomysł zorganizowania Zlotu Pod Żaglami, niecierpliwie czekali. Odpływamy!

Obrazek
Załoga „Rejsu” już na wodzie – Adam, Yvonne i irycki za sterem
fot. Marysia

Od kei odchodzimy na silniku, dopiero po wyjściu z portu ustawiamy się pod wiatr i stawiamy żagle. Manewr przebiegł bez zakłóceń i chwilę później motorek milknie. I tu pojawia się pierwszy problem – Adamowi nie udaje się go podnieść. Coś się zacina i nie idzie. Jak się potem okazuje, nie tylko my tak mamy – chyba również u Hanki nie udało się podnieść silnika. Płyniemy więc z zanurzonym silnikiem. Nasza łódź nie jest bardzo szybka, dodatkowo ten zanurzony silnik… ech.

Obrazek
„Rejs” pod żaglami
fot. Marysia

Dla mnie ten zlot to był powrót do przeszłości. Pływałem trochę w młodości, ale od czasu, kiedy ostatni raz trzymałem szoty i ster, minęło małe 35 lat! Zastanawiałem się, czy w ogóle coś jeszcze pamiętam. Pamięć pamięcią, ale pod kątem technologii zmieniło się mnóstwo. Po pierwsze – wielkość łódek. Ja pływałem na Omegach i Orionach. To, na czym siedziałem teraz, wydawało się mieć rozmiary transatlantyka! W Omedze spokojnie można było, siedząc na burcie, zanurzyć rękę w wodzie! Teraz wolna burta miała chyba z metr. A żagle? Sam grot miał większą powierzchnię niż grot plus fok na Orionie. Wybranie foka przy ostrym kursie to było wyzwanie. A przecież wcale mocno nie wiało.
Po drugie, osprzęt. Za moich czasów na maszt szły dwa sznurki – fały od grota i foka. Foka wciągało się tak jak grota. A tu rolfok, topenanta, lazy jack, obciągacz bomu… Rolfoki widywałem na jeziorach i z grubsza wiedziałem, jak działają, o topenancie uczyłem się na kursie ale na żywo nigdy nie spotkałem, ale lazy jack był dla mnie totalnym zaskoczeniem. Choć nie ukrywam, super patent. Ale ilość sznurków do ogarnięcia lekko mnie na początku oszołomiła.
Ponieważ nieopatrznie się przyznałem do mojego pływania w młodości, Adam dał mi sterować. Wiatr był słaby, więc się odważyłem. No i tu wyszło, jak to jest z tą pamięcią. Niby wszystko pamiętałem i robiłem (wydawało mi się) jak trzeba, nawet zwroty mi jakoś wychodziły, tylko… po trzecim halsie (płynęliśmy pod wiatr) wyszło na to, że w ogóle nie nabieram wysokości, tylko bujam się od jednego brzegu do drugiego. Po prostu „mój” bajdewind okazał się być półwiatrem… Dopiero Adam litościwie skorygował moje nieudolne próby i wreszcie zaczęliśmy płynąć tam, gdzie powinniśmy.


Obrazek
Irycki za sterem – czyli powrót do żeglowania po latach
fot. Marysia

Dla jasności zaznaczę, że Adam proponował sterowanie także pozostałym członkom załogi, ale nikt nie chciał. Dziwni jacyś…
Dzięki mojemu pływaniu w miejscu, do celu dotarliśmy jako ostania łódka. Po opłynięciu Gierczaków Adam przejął ster, zrzuciliśmy żagle i na silniku podeszliśmy do pomostu. Gdy zszedłem na ląd, doszła do mnie smutna wiadomość, że johny musiał opuścić zlot. Nie zauważyłem wcześniej jego nieobecności, bo miał płynąć inną łódką.


Obrazek
Zlotowa flotylla przy Gierczakach
fot. Marysia

Obrazek
Po walce z bajdewindem przyszedł czas na chwilę odpoczynku pod drzewem
fot. Marysia

Na Gierczakach odegraliśmy scenkę z „Nowych Przygód”, gdy buhaj molestował Anatola i Kazia. Zagrałem główną rolę, czyli buhaja! Potem załogi zaczęły przyrządzać posiłki. My poszliśmy po linii najmniejszego oporu i podgrzaliśmy gorące kubki.

Obrazek
Żółte kosaćce pilnowały brzegu Jezioraka
fot. Marysia

Obrazek
Gierczak Mały – jeziorakowe zakamarki
fot. Marysia

Obrazek
Trzciny, woda i bezkres Jezioraka
fot. Marysia

W międzyczasie Adamowi udało się na spokojnie ogarnąć kwestię podnoszenia silnika, więc w drodze powrotnej nie wlekliśmy go za sobą. Wiaterek lekko się wzmógł i parę razy mieliśmy naprawdę fajne przechyły. Płynęło mi się coraz lepiej. Ale dobre nie może trwać za długo. Pod Siemianami Adam kazał mi trzymać kurs pod wiatr a sam zajął się uruchamianiem motorka. Zajęło mu to chwilę, a kurs na wiatr prowadził wzdłuż brzegu wysepki. Wydawało mi się, że odległość jest bezpieczna, ale… cholibka, te łodzie mają naprawdę spore zanurzenie! Mówiąc krótko, weszliśmy na mieliznę. Rzuciłem się, żeby podnieść miecz… rany ile to bydlę ważyło. Pościerałem sobie skórę na dłoniach, ale po podniesieniu miecza udało się zejść z mielizny. Już bez przygód Adam dobił do kei w Siemianach.
Po zejściu na ląd poszliśmy z Marysią na żarełko do „Szopy”.
Wieczorem część ekipy pojechała do Jerzwałdu na festiwal. Początkowo też planowaliśmy, ale cały dzień na wodzie sprawił, że czuliśmy się nieco senni i zapadliśmy na klasycznego „niechcemisia”.
Na zakończenie relacji z pierwszego dnia rejsu chciałem skomplementować naszego kapitana Adama. W każdej sytuacji emanował absolutnym spokojem i człowiek czuł się w 100% bezpiecznie. To w dużej mierze Adamowi zawdzięczamy, że nasze pływanie było takie fajne i udane.


Dzień drugi - piątek

Tego dnia wypłynęliśmy wcześniej, bo po południu planowane były burze. Nie chcieliśmy sprawdzać, jak wiernie Nienacki odmalował walkę z burzą na jachcie, więc postanowiliśmy do tego czasu wrócić do naszej mariny. Spoiler alert – burzy nie było, choć deszcz i owszem.
Plan na dzisiaj to Chmielówka, gdzie mieliśmy zjeść obiad.
Kiedy odbiliśmy od kei i wyszliśmy na otwartą przestrzeń, Adam znowu dał mi posterować, z czego skwapliwie skorzystałem. No bo skoro nie było innych chętnych...


Obrazek
Irycki ponownie za sterem „Rejsu”, bajdewind tym razem pod kontrolą.
fot. Marysia

Rejs w tamtą stronę przebiegł bez większych przygód. Po drodze przy jednej z wysepek minęliśmy płynącą bardzo powoli Pinezkę. To znaczy wydawało nam się, że płyną bardzo powoli, ale pewnie stali już na mieliźnie. Nie zgłaszali problemów, więc popłynęliśmy dalej. Dopiero potem dowiedzieliśmy się o heroicznej walce Hanki z Dereniowym Niszczycielem.

Obrazek
Pinezka podejrzanie zwolniła, powód mieliśmy poznać dopiero później…
fot. Marysia

Obrazek
Red Dragon – łajba przed nami
fot. Marysia

Dopiero prawie u celu przyszło nam robić manewr „człowiek za burtą”. Jak do tego doszło? Otóż Dominik bardzo chciał sobie popływać. A że chwilowo wiatr zdechł i prawie staliśmy, to wskoczył z łódki do wody i płynął za nami. I wtedy wiatr wrócił. Nie jakiś bardzo silny, ale wystarczający, żeby łódka nabrała prędkości nieosiągalnej dla „pieszego”, i błyskawicznie zaczęła się oddalać. Nie pozostawało nam nic innego jak podjąć rozbitka. Odeszliśmy jeszcze kawałek, żeby mieć miejsce na manewry, zrobiliśmy zwrot i podeszliśmy do Dominika, przepływając obok niego. Adam wychylił się z rufy, podał Dominikowi rękę i wciągnął go do kokpitu. Nie był to może podręcznikowy przykład manewru, i egzaminu raczej byśmy tym nie zaliczyli, ale był skuteczny i o to chodziło.

Obrazek
„Człowiek za burtą” – wersja rekreacyjna
fot. Marysia

Tymczasem jedna z załóg, nie pamiętam już która, podeszła do jedynego wolnego miejsca przy pomoście w Chmielówce i za chwilę gromkim głosem dali nam do zrozumienia, że więcej miejsc nie ma i nie będzie. Plany spożycia obiadu wzięły więc w łeb. Ciągle też wisiało nad nami widmo popołudniowych burz, więc zapadła decyzja o powrocie. Skierowaliśmy się na północ.

Obrazek
Yvonne i Marysia – chwila odpoczynku na burcie „Rejsu”
fot. Marysia

W międzyczasie wiatr się wzmagał i zaczęły chodzić nieprzyjemne szkwały. Byliśmy między wysepkami i dodatkowo wiatr odbijał się od lądu i mocno kręcił. W pewnym momencie srogo dmuchnęło z innego kierunku, co spowodowało, że nagle mieliśmy bardzo przebrane żagle. Wrzasnąłem „fok luz” a sam zluzowałem grota… a właściwie chciałem to zrobić. Ale na łódkach, na których kiedyś pływałem, nie było blokady talii – wystarczyło poluzować chwyt. Tu trzeba najpierw szarpnąć, o czym zwykle pamiętałem, ale w sytuacji nagłej oczywiście wyleciało mi to z głowy. W sekundę łódka bardzo mocno się przechyliła, z kabiny doleciał łomot garów spadających z kuchenki, wyostrzyłem, przypomniałem sobie o tej cholernej blokadzie, szarpnąłem, zluzowałem, łódka się wyprostowała. W tyle głowy kołatały mi przeczytane na forum słowa „te łódki bardzo trudno wywrócić”. Może i trudno, ale dla chcącego nic trudnego, prawda? Mam wrażenie, że nasze Panie nieco zbladły.
– Mogłeś trochę wcześniej zluzować grota – powiedział spokojnie Adam i to był jedyny komentarz do mojej próby obejrzenia jeziora od spodu.
Stwierdziłem, że warunki zaczynają przerastać moje mizerne umiejętności i poprosiłem Adama, żeby przejął ster. Już bez przygód dotarliśmy pod Siemiany. Adam zaczął czynić przygotowania do odpalenia motorka. Szliśmy pomiędzy dwiema wysepkami, starając się trzymać różny odstęp od jednej i drugiej.
– O, trawa rośnie – powiedziała nagle jedna z Pań.
– Faktycznie, trawa rośnie – przytaknęła druga.
Wzrok miałem wbity w mijaną wysepkę, na której faktycznie było dużo trawy, przelotnie tylko się zastanowiłem, dlaczego jest to coś, o czym warto wspominać.
Chwilę później łódka stanęła.
– Mielizna – stwierdził Adam.
– Przecież ostrzegałyśmy, że trawa rośnie – powiedziały Panie.
Faktycznie, wokół łódki wystawały z wody jakieś zielonkawe badyle. Nie zauważyliśmy ich wcześniej, bo były przed dziobem.
– Mogłyście tylko dodać, że ta trawa rośnie w wodzie na naszym kursie – mruknął Adam walcząc z silnikiem.
Podniosłem miecz i zjechaliśmy z trawy. Adam odpalił silnik i już bez przygód dobił do naszego pomostu. Ponieważ tego dnia nie jedliśmy na łódce, poszliśmy całą załogą do baru „Szopa”.


Obrazek
Nad Jeziorakiem zbierały się chmury
fot. Marysia

Wieczorem zebraliśmy się w marinie. Najpierw Witras zademonstrował wypalanie szkła. Młodzież obserwowała to z wypiekami na twarzy, nie tylko od gorąca bijącego z pieca.
A potem odbył się konkurs, na który dołączyli goście przebywający aktualnie w Jerzwałdzie. Do naszej ekipy konkursowej dołączyła Berta. Konkurs przeprowadził TomaszK, a jako rachmistrzyni pomagała mu Marysia.
Po zakończeniu konkursu Hanka i Czesio, jako organizatorzy zlotu, zostali w imieniu całej ekipy obdarowani drobnymi upominkami w podziękowaniu za trud włożony w organizację tego niesamowitego przedsięwzięcia.


Obrazek
Hanka i Czesio z drobnymi upominkami od całej ekipy
fot. Konfiturek

Dzień trzeci - sobota

To był taki dzień, jakich żeglarze nie lubią. Niby ładnie, ciepło i przyjemnie, tylko, kurczaczki, nie było tego jednego niezbędnego elementu, który wprawia łajbę w ruch. Wiatru! Niby są silniki, ale powiedzmy szczerze, gdyby chodziło o pływanie na silniku, to bylibyśmy motorowodniakami, a nie żeglarzami. Choć, uprzedzając fakty, silniki tego dnia miały swoje przysłowiowe pięć minut (które trwało oczywiście znacznie dłużej).

Obrazek
Irycki z Marysią przed kolejnym dniem rejsu
fot. Marysia

Cel na dziś – przesmyk z zatopioną ciężarówką i wysepka bandy Czarnego Franka.
Z samego rana coś tam jeszcze z łaski powiewało. Zaraz po odpłynięciu okazało się że mamy najwolniejszą łódkę, co wcześniej na silniejszych wiatrach nie było aż takie widoczne. W dodatku od kei odeszliśmy jako ostatni. Reszta ekipy zebrała się dużo szybciej. W efekcie, kiedy zbliżyliśmy się do przesmyku, było już po wszystkim. Z opowieści tylko wiem, że Mysikrólik zanurkował do ciężarówki i wyłowił bursztynowy naszyjnik.


Obrazek
„Optimus” na horyzoncie
fot. Marysia

Obrazek
TomaszK z Barabaszem na łajbie
fot. Marysia

Już razem popłynęliśmy w stronę wysepki Czarnego Franka. Wiatr siadał coraz bardziej i zrobiły się z tego zawody, kto szybciej stoi. Dość wspomnieć, że trzeba było ręcznie bądź za pomocą bosaków wypychać żagle, żeby łapały wiatr, bo opadały pod własnym ciężarem. Skoro samo żeglowanie nie było specjalnym wyzwaniem, zaczęły się rozmaite zadania poboczne, typu abordaże i przechodzenie z łódki na łódkę.

Obrazek
Cztery łajby blisko siebie – wszystkie w poszukiwaniu choćby podmuchu wiatru
fot. Marysia

Obrazek
Cisza na Jezioraku – łajby zbliżają się do siebie
fot. Konfiturek

Obrazek
Dwie łajby, jedna załoga
fot. Konfiturek

Obrazek
Żagle są, łajby są… tylko wiatru brak
fot. Marysia

W pewnym momencie Dominik wziął gitarę, usiadł na dziobie i zaczął grać, zresztą fantastycznie. I tak sobie płynęliśmy. Może i mieliśmy najwolniejszą łódkę, ale tylko nasza miała galion, i to w dodatku żywy i muzyczny.

Obrazek
Muzyczny galion „Rejsu” – Dominik na dziobie z gitarą
fot. Konfiturek

Obrazek
Załoga „Rejsu” z perspektywy innej łajby
fot. Konfiturek

Obrazek
Adam – kapitan „Rejsu”, spokojny i opanowany w każdej sytuacji
fot. Marysia

Wreszcie doczłapaliśmy do wysepki i nastąpiło to, w czasach mojej młodości było standardem, czyli przybijanie bezpośrednio do brzegu, bez żadnych wypasionych pomostów (których kiedyś po prostu nie było – chyba że wędkarskie). No ale wtedy łódki były sporo mniejsze. Na tych naszych dzisiejszych transatlantykach było to już wyzwanie. Z jednej strony spore zanurzenie, z drugiej bardzo wysoki maszt, którym dobrze byłoby nie wjechać w gałęzie drzew, zwieszające się nad zatoczką.
Wszystkie łódki, poza hanczyną Pinezką, dobiły do tej samej zatoczki, stając burta w burtę. Doszliśmy dziobami, co wymagało zeskoczenia do wody, żeby podać cumę na ląd. Szybko okazało się, że nie wszyscy dadzą radę zejść w ten sposób, więc zapadła decyzja, że obracamy łódkę PiTTa. PiTT odpłynął i wrócił rufą w stronę lądu, a następnie w kilka osób dociągnęliśmy łódkę najbliżej jak się dało. W ten sposób wszyscy mogli, przechodząc z łajby na łajbę, wygodnie zejść i wejść używając Red Dragona jako klatki schodowej.


Obrazek
Wspólne cumowanie – kilka łajb, jeden brzeg i Red Dragon jako klatka schodowa
fot. Marysia

Na brzegu znaleźliśmy po drugiej stronie wysepki wygodne kąpielisko. Odegraliśmy scenkę, w której tym razem nie grałem. Część ekipy urządziła sobie kąpiel.

Obrazek
Kąpielisko po drugiej stronie wyspy, czas na chwilę ochłody
fot. Marysia

A potem nastąpiła pora obiadowa. Marysia i ja zadowoliliśmy się gorącym kubkiem, Yvonne zrobiła dla rodziny jakieś żarełko, ale bez szaleństw, za to u Hanki był podobno obiad z pięciu dań z przystawkami.

Obrazek
Marysia i jej obiad w wersji żeglarskiej – gorący kubek i kanapka
fot. Marysia

Po obiedzie postanowiliśmy sobie trochę pożeglować naszą łódką, ale szczerze, to było to takie sobie żeglowanie. Niby łódka płynęła, ale wpław chyba byłoby szybciej. Ale na tak słabym wietrze Marysia dała się namówić na sterowanie, czego wcześniej, mimo propozycji Adama, konsekwentnie odmawiała. Jak potem przyznała, spodobało się.

Obrazek
Cztery łajby jeszcze przy wyspie, a „Rejs” już wyruszył w… rejs
fot. Marysia

Obrazek
Wyspa Kępka powoli zostaje w tyle
fot. Marysia

Kiedy reszta ekipy zjadła, zapadła decyzja, że wracamy na silnikach. Żagle poszły precz, rozległ się terkot motorków i nasza flotylla ruszyła ku Siemianom.
I tak sobie płynęliśmy na silniku za jakąś łajbą, kiedy nagle zaczęli z niej machać do nas i coś krzyczeć. Niestety, motor zagłuszał słowa, więc tylko radośnie im odmachaliśmy. Chwilę potem spod jachtu dobiegło głośne „jebuuuuuuut!!!”, oznaczające, że przydzwoniliśmy mieczem w jakieś kamulce. Wtedy zrozumieliśmy o co chodziło z tym machaniem.
Cóż, dzień bez kontaktu z dnem to dzień stracony.
Ponieważ reszta naszej ekipy szła za nami dokładnie naszym kursem, chcieliśmy jakoś ich ostrzec. Machanie, jak wykazało doświadczenie, było mało skuteczne, zwłaszcza że dystans był spory. Mój telefon leżał gdzieś w kabinie, na szczęście Marysia miała swój pod ręką, a w nim kontakt do Hanki. Na drugie szczęście Hanka odebrała. Przekazaliśmy ostrzeżenie i za chwilę zobaczyliśmy, że nasza flotylla zmienia kurs bardziej na pełne jezioro.
To był ostatni dzień pływania. Wieczorem czekało nas jeszcze ognisko. Na ognisku można było upiec kiełbaski.


Dzień czwarty - niedziela

Wszystko ma swój koniec, a kij i kiełbasa nawet dwa. Toteż i nasz zlot dobiegł końca.
Prognozy zapowiadały burze i ulewy na naszej trasie do domu, co na motocyklu nie jest specjalnie przyjemne. Dlatego zależało nam, by wyjechać jak najwcześniej i zdążyć przed załamaniem pogody. Nie do końca się udało, ale to insza inszość.
Yvonne i Adam byli tak mili, że zwolnili nas z obowiązku pomocy przy klarowaniu jachtu. Zaraz więc po ostatnich zbiorówkach pożegnaliśmy się ze wszystkimi, wsiedliśmy na naszego stalowego rumaka i ruszyliśmy na ku domowi.
Na zakończenie relacji chciałem podziękować:
– Organizatorom, czyli Hance i Czesiowi, za doprowadzenie do realizacji tego bardzo nietypowego i wymagającego wielu zabiegów organizacyjnych zlotu;
– Mojej załodze, z którą fantastycznie się razem pływało, a w szczególności Adamowi, który rewelacyjnie nam kapitanował;
– Wszystkim zlotowiczom, za to, że byliście. Jesteście fantastyczni!
Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.

Moje fotoszopki
.
Karen
Zlotowicz
Zlotowicz
Posty: 5
Rejestracja: 30 cze 2023, 13:36
Miejscowość: Gdańsk/Tczew
Płeć: Kobieta
Podziękował;: 0
Otrzymał podziękowań: 0

Re: 23 - Relacja z XXII Forowego Zlotu Żeglarskiego Jeziorak 2026

Post autor: Karen »

5. Karen


Red Dragon


    Gdy perspektywa zlotu żeglarskiego stała się faktem, a skład poszczególnych załóg został starannie skompletowany przez Hankę, nasza załoga objęła pokład jachtu Red dragon. Trzeba przyznać – łajba miała już swoje lata, ale okazała się całkiem szybka i dzielnie znosiła wszelkie zachcianki wiatru.

Obrazek
Red Dragon gotowy na przygodę w przystani macierzystej
fot. PiTT

Szybko ustaliła się u nas naturalna hierarchia i podział zadań. Dowództwo objął kapitan PiTT, za napęd motorowy odpowiadał Maciej, a przy manewrach linami współpracowałam
z Konfiturkiem, do czego z czasem chętnie dołączyły dziewczynki – Matylda i Łucja. Dopełnieniem tej wesołej brygady był pies Florek – choć gatunkowo do wilka jest mu daleko, na pokładzie zachowywał się jak rasowy „wilk morski”!


Obrazek
Kapitan PiTT z Florkiem obmyślają plan żeglugi
fot. Karen

Obrazek
Łucja i Matylda na dziobie
fot. Konfiturek

Obrazek
Załoga Czerwonego Smoka. Fotograf Konfiturek tradycyjnie po drugiej stronie obiektywu
fot. Konfiturek


Środa – tajemnica dziobowej kabiny i spóźniona załoga

Po odebraniu jachtu nastąpił podział przestrzeni. Dziewczynki natychmiast zaanektowały dziobową kabinę, tworząc tam swoje małe, niedostępne dla dorosłych królestwo. Pozostali załoganci, za wyjątkiem Konfiturka, który zdecydował się nocować na brzegu, zajęli koje na rufie. Kapitanowi przypadła przestrzeń w centrum jachtu, dzielona z najwierniejszym psim towarzyszem.

Obrazek
Łucja i Matylda w swojej bazie
fot. PiTT

Wieczór upłynął na integracji, choć o tym wiem głównie z opowieści i zdjęć, jako że tradycyjnie dojechaliśmy na miejsce ostatni.

Obrazek
Wieczorna integracja zlotowiczów
fot. PiTT


Czwartek – sztuka zaplątania wszystkiego naraz i wycieczka do Jerzwałdu

Pierwsze wyjście z portu w stronę Gierczaków okazało się prawdziwym chrztem bojowym. Nasz misternie ustalony podział obowiązków legł w gruzach, gdy tylko ruszyliśmy z miejsca. Liny bezczelnie plątały się w rękach, na pokładzie zapanował niespodziewany chaos, a z ust Kapitana padały kolejne komendy. W jednej chwili wyszło na jaw, że nikt z nas nie potrafi samodzielnie wykonać swojego zadania. Maciej z pełnym skupieniem usiłował opanować silnik, my z Konfiturkiem toczyliśmy nierówną walkę z cumami, a dziewczynki chroniły burtę odbijaczami. Choć początek przyniósł sporo nerwów, z każdą kolejną milą wychodziliśmy na prostą i zaczynaliśmy działać jak zgrana ekipa.

W znacznie spokojniejszej atmosferze udało nam się dopłynąć na Gierczaki gdzie po sprawnym zacumowaniu przyszedł czas na chwilę relaksu i kąpiel w jeziorze.

Obrazek
Kapitan PiTT za sterem
fot. Konfiturek

Obrazek
Kąpiel w jeziorze
fot. Karen

Obrazek
Na całej wyspie widoczna była obecność bobrów
fot. PiTT

Dopełnieniem dnia była wycieczka na festyn do Jerzwałdu z obowiązkowym przystankiem na zdjęcie pod dawnym domem Nienackiego.

Obrazek
Festyn w Jerzwałdzie
fot. PiTT

Obrazek
Pamiątkowe zdjęcie pod dawnym domem Nienackiego
fot. PiTT


Piątek – przechyły, szklane czary i konkurs

W piątek za cel obraliśmy opłynięcie Bukowca, a na obiad przycumowaliśmy
w Przystani Chmielówka. Choć pozostałym jachtom nie udało się do nas dołączyć z braku miejsc, mieliśmy powód do ogromnej satysfakcji – weszliśmy do mariny w pięknym stylu, wyłącznie na żaglach, bez pomocy silnika!


Obrazek
Chwila odpoczynku w restauracji – na zdjęcie załapał się nawet Konfiturek
fot. PiTT

W nagrodę za pełną przechyłów żeglugę w silnym wietrze zjedliśmy w restauracji
i z nową energią ruszyliśmy z powrotem do Siemian, bo na plecach czuliśmy już oddech nadchodzącej ulewy.


Obrazek
Wracamy - na horyzoncie widać już nadciągający deszcz
fot. PiTT

Obrazek
Pełne skupienie przy tworzeniu szklanych ozdób
fot. Konfiturek

Wieczorem w marinie czekała nas niezwykła atrakcja: warsztaty wypalania szkła zorganizowane przez Vitrasa. Dzieci i dorośli byli równie oczarowani, a pamiątką pozostały liczne szklane ozdoby. Finał wieczoru stanowił tradycyjnie konkurs - pytania okazały się tak podchwytliwe i szczegółowe, że szybko pożałowaliśmy że nie zrobiliśmy powtórki przed przyjazdem na zlot.

Obrazek
Zlotowy konkurs
fot. PiTT


Sobota: Pływający pociąg, bezludna wyspa i cisza morska

W sobotę nasza załoga powiększyła się o Agnieszkę. W nowym składzie ruszyliśmy przez przesmyk na Jezioro Płaskie, a następnie w kierunku Czaplaka. Choć flauta nie dawała nam za wiele pożeglować, wykorzystaliśmy ten czas na integrację z resztą flotylli, chwilami łącząc się nawet burtami. Z pokładu na pokład kursowali zarówno załoganci, jak i towary – doszło między innymi do taktycznego, międzypokładowego zalewania herbaty.

Obrazek
Kącik wypoczynkowo-czytelniczy w czasie ciszy morskiej
fot. Karen

Dzień upłynął pod znakiem beztroskiego odpoczynku w słońcu i podziwiania widoków. Spokojna pogoda miała swoje plusy: każdy z nas miał okazję na chwilę przejąć ster i wcielić się w rolę kapitana.

Obrazek
Motorzysta Maciej w roli sternika
fot. PiTT

Obrazek
Łucja za sterem
fot. Karen

Obrazek
Karen w roli sternika
fot. Konfiturek

Obrazek
Matylda za sterem
fot. Karen

Obrazek
Wachta w pozycji horyzontalnej czyli najbardziej zrelaksowany załogant
fot. Konfiturek

Na postój wybraliśmy małą, bezludną wysepkę. Manewr wyszedł nam wyjątkowo sprawnie, a z pomocą przyjacielskich załóg obróciliśmy jacht rufą do brzegu, zapewniając sobie i sąsiadom wygodne zejście. Na miejscu chętni zażyli kąpieli w jeziorze, a kulinarnym hitem dnia zostało leczo przywiezione przez Konfiturka (specjalność jego mamy!).

Obrazek
Jachty zacumowane przy bezludnej wyspie
fot. PiTT

Obrazek
Kolejny dzień kąpieli w jeziorze – chętnych nie brakowało
fot. PiTT

Obrazek
Nie mogło zabraknąć przerwy na kawę i coś słodkiego
fot. PiTT

Droga powrotna przebiegła równie leniwie, bo wiatr ucichł zupełnie. Nasze ostatnie wejście do portu stanowiło zupełne przeciwieństwo pierwszych manewrów – panowały pełen spokój, wzorowa organizacja i doskonała znajomość swoich obowiązków.

Obrazek
Załoga relaksuje się na pokładzie
fot. PiTT

Dzień zwieńczyło ognisko: pieczenie kiełbasek i pianek, rozmowy do późna
i celebrowanie ostatnich wspólnych chwil.


Obrazek
Ostatnie chwile przy ognisku
fot. PiTT

Obrazek
Maciek, Mysikrólik i Barabasz w skupieniu obserwują ogień – może obmyślają kolejny zlot
fot. Konfiturek


Niedziela: Operacja „Klar”, puste jaskółki i słodki niedosyt

Niedzielny poranek oznaczał już szybkie pakowanie, opróżnianie koj i jaskółek oraz dokładne sprzątanie – w końcu na jachcie musi być klar! Po zdaniu naszego Czerwonego smoka pozostały nam już tylko ciepłe pożegnania. Niedosyt jest najlepszym dowodem na to, że zlot był wyjątkowo udany.

Obrazek
Ostatni widok na naszą marinę przed pożegnaniem
fot. PiTT

Do następnego!
Obrazek Obrazek Obrazek
ODPOWIEDZ