II TATRZAńSKI MINI-ZLOT TATRY 2013 - część 1
Rozdział 1 - Kościelisko (TomaszK)
Bazą wypadową Zlotu Tatrzańskiego był drewniany domek w Kościelisku, stojący o 500 m od granicy Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Baza wypadowa w Kościelisku
fot. Milady
Przyjechałem jako pierwszy, aby zamówić dobrą pogodę, co się szczęśliwie udało. Wieczorem pojawił się pełen optymizmu Czesio i starym zwyczajem oplotkowaliśmy nieobecnych, sącząc trójniak i ciesząc oczy widokiem na Giewont. Pobudka była o bladym świcie i Czesio wymaszerował w góry. Umówiliśmy się, że zadzwoni z Giewontu i pomacha, a ja będę go wypatrywał przez lornetkę. Rzeczywiście w kilka godzin później Czesiu zatelefonował, ale trudno było go wypatrzyć wśród tłumu turystów. Dopiero kiedy powiedział „no przecież macham do ciebie” zobaczyłem że jeden z przecinków widocznych wokół krzyża macha ręką. Odmachałem mu, ale nie miał lornetki.
Rozdział 2 - Giewont, Kasprowy Wierch (Czesio1)
19 lipca 2013r., poranna toaleta, szybkie śniadanie, sprawdzenie czy wszystko spakowane do plecaka i czas pożegnać naszego przemiłego gospodarza Tomaszka i jego uroczy domek w Kościelisku. Po kilku minut wędrówki znalazłem się u wylotu Doliny Małej Łąki. O godz. 7:14 ruszam na szlak. Przede mną jak wskazują oznaczenia na drogowskazach 3:20 na Giewont. Do 11–ej powinienem dotrzeć pod sam krzyż.
Pogoda jest wymarzona, bezchmurne niebo, przyjemne ciepło. Początkowo droga wiedzie przez las, na szlaku niemal pusto, do samej Wielkiej Polany Małołąckiej spotkałem tylko dwie osoby. Jedyny dźwięk jaki mi towarzyszy to szum potoku Kościeliskiego. Dotarłszy do rozstaju szlaków przekonałem się, że idę bardzo szybkim tempem. U wylotu Polany Małołąckiej opuściłem niebieski szlak i skręciłem w lewo za czarnymi znakami ku Przełęczy w Grzybowcu. Po krótkim podejściu znalazłem się na polanie skąd rozpostarła się pierwsza wspaniała panorama tatrzańskich grzbietów. Kilka głębszych oddechów w tej scenerii sprawiło że człowiek poczuł się inny, lepszy, wolniejszy… I tylko ten malutki krzyż widniejący tak wysoko, tak daleko napełniał mnie lekką obawą. Czy ja naprawdę dam radę tam dotrzeć?
Polana wkrótce została poza mną a dalej szlak znów wiódł przez las. Coraz wyżej i wyżej, mozolnie piąłem się pod górę. Było coraz cieplej. Na Przełęczy w Grzybowcu zrobiłem sobie kilkunastominutową przerwę. Z ulgą zrzuciłem plecak na ziemię. Koszulkę na plecach miałem całą mokrą. Od strony Doliny Strążyskiej wreszcie zobaczyłem człowieka. Z zazdrością spojrzałem na jego mały lekki plecaczek. Z takim ekwipunkiem mógł śmigać szybko po kamiennych stopniach.
Odpocząwszy nieco, uzupełniwszy niedobór wody i minerałów ruszyłem w dalsza drogę. Do szczytu wciąż daleka droga ale fantastyczne widoki sprawiają, że nawet plecak nie ciąży aż tak bardzo.

Widoki ze szlaku na Giewont
fot. Czesio1
Patrząc na ścieżkę wijąca się po grzebiecie Małego Giewontu przekonałem się, że moje poranne wyjście było nieco spóźnione bowiem na szlaku widać było w oddali „mrówki” zdążające na Giewont. Gdy do szczytu została mniej więcej 1/3 drogi zrównałem się z samotnie idącą dziewczyną. Wymieniliśmy zwyczajowe na górskich szlakach „cześć” i zdążając w tym samym kierunku rozpoczęliśmy rozmowę, przede wszystkim na tematy tatrzańskie. Gdy okazało się, że koleżanka Ania ma w planach na kolejny dzień wejście na Kasprowy Wierch, zaproponowałem Jej zdobycie tego szczytu jeszcze dziś, wprost z Giewontu. Pogoda była sprzyjająca, czas też mieliśmy dobry więc długo się nie wahała.
Tymczasem jednak punktualnie o godzinie 10:00 dotarliśmy na Giewont. 2 godziny i 46 minut zajął mi szlak od wylotu Doliny Małej Łąki. Ponad pół godziny szybciej niż wskazują na to oznaczenia na trasie.

Czesio1 na Giewoncie
fot. Czesio1
Na szczycie udało się uniknąć tłumów i owej słynnej „kolejki na Giewont”. Było tam wprawdzie kilkanaście osób, ale to i tak nic w porównaniu z tym co widzieliśmy rok temu schodząc z Kopy Kondrackiej – masa stonki na szczycie i długa kolejka pod. Z Giewontu roztaczała się piękna panorama na Zakopane. Wychodząc od TomaszKa obiecałem, że jak już dotrę na szczyt to zadzwonię i pomacham Mu. Udało się, TomaszK namierzył mnie przez swoją lunetę.

Widok z Giewontu na Zakopane
fot. Czesio1
Kilkunastominutowa przerwa na posiłek i uzupełnienie napojów i już w towarzystwie koleżanki ruszam ku Kopie Kondrackiej. Szlak wiedzie najpierw wśród gęstej kosodrzewiny a potem odsłoniętą granią. Coraz mocniej przypiekające słońce sprawia, że tempo marszu trochę spadło.
Kopa Kondracka
fot. Czesio1
Na Kopę Kondracką docieramy tuż przed południem. Z rozległego wierzchołka kolejna piękna panorama, z jednej strony na Czerwone Wierchy a z drugiej na widoczny w oddali nasz kolejny cel czyli Kasprowy Wierch. Stąd wydaje się być nie tak daleko, ale to tylko złudzenie. Prawie dwie godziny drogi przed nami.
Schodząc z Kopy Kondrackiej dopadł mnie pierwszy kryzys. Ból mięśni tuż nad kolanami. Nie wyglądało to zbyt optymistycznie, w pewnym momencie myślałem, że będę musiał zrobić sobie dłuższą przerwę. Na szczęście udało się przezwyciężyć kryzys i choć trochę wolniej ale parłem granią dalej. Do samego Kasprowego jeszcze dwa razy czułem mocniejszy ból mięśni. Można jednak było się tego spodziewać zważywszy na to, że to pierwszy dzień w górach i do tego najdłuższa trasa już na dzień dobry.

Grań z Kopy Kondrackiej na Kasprowy Wierch
fot. Czesio1
Lubię takie wędrówki granią jak ta z Kopy Kondrackiej na Kasprowy Wierch. Tym razem nie było tak przyjemnie z uwagi na palące słońce co w połączeniu z ciążącym plecakiem powodowało pewien dyskomfort. Coraz częstsze były przerwy, coraz cięższe wydawały się nogi, pot zalewał czoło, kończyła się woda pitna a Kasprowy Wierch wydawał się wciąż daleko.
Mimo ogromnego zmęczenia na szczyt dotarliśmy prawie idealnie szlakowo, po godzinie i 55 minutach z Kopy Kondrackiej.

Czesio1 na Kasprowym Wierchu
fot. Czesio1

Czesio1 na Kasprowym Wierchu
fot. Czesio1
Cóż za ulga, zimny napój i fasolka po bretońsku w barze i prawie godzinny odpoczynek. Tu nasze drogi z koleżanką Anią się rozchodzą, Ona schodzi do Kuźnic przez Myślenickie Turnie a mój szlak wiedzie do Murowańca. Zostawiłem Jej namiary na nasze forum, obiecała tam zajrzeć. I jak się później okazało dotrzymała słowa, jest z nami na forum pod nickiem Annie.
Ostatni fragment mojego pierwszego szlaku to już spokojne zejście z grani Kasprowego Wierchu do Murowańca przez Liliowe. Droga wiodła kamiennym schodami. Biorąc pod uwagę że było już po godzinie 15–ej dziwiła mnie duża liczba osób idąca w górę. O tej porze to się raczej schodzi ze szczytu a nie go zdobywa. Ale jak się okazuje nie wszyscy chcą tego dokonać na nogach. Część liczy na kolejkę linową z Kasprowego Wierchu.
Do Murowańca dotarłem o godz. 15:59, czyli po 8 godzinach i 45 minutach od chwili wyruszenia na szlak. Uffff, dałem radę…
Jeszcze tylko zameldować się i można wypić kawkę z obowiązkową schroniskową szarlotką…
Schronisko Murowaniec
fot. Czesio1
Rozdział 3 - Kościelisko (TomaszK)
Kiedy przyjechał Nietajenko, powitałem go na dworcu kolejowym w imieniu Małopolski. Jako swego rodzaju gospodarz, zaofiarowałem swoją pomoc w dotarciu w góry. Niestety mogłem dowieźć go tylko z dworca kolejowego do Ronda Kuźnickiego, bo dalej jest zakaz wjazdu, wobec czego grzecznie podziękował i odprowadziłem go na postój busów. Czas gonił bo Czesio czekał w schronisku, więc tylko pooddychaliśmy chwilę świeżym zakopiańskim powietrzem i Nietajenko pojechał do Kuźnic.
Rozdział 4 - Kościelec (Nietajenko)
Nasza tatrzańska przygoda miała co nieco wspólnego z pospolitym ruszeniem – uczestnicy przybywali z różnych stron Polski, w różnym czasie, by pewnego dnia spotkać się w jednym miejscu i rozpocząć wspólną celebrę górskich marszy. Pierwszym był Czesio, drugim Nietajenko, który po dniu wytężonej pracy w pracy wsiadł w pociąg by po czternastu godzinach wczesnym rankiem o godzinie 8:17 wysiąść w Zakopanem. Na zakopiańskim dworcu oczekiwał na niego TomaszK. Spotkanie było bardzo krótkie i sprowadzało się jedynie do eskortowania z peronu dworca kolejowego na postój busów, który miał Nietajenkę zawieźć do Kuźnic. Bez zbędnej zwłoki, bo przecież Czesio czekał w Murowańcu, na godzinę 10 ustalono czas spotkania, a zgodnie z mapą, dystans z Kuźnic szacowany jest na półtorej godziny. Po krótkim zastanowieniu Nietajenko obrał drogę przez Boczań i Skupniów Upłaz, zarzucając drogę przez Jaworzynkę, którą poznał podczas wcześniejszych wypraw. Tatry przywitały go lekko dżdżystą i mglistą aurą, co tylko pomogło, bo po pierwsze nie ma nic gorszego dla piechura pierwszego dnia marszu w skwarze, a po drugie ograniczony czas na dotarcie do schroniska mógł być sporo przekroczony z uwagi na inklinacje Nietajenki do napawania się pięknymi okolicznościami przyrody. Te inklinacje dawały o sobie znać przez całą wyprawę. Tak oto bez zbędnych przystanków dotarł on do celu kwadrans po dziesiątej. Nie byłby jednak sobą, by nie zrobić Czesiowi małego psikusa. Zadzwonił by poinformować, że troszkę czasu zmitrężył z TomaszemK przy kufelku piwka, ale właśnie dojechał do Kuźnic i rozpoczyna wspinaczkę, po czym napawając się konsternacją po drugiej stronie oznajmił – „żartowałem”.
Po krótkim powitaniu, zadekowaniu się w pokoju i zatankowaniu camelbaka ruszyli już wspólnie, by zdobyć pierwszy w tej wyprawie dwutysięcznik Tatr Wysokich – Kościelec. Szlak łagodnie doprowadził ich do Czarnego Stawu Gąsienicowego,

Nietajenko i Czesio1 nad Czarnym Stawem Gąsienicowym
fot. Czesio1
by na rozdrożu skierować się zakosami ostro w górę na grań Kościelców, a w konsekwencji na przełęcz Karb. Wszechobecne chmury co jakiś czas litowały się nad turystami i raczyły ich luką, przez którą podziwiać mogli piękną i rozległą Dolinę Gąsienicową.

Dolina Gąsienicowa
fot. Czesio1
Jednak ściany i granie Tatr Wysokich wciąż skrywały zazdrośnie wzmagając tylko apetyty.

Szlak na Kościelec
fot. Czesio1
Z Karbu szlak stał się lekko trudniejszy. Wciąż wiódł zakosami, jednak zaczęły się atrakcje typu kominki i upłazki, które przy deszczowej lub śnieżnej pogodzie byłyby bardzo niebezpieczne.

Nietajenko w drodze na Kościelec
fot. Czesio1
Nic nie zdołało jednak złamać hartu ducha piechurów i po czterdziestu minutach wspinaczki od Karbu stanęli na szczycie Kościelca (2155m.n.p.m.).

Kościelec zdobyty
fot. Czesio1
Po paru dłuższych chwilach spożytkowanych na pstrykanie zdjęć, kontemplację otoczenia i regeneracje sił ostrożnie poczęli schodzić w dół, do Karbu tą samą drogą

Zejście z Kościelca
fot. Czesio1
a od Karbu przez Zielony Staw do Murowańca. Nad Zielonym Stawem uskutecznili jeszcze karmienie ciasteczkami kaczek i rybek, które widocznie z głodu wyskakiwały z wody na 10 cm by jako pierwsze dopaść łakocia. Po powrocie do schroniska nastąpiły zwykłe schroniskowe czynności – kąpiel, przebranie w czyste łachy, posilenie się i leniuchowanie przy kartach z nadzieją na kolejną górską przygodę następnego dnia.


































































































