Na szczęście mnie nie zamknęli.Czesio1 pisze:Za co Cię zamknęli?PawelK pisze:Jeszcze parę zdjęć z więzienia
Wietnam 2014
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Z więzienia, ponieważ zostało jeszcze trochę czasu, wybieramy się dalej. Dalej to jest świątynia Literatury, czyli prawie tysiącletnie budowle, powstałe jako świątynia w celu kształcenia urzędników państwowych. Oczywiście są bilety, ale jak już przyszliśmy... Miejsce ciekawe, ale pewnie i temperatura i ilość podobnych świątyń, które już wcześniej w różnych miejscach widzieliśmy, powodują że nie jesteśmy powaleni na kolana. Przechodzimy przez kolejne budynki, trochę fotek i zmykamy. Przy ogrodzeniu siedzi golibroda, który wykonuje swoje usługi na krzesełku, przed lustrem zawieszonym na ogrodzeniu ale... wygląda na to, że to jest raczej cyrk dla przyjezdnych niż rzeczywisty widok miasta. Nigdzie wcześniej takiego fryzjera nie widzieliśmy (później też), a ten chce dolara za zrobienie zdjęcia jego warsztatowi.
Już od rana bujamy się z Vietnam Airlines - mieliśmy lecieć do Hue w piątek rano (26) a dziś dostaliśmy maila, że lot jest anulowany i przebukowano nam na piątek po południu. Ni przypiął ni wypiął, tym bardziej, że mieliśmy jechać dalej już w sobotę. W recepcji hotelowej dziewczynka wzięła się do roboty i jej pośrednik stwierdził, że spróbują nam przerezerwować na czwartek wieczór. Hotel okazał się na tyle sympatyczny, że spokojnie anulowano nam jedną noc z rezerwacji bez dodatkowych opłat. Oczywiście rezerwacja się powiodła, więc skracamy nasz pobyt w stolicy.
Już od rana bujamy się z Vietnam Airlines - mieliśmy lecieć do Hue w piątek rano (26) a dziś dostaliśmy maila, że lot jest anulowany i przebukowano nam na piątek po południu. Ni przypiął ni wypiął, tym bardziej, że mieliśmy jechać dalej już w sobotę. W recepcji hotelowej dziewczynka wzięła się do roboty i jej pośrednik stwierdził, że spróbują nam przerezerwować na czwartek wieczór. Hotel okazał się na tyle sympatyczny, że spokojnie anulowano nam jedną noc z rezerwacji bez dodatkowych opłat. Oczywiście rezerwacja się powiodła, więc skracamy nasz pobyt w stolicy.
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Kolejny dzień (25 września)
Dziś wylatujemy do Hue. Rano pakujemy się, zostawiamy bagaże w hotelu i idziemy obejrzeć jeszcze parę miejsc.
Startujemy do starej francuskiej dzielnicy. Na początek - muzeum wojny, ale ponieważ planowaliśmy analogiczne muzeum w Saigonie, to tu odpuszczamy. Na przeciwko muzeum jest skwerek, na którym stoi pomnik Lenina, tutaj nazywa się Le Nin
Dalej zaczynają się wypasione wille, po chwili już wiemy dlaczego, to dzielnica ambasad. Zupełnie przypadkiem trafiamy na zabudowania ambasady Polski. Oczywiście robię zdjęcia. Gdy chcę sfocić jeszcze tabliczkę podchodzi funkcjonariusz, który twierdzi, że nie można
Przekonuję go, że zrobię tylko zdjęcie tabliczki, jest ok. Do zamkniętego Mauzoleu Ho Chi Minha jest od ambasady parę kroków. Idziemy pomiędzy barierkami, mimo budki z wartownikami. Nikt nie zwraca uwagi. Plac defilad przed mauzoleum potężny, ale zagrodzony. Nie tylko nie można wejść, ale nawet podejść. Nie bardzo wiedzieliśmy dlaczego, później w hotelu recepcjonistka nam wytłumaczyła: pierwsza odpowiedź mnie zaskoczyła: "Zamknięte ponieważ Ho Chi Minh wyjechał na urlop do Moskwy", później wyjaśniła, że tak mieszkańcy Hanoi żartują, na poważnie, we wrześniu i październiku co roku mauzoleum jest zamykane na czas konserwacji ciała.
Wracając do wycieczki - mijamy kolejne budki ze strażnikami w białych mundurach. W pewnym momencie podchodzi zmiana, ludzie robią zdjęcia, nikt nie zabrania więc też cykamy
Dalej obchodzimy teren jeszcze parę zdjęć i wychodzimy.
Trzeba obejść cały plac defilad ulicą obok. Ulica kończy się na pięknym kolonialnym budynku, oczywiście robię zdjęcie, później okazuje się, że też nie można robić mu zdjęć - dom partii
, kolejny, po lewej, też robię zdjęcie, też nie można - pałac prezydencki.
Kolejny etap - jezioro Ho Tay. Jest dużo większe, niż to w centrum miasta. Parę restauracji na stateczkach i park przy brzegu. Na ławeczkach przysypiają lokalesi. Dochodzimy do pagody na "półwyspie" i wracamy. Akurat trafiliśmy na przerwę a nie mamy czasu żeby czekać.
Wracając obchodzimy jeszcze teren mauzoleum, nie można już wejść, żołnierze nie pozwalają. Przy bocznym wejściu do polskiego konsulatu kolejka po wizy, większą widzieliśmy jeszcze później tylko przy konsulacie niemieckim.
Pół godzinki na piechotę do miasta, jemy standardzik na ulicy wieprzowinę i nadziewane pomidory, później jeszcze smoothies po drodze do hotelu i już zaraz na lotnisko.
Rano załatwialiśmy wyjazd, mieliśmy do wyboru - taksówka za 15 dolarów, private car za 18. Wybraliśmy oczywiście taksówkę. Jeszcze chwila w hotelu i okazuje się, że możemy już jechać. Szef przyjechał z kierowcą swoją limuzyną, Toyotą w skórze. Okazuje się, że żadna taksa, wiezie nas kierowca szefa
45 minut i jesteśmy na lotnisku. Odprawa, przechodzimy do poczekalni i... tuż przed czasem "boardingu" dowiadujemy się, że samolot jest pół godziny opóźniony. Ale spoko, po 20 minutach możemy wsiadać do samolotu.
Dziś wylatujemy do Hue. Rano pakujemy się, zostawiamy bagaże w hotelu i idziemy obejrzeć jeszcze parę miejsc.
Startujemy do starej francuskiej dzielnicy. Na początek - muzeum wojny, ale ponieważ planowaliśmy analogiczne muzeum w Saigonie, to tu odpuszczamy. Na przeciwko muzeum jest skwerek, na którym stoi pomnik Lenina, tutaj nazywa się Le Nin
Dalej zaczynają się wypasione wille, po chwili już wiemy dlaczego, to dzielnica ambasad. Zupełnie przypadkiem trafiamy na zabudowania ambasady Polski. Oczywiście robię zdjęcia. Gdy chcę sfocić jeszcze tabliczkę podchodzi funkcjonariusz, który twierdzi, że nie można
Wracając do wycieczki - mijamy kolejne budki ze strażnikami w białych mundurach. W pewnym momencie podchodzi zmiana, ludzie robią zdjęcia, nikt nie zabrania więc też cykamy
Trzeba obejść cały plac defilad ulicą obok. Ulica kończy się na pięknym kolonialnym budynku, oczywiście robię zdjęcie, później okazuje się, że też nie można robić mu zdjęć - dom partii
Kolejny etap - jezioro Ho Tay. Jest dużo większe, niż to w centrum miasta. Parę restauracji na stateczkach i park przy brzegu. Na ławeczkach przysypiają lokalesi. Dochodzimy do pagody na "półwyspie" i wracamy. Akurat trafiliśmy na przerwę a nie mamy czasu żeby czekać.
Wracając obchodzimy jeszcze teren mauzoleum, nie można już wejść, żołnierze nie pozwalają. Przy bocznym wejściu do polskiego konsulatu kolejka po wizy, większą widzieliśmy jeszcze później tylko przy konsulacie niemieckim.
Pół godzinki na piechotę do miasta, jemy standardzik na ulicy wieprzowinę i nadziewane pomidory, później jeszcze smoothies po drodze do hotelu i już zaraz na lotnisko.
Rano załatwialiśmy wyjazd, mieliśmy do wyboru - taksówka za 15 dolarów, private car za 18. Wybraliśmy oczywiście taksówkę. Jeszcze chwila w hotelu i okazuje się, że możemy już jechać. Szef przyjechał z kierowcą swoją limuzyną, Toyotą w skórze. Okazuje się, że żadna taksa, wiezie nas kierowca szefa
45 minut i jesteśmy na lotnisku. Odprawa, przechodzimy do poczekalni i... tuż przed czasem "boardingu" dowiadujemy się, że samolot jest pół godziny opóźniony. Ale spoko, po 20 minutach możemy wsiadać do samolotu.
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Krótki opis końca dnia:
Lecimy do Hue. Podróż zaczyna się od spotkania naszych współpasażerów z pociągu do Lao Cai, małżeństwo z Bahrajnu też leci do dawnej stolicy Wietnamu.
Lot bez problemów, trochę zimno, ale stewy rozdają kocyki.
Lotnisko w Hue maleńkie. Tak jak można było przeczytać w necie, w hali można kupić bilet na busik do miasta. Hotel proponował nam przejazd za 20 dolarów, busik kosztuje 50 tysięcy (2,5 dolara) od osoby. Kierowcy podajemy nazwę hotelu, pakujemy bagaże, kierowca sobie układa kolejne zgodnie z tym jak będzie ludzi wysadzał. Wyjeżdżamy z lotniska i... nagle zawracamy. Kierowca odebrał komórkę, zabieramy jeszcze jedną osobę.
Do miasta jest 15 km, kierowca zachowuje się jakby brał udział w wyścigu, wyprzedzanie pasem z przeciwka na trzeciego nie stanowi dla niego problemu.
Po krótkim krążeniu po mieście i wysadzaniu kolejnych pasażerów dojeżdżamy do naszego "przystanku". W pierwszej chwili nie widzimy hotelu, ale usłużni mieszkańcy podpowiadają, że trzeba wejść w boczną uliczkę. Hotel (Holiday Diamond) jest ol 50 metrów od ulicy. W lobby sadzają nas przy stoliku, podają zimny sok i talerz z owocami. Dopiero wtedy pytają się o rezerwację.
Pokój przestronny, czysty. Odpalam pokojowego notka i komunikaty wirusów, jeden za drugim. śmietnik na nim niesamowity. Większość systemów AV online nie chce się uruchomić. Coś wreszcie udało się puścić. Po całym dniu skanowania odnalazł 170 wirusów(sic!), w związku z tym na nim tylko wyszukuję potrzebne informacje, resztę załatwiam z BB.
Po męczącym dniu idziemy spać.
Lecimy do Hue. Podróż zaczyna się od spotkania naszych współpasażerów z pociągu do Lao Cai, małżeństwo z Bahrajnu też leci do dawnej stolicy Wietnamu.
Lot bez problemów, trochę zimno, ale stewy rozdają kocyki.
Lotnisko w Hue maleńkie. Tak jak można było przeczytać w necie, w hali można kupić bilet na busik do miasta. Hotel proponował nam przejazd za 20 dolarów, busik kosztuje 50 tysięcy (2,5 dolara) od osoby. Kierowcy podajemy nazwę hotelu, pakujemy bagaże, kierowca sobie układa kolejne zgodnie z tym jak będzie ludzi wysadzał. Wyjeżdżamy z lotniska i... nagle zawracamy. Kierowca odebrał komórkę, zabieramy jeszcze jedną osobę.
Do miasta jest 15 km, kierowca zachowuje się jakby brał udział w wyścigu, wyprzedzanie pasem z przeciwka na trzeciego nie stanowi dla niego problemu.
Po krótkim krążeniu po mieście i wysadzaniu kolejnych pasażerów dojeżdżamy do naszego "przystanku". W pierwszej chwili nie widzimy hotelu, ale usłużni mieszkańcy podpowiadają, że trzeba wejść w boczną uliczkę. Hotel (Holiday Diamond) jest ol 50 metrów od ulicy. W lobby sadzają nas przy stoliku, podają zimny sok i talerz z owocami. Dopiero wtedy pytają się o rezerwację.
Pokój przestronny, czysty. Odpalam pokojowego notka i komunikaty wirusów, jeden za drugim. śmietnik na nim niesamowity. Większość systemów AV online nie chce się uruchomić. Coś wreszcie udało się puścić. Po całym dniu skanowania odnalazł 170 wirusów(sic!), w związku z tym na nim tylko wyszukuję potrzebne informacje, resztę załatwiam z BB.
Po męczącym dniu idziemy spać.
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
I kolejny dzień w Hue
Wstajemy wcześnie rano. Pełna lampa za oknem.
Schodzimy na śniadnie - wszystko wyjmują z rąk aby podać do stołu. Nawet omlet bez nic, z dżemem udało mi się zamówić, mimo że w Indochinach omlety je się z warzywami i/lub wędliną i czasami nie potrafią zrozumieć, jak mogę chcieć omlet saute.
Na początek potrzebujemy aptekę. Zatarłem sobie oko w Hanoi i jest całe zaropiałe. Po wyjściu z hotelu trafiamy na przyjaciela, który nam wszystko podpowie a nawet zawiezie motobajkiem gdzie chcemy. Wpierw idzie za nami do apteki. Kupujemy kropelki z antybiotykiem za 30 tysięcy (1,5 dolara). Farmaceutka widząc moje oczy wiedziała co podać
. Apteka tak jak i inne sklepy, otwarta na ulicę i bezproblemowa. W Polsce okulistka pokiwała głową z politowaniem gdy dowiedziała się, że takie leki sprzedają bez recepty.
Kolejny etap to biuro Camel Travel, aby zarezerwować przejazd na następny dzień po południu do Hoi An. Przyjaciel dalej nas kieruje ale chyba powoli rozumie, że nie zamierzamy korzystać z jego usług i po 50 metrach odpuszcza.
Biuro to kolejna historia. Okazuje się, że pomimo, iż nas zapewniano gdy kupowaliśmy bilety, że autobusy są zawsze dostępne, że tego autobusu po południu nie ma. Możemy jechać rano albo dziś po południu. Dziś nie wchodzi w rachubę. Anka zaczyna się denerwować i zaczynają na siebie krzyczeć, Anka i chłopaczyna z biura. W rezultacie odpuszczamy (nie mamy chyba innego wyjścia, przecież wiemy, że taksówki nam nie podstawią) i bierzemy wyjazd następnego dnia rano.
Teraz idziemy przez miasto do Zakazanego Miasta. Cały czas grzeje, smarujemy się kremami z mocnymi filtrami bo nie ma ani jednej chmurki.
Przechodzimy mostem nad rzeką Perfumowaną (Perfumed), dalej rzut beretem do Flag Tower i szosą (bez chodników) pod bramami fortecy. Kupujemy bilety do kompleksu. Podobno Zakazane Miasto było wybudowane na wzór pekińskiego, ale jest znacząco mniejsze. Dla nas wystarczająco, w 40 stopniach w słońcu łazimy trzy i pół godziny. Stan zabytków jest różny, od totalnie zrujnowanych po nowo-odnowione. Trochę wycieczek, ale mnóstwo miejsc zupełnie bez ludzi. Atrakcją, dla niektórych, jest możliwość wypożyczenia stroju cesarza i skorzystanie z tronu. W maksymalnej wersji przy tronie spotkało się dwóch cesarzy
Tutaj trafiamy na naszego pana pomocnika, który zaopiekował się inną "wycieczką". Co jeszcze z ciekawostek - kort tenisowy. Gdzieś w zakątku, na samym końcu widzimy zupełnie przyzwoity kort tenisowy, otoczony wysoką siatką. Już stwierdziliśmy, "no tak Wietnamczycy, zbudowali sobie kort w zabytkowym miejscu", podchodzimy bliżej i... zonk. Kort też jest "zabytkowy", ponieważ Zakazane Miasto było miejscem zamieszkania cesarzy, to w latach 20 czy 30 ubiegłego wieku, jeden z nich, kształcony we Francji i uprawiający różne sporty wybudował sobie koło "domu" kort. Idziemy dalej - szereg świątyń, które można zwiedzać, tutaj przestaję ogarniać - w jednych zdejmuje się buty ale można robić zdjęcia, w innych można wchodzić w butach ale nie wolno robić zdjęć, są takie gdzie i buty i zdjęcia są dozwolone i takie, w których i buty i zdjęcia są zakazane. Totalny kociokwik. Ciekawe, czy ktoś to ogarnia, czy przypadkiem tak ustanowiono. Swoją drogą warto zauważyć, że w kraju socjalistycznym, gdzie 50% ludzi nie wyznaje żadnej wiary, w państwowym obiekcie, tak się dba o zasady odwiedzania świątyń.
Ostatnią ciekawostką jest jeden z budynków, w którym odnajdujemy zdjęcie - na pierwszy rzut oka Jolanty Kwaśniewskiej w towarzystwie ochroniarzy, później dopatrujemy się, że ten facet obok, potężny, w białej koszuli to prezydent Kwaśniewski. Prezydencka para zwiedziała Zakazane Miasto ponieważ właśnie ten obiekt, w którym byliśmy, był restaurowany przez polskich naukowców. Niestety tutaj akurat zdjęć nie można robić.
Idzie się coraz wolniej, zostało jeszcze parę obiektów do zobaczenia, niestety te są remontowane. Przyglądając się biletom, stwierdzam, że bilety obejmują również wejście do muzeum sztuki. Wychodzimy boczną bramą przy okazji pytając się kontrolera biletów o muzeum. Jest 5 minut na piechotę od wyjścia. Zmachani siadamy przy stoliku w lokalnym "barze". Inne białasy kupują tam colę, my się skusiliśmy na świeżo obrane pomelo. Dają do tego taką dziwną posypkę, niby to sól ale trochę kwaśne. Mi smakuje raczej bez tego.
Muzeum sztuki takie sobie. Na podwórku parę figurek, jakieś armaty, nic szczególnego. W środku sporo mebli, trochę ciuchów, fajna kolekcja monet z obszaru Indochin, wiele szkła, zarówno lokalne - Wietnam, Kambodża itp. jak i pofrancuskiego. Tutaj też nie można robić zdjęć i trzeba chodzić bez butów. Obsługa muzeum siedzi za biurkiem przy wjeściu i oglądają filmy na notebooku. Niczego sobie robota
Namierzam na GPSie supermarket i idziemy kupić coś do przekąszenia i picie. Supermarket jest nad rzeką w wielkim domu handlowym (no może przesadzam z tym wielkim, ale jak na warunki wietnamskie to wcześniej takiego konglomeratu nie widzieliśmy). Kupujemy banany i picie i wracamy do hotelu odpocząć trochę.
W hotelu prysznic, krótka drzemka i o 18 już jest ciemno. Idziemy przejść się po mieście i coś zjeść. Oglądamy po kolei knajpy i decydujemy się na DMZ, jedną z knajp polecanych w Tripadvisorze. Nie zawiedliśmy się - Anka wcina sałatkę z pomidorów, ja karmelizowanego kurczaczka z ryżem. Do tego piwko, tutaj Larue.
Po kolacji idziemy na spacer pasażem nad rzeką i trafiamy na night market. Trochę inny niż ten w Hanoi, który był skierowany do turystów. W Hue jest to typowy market dla mieszkańców, pamiątek i gadżetów (ja to nazywam nikomu nie potrzebnych rzeczy) niewiele, za to sporo ciuchów (również z nazwami znanych firm), buty, rzeczy codziennego użytku i oczywiście jedzenie. Wszędzie gra muzyka, gwarno. Wracamy również marketem i idziemy spać. Rano mamy wyjazd do Hoi An.
Wstajemy wcześnie rano. Pełna lampa za oknem.
Schodzimy na śniadnie - wszystko wyjmują z rąk aby podać do stołu. Nawet omlet bez nic, z dżemem udało mi się zamówić, mimo że w Indochinach omlety je się z warzywami i/lub wędliną i czasami nie potrafią zrozumieć, jak mogę chcieć omlet saute.
Na początek potrzebujemy aptekę. Zatarłem sobie oko w Hanoi i jest całe zaropiałe. Po wyjściu z hotelu trafiamy na przyjaciela, który nam wszystko podpowie a nawet zawiezie motobajkiem gdzie chcemy. Wpierw idzie za nami do apteki. Kupujemy kropelki z antybiotykiem za 30 tysięcy (1,5 dolara). Farmaceutka widząc moje oczy wiedziała co podać
Kolejny etap to biuro Camel Travel, aby zarezerwować przejazd na następny dzień po południu do Hoi An. Przyjaciel dalej nas kieruje ale chyba powoli rozumie, że nie zamierzamy korzystać z jego usług i po 50 metrach odpuszcza.
Biuro to kolejna historia. Okazuje się, że pomimo, iż nas zapewniano gdy kupowaliśmy bilety, że autobusy są zawsze dostępne, że tego autobusu po południu nie ma. Możemy jechać rano albo dziś po południu. Dziś nie wchodzi w rachubę. Anka zaczyna się denerwować i zaczynają na siebie krzyczeć, Anka i chłopaczyna z biura. W rezultacie odpuszczamy (nie mamy chyba innego wyjścia, przecież wiemy, że taksówki nam nie podstawią) i bierzemy wyjazd następnego dnia rano.
Teraz idziemy przez miasto do Zakazanego Miasta. Cały czas grzeje, smarujemy się kremami z mocnymi filtrami bo nie ma ani jednej chmurki.
Przechodzimy mostem nad rzeką Perfumowaną (Perfumed), dalej rzut beretem do Flag Tower i szosą (bez chodników) pod bramami fortecy. Kupujemy bilety do kompleksu. Podobno Zakazane Miasto było wybudowane na wzór pekińskiego, ale jest znacząco mniejsze. Dla nas wystarczająco, w 40 stopniach w słońcu łazimy trzy i pół godziny. Stan zabytków jest różny, od totalnie zrujnowanych po nowo-odnowione. Trochę wycieczek, ale mnóstwo miejsc zupełnie bez ludzi. Atrakcją, dla niektórych, jest możliwość wypożyczenia stroju cesarza i skorzystanie z tronu. W maksymalnej wersji przy tronie spotkało się dwóch cesarzy
Ostatnią ciekawostką jest jeden z budynków, w którym odnajdujemy zdjęcie - na pierwszy rzut oka Jolanty Kwaśniewskiej w towarzystwie ochroniarzy, później dopatrujemy się, że ten facet obok, potężny, w białej koszuli to prezydent Kwaśniewski. Prezydencka para zwiedziała Zakazane Miasto ponieważ właśnie ten obiekt, w którym byliśmy, był restaurowany przez polskich naukowców. Niestety tutaj akurat zdjęć nie można robić.
Idzie się coraz wolniej, zostało jeszcze parę obiektów do zobaczenia, niestety te są remontowane. Przyglądając się biletom, stwierdzam, że bilety obejmują również wejście do muzeum sztuki. Wychodzimy boczną bramą przy okazji pytając się kontrolera biletów o muzeum. Jest 5 minut na piechotę od wyjścia. Zmachani siadamy przy stoliku w lokalnym "barze". Inne białasy kupują tam colę, my się skusiliśmy na świeżo obrane pomelo. Dają do tego taką dziwną posypkę, niby to sól ale trochę kwaśne. Mi smakuje raczej bez tego.
Muzeum sztuki takie sobie. Na podwórku parę figurek, jakieś armaty, nic szczególnego. W środku sporo mebli, trochę ciuchów, fajna kolekcja monet z obszaru Indochin, wiele szkła, zarówno lokalne - Wietnam, Kambodża itp. jak i pofrancuskiego. Tutaj też nie można robić zdjęć i trzeba chodzić bez butów. Obsługa muzeum siedzi za biurkiem przy wjeściu i oglądają filmy na notebooku. Niczego sobie robota
Namierzam na GPSie supermarket i idziemy kupić coś do przekąszenia i picie. Supermarket jest nad rzeką w wielkim domu handlowym (no może przesadzam z tym wielkim, ale jak na warunki wietnamskie to wcześniej takiego konglomeratu nie widzieliśmy). Kupujemy banany i picie i wracamy do hotelu odpocząć trochę.
W hotelu prysznic, krótka drzemka i o 18 już jest ciemno. Idziemy przejść się po mieście i coś zjeść. Oglądamy po kolei knajpy i decydujemy się na DMZ, jedną z knajp polecanych w Tripadvisorze. Nie zawiedliśmy się - Anka wcina sałatkę z pomidorów, ja karmelizowanego kurczaczka z ryżem. Do tego piwko, tutaj Larue.
Po kolacji idziemy na spacer pasażem nad rzeką i trafiamy na night market. Trochę inny niż ten w Hanoi, który był skierowany do turystów. W Hue jest to typowy market dla mieszkańców, pamiątek i gadżetów (ja to nazywam nikomu nie potrzebnych rzeczy) niewiele, za to sporo ciuchów (również z nazwami znanych firm), buty, rzeczy codziennego użytku i oczywiście jedzenie. Wszędzie gra muzyka, gwarno. Wracamy również marketem i idziemy spać. Rano mamy wyjazd do Hoi An.
-
TomaszK
- Forowy Badacz Naukowy

- Posty: 9298
- Rejestracja: 09 lip 2013, 18:42
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 80 razy
- Otrzymał podziękowań: 610 razy
Bardzo tanie te krople do oczu. Jak sprawdziłem, u nas ceny kropli z antybiotykiem bez recepty, zaczynają sie od 20PLN, tylko jedne znalazłem za 13 PLN. Czyli kilka razy drożej niż Wy płaciliście. Ale pamiętam że u nas po zmianie ustroju, leki też były takie tanie, podrożały dopiero jak zmieniły się ustawy zdrowotne.
A te panie w kolorowych strojach, to przewodniczki po muzeum, czy może to ślubne sesje fotograficzne ?
A te panie w kolorowych strojach, to przewodniczki po muzeum, czy może to ślubne sesje fotograficzne ?
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Te panie to raczej ślubne albo modelki, nie przewodniczki. Oni generalnie w wielu miejscach lubili robić takie zdjęcia. W Hanoi to była wieżyczka nad jeziorem w centrum miasta, no i oczywiście na tle jeziora, tutaj pewnie w Zakazanym Mieście, dalej w Da Lat na tle jeziora (podobno Da Lat to popularny kurort na miesiąc miodowy) i w Sajgonie sporo było par w pałacyku, w którym mieści się muzeum Ho Chi Minh City.TomaszK pisze:A te panie w kolorowych strojach, to przewodniczki po muzeum, czy może to ślubne sesje fotograficzne ?
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
No i ostatni zestaw zdjęć z Hue



Na pierwszym zdjęciu pomelo w barze przy Zakazanym Mieście, kolejne trzy to widoczki z miasta - parking dla rowerów, facet z szafą i centrum handlowe. Później stacja benzynowa dla motobajków, pifffko Larue, wnętrze baru DMZ (my jedliśmy przy stoliku na zewnątrz), kurczak karmelizowany. Dalej most w nocy i baza nocny na pasażu nad rzeką.



Na pierwszym zdjęciu pomelo w barze przy Zakazanym Mieście, kolejne trzy to widoczki z miasta - parking dla rowerów, facet z szafą i centrum handlowe. Później stacja benzynowa dla motobajków, pifffko Larue, wnętrze baru DMZ (my jedliśmy przy stoliku na zewnątrz), kurczak karmelizowany. Dalej most w nocy i baza nocny na pasażu nad rzeką.
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
Krewetki też będą. Nad morzem głównieCzesio1 pisze:Tek kurczaczek całkiem apetycznie wygląda. W ogóle z tego co relacjonujesz wynika, że można tam całkiem normalnie się odżywiać. Normalnie w sensie po naszemu. A nie tylko jakieś larwy, mrówki i inne krewetki.
Larwów i mrówków nie widziałem. Raz widziałem psa pieczonego, wisiał obok kurczaka pieczonego, ale następnego dnia, gdy przyszedłem z aparatem to już go nie było.
- Czesio1
- Administrator

- Posty: 16786
- Rejestracja: 07 lip 2013, 14:00
- Tytuł: Ojciec Prowadzący
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 599 razy
- Otrzymał podziękowań: 308 razy
Oj no wiem, że zapewne są i krewetki i inne tego typu "specjały". Ale grunt, że jest też zwykłe nasze jadło.PawelK pisze: Krewetki też będą. Nad morzem głównie
Larwów i mrówków nie widziałem. Raz widziałem psa pieczonego, wisiał obok kurczaka pieczonego, ale następnego dnia, gdy przyszedłem z aparatem to już go nie było.
- PawelK
- Moderator

- Posty: 6758
- Rejestracja: 27 lip 2013, 10:25
- Podziękował;: 334 razy
- Otrzymał podziękowań: 242 razy
- Kontakt:
No i śmigamy do Hue. Rano szybkie śniadanie i idziemy do biura Camel Travel. Podjeżdża jeden autobus pusty. Wypakowują z niego dziesiątki przesyłek z Hanoi, dźwigają, rzucają, generalnie podobnie jak tragarze na lotniskach, w d...e mają czy coś w środku się nie zniszczy. Autobus odjeżdża. Za 5 minut podjeżdża kolejny, którym mamy jechać. Autobus jest sypialny, bo okazuje się, że w Hue zatrzymuje się przy okazji na trasie Hanoi - Hoi An. Więc jedziemy sypialnym. Ale można spokojnie siedzieć, ustawiając oparcia pionowo.
Na czym polega autobus sypialny? Siedzenia są na dwóch poziomach w trzech rzędach (jeden rząd w środku autobusu) i mają kształt leżaka. Połowa siedzenia to "kapsuła" na nogi, na którą rozkłada się oparcie siedzenia pasażera przed tobą, ty rozkładasz się "na" nogach pasażera za tobą. W opcji z kibelkiem (którą teraz jechaliśmy) obok kibelka są trzy "łóżka" obok siebie, więc jeśli ktoś jest w trzy osoby to jest to wygodne, w innym wypadku należy liczyć się z tym, że ktoś będzie spał obok.
Z kibelka śmierdzi, ale tylko gdy są otwierane drzwi. W związku z tym planujemy, że na nocną podróż wybierzemy miejsca po przekątnej, żeby być jak najdalej od kibelka.
Wpierw objeżdżamy miasto żeby zabrać parę przesyłek i jeszcze pasażerów, ale generalnie autobus nie jest pełny.
Po drodze zatrzymujemy się na jedzenie, my odpuszczamy, korzystamy tylko z toalety. Ja idę zrobić parę zdjęć zatoczce z łódkami rybackimi. Wychodzą pięknie.
Przejeżdżamy przez Da Nang, to już wygląda pięknie a do Hoi An jeszcze kilkanaście minut.
W Hoi An wjeżdżamy na dworzec autobusowy, więc będziemy musieli poszukać biura, żeby zarezerwować kolejny przejazd.
Jakoś nie ogarniam planu, który nam przysłali z hotelu i krążymy. Docieramy wreszcie na główną ulicę, od której odchodzi boczna uliczka, przy której ma być hotel. Wpierw wbijamy się w uliczkę bez nazwy, który kończy się rozwalającą się kładką nad jakimś kanałkiem więc wracamy. Przy kolejnej uliczce jest drogowskaz do hotelu, strzałka łamana w prawo - 100 metrów. Więc idziemy dalej i skręcamy w prawo. Okazuje się, że dupa. Znów wleźliśmy źle. Okrążamy hotel, przez slumsy i błotko docieramy. Recepcja hotelu jest na zewnątrz, obok basenu. Laska słabo mówi po angielsku, nie może zrozumieć, że nie chcemy jej zostawić paszportów, ale wreszcie to do niej dociera. Na pytanie o śniadanie - mówi, że tutaj. Domyślnie przyjmujemy, że na stolikach przed recpecją. Dostajemy pokój na parterze z wyjściem na bezpośrednio na basen. Z drugiej strony jest wyjście na obskurny ogródek. Generalnie hotel jest jeszcze w budowie (pewnie dlatego ma najniższą cenę ze wszystkich, w których mieszkaliśmy - 22 dolary za dwie osoby za noc). Nie potrafię też ogarnąć organizacji pokoju. Po przejściu przez pokój, od wejścia, wchodzi się do maleńkiego przedpokoju, w którym jest umywalka. Niestety nad umywalką nie ma, tak jak bym oczekiwał, lustra. Lustro jest na ścianie dzielącej pokój od przedpokoju. W łazience też ciekawostka, nie ma kabiny prysznicowej, jest prysznic, który przy pełnym otwarciu zalewa całą łazienkę włącznie z sedesem a przy odpowiednim czasie kąpieli woda wylewa się na zewnątrz. Wieczorem jeszcze doszła dziwaczna organizacja oświetlenia. Pierwszy raz spotkałem się z tym, że aby wyłączyć światło trzeba wstawać z łóżka i nie ma lampek do czytania. Ale starczy narzekania na hotel. Bierzemy prysznic i idziemy oglądać miasto. Na dobry początek zaglądamy na stare miasto. Wpierw bazarek, ceny kosmiczne w porównaniu z Hanoi, nawet targować się nie idzie, bo by musieli zejść o 90%. Wariactwo. Na starówkę trzeba kupić bilety. Kosztują 120 tysięcy, a ponieważ jeszcze nie planowaliśmy co będziemy robić, więc odpuszczamy.
Znajdujemy sbie jakąś knajpkę na jedzenie. Nazywa się Vi Cafe i ma same zalety - dobre jedzenie, obsługa mówi po angielsku, jest tanio. Jemy krewetki z warzywami i sajgonki. Do tego piwo Larue. Piwo w sklepie kosztuje 8-10 tysięcy tutaj 14, więc nie jest to powalająca przebitka.
Z mapy wynika, że nad morze jest 4,5 km, więc... idziemy.
Idziemy do plaży bardziej komercyjnej (tak powiedzieli w hotelu), po drodze mijają nas białasy na rowerach. Ostatni kilometr może półtora to droga poboczem więc trzeba wolniej i uważać, w związku z tym nad morzem zostaje nam niewiele czasu żeby nie wracać po ciemku. Ale i tak jest ładnie. Plaża z drobnym piaskiem, szeroka. Sporo ludzi. Wracamy do hotelu po zmroku i trochę padnięci. Przez cały dzień było ca. 38 stopni. Jeszcze odpalamy net, trochę czytam i idziemy spać. Jutro jedziemy na plażę na rowerach, nie ma sensu chodzić.
Na czym polega autobus sypialny? Siedzenia są na dwóch poziomach w trzech rzędach (jeden rząd w środku autobusu) i mają kształt leżaka. Połowa siedzenia to "kapsuła" na nogi, na którą rozkłada się oparcie siedzenia pasażera przed tobą, ty rozkładasz się "na" nogach pasażera za tobą. W opcji z kibelkiem (którą teraz jechaliśmy) obok kibelka są trzy "łóżka" obok siebie, więc jeśli ktoś jest w trzy osoby to jest to wygodne, w innym wypadku należy liczyć się z tym, że ktoś będzie spał obok.
Z kibelka śmierdzi, ale tylko gdy są otwierane drzwi. W związku z tym planujemy, że na nocną podróż wybierzemy miejsca po przekątnej, żeby być jak najdalej od kibelka.
Wpierw objeżdżamy miasto żeby zabrać parę przesyłek i jeszcze pasażerów, ale generalnie autobus nie jest pełny.
Po drodze zatrzymujemy się na jedzenie, my odpuszczamy, korzystamy tylko z toalety. Ja idę zrobić parę zdjęć zatoczce z łódkami rybackimi. Wychodzą pięknie.
Przejeżdżamy przez Da Nang, to już wygląda pięknie a do Hoi An jeszcze kilkanaście minut.
W Hoi An wjeżdżamy na dworzec autobusowy, więc będziemy musieli poszukać biura, żeby zarezerwować kolejny przejazd.
Jakoś nie ogarniam planu, który nam przysłali z hotelu i krążymy. Docieramy wreszcie na główną ulicę, od której odchodzi boczna uliczka, przy której ma być hotel. Wpierw wbijamy się w uliczkę bez nazwy, który kończy się rozwalającą się kładką nad jakimś kanałkiem więc wracamy. Przy kolejnej uliczce jest drogowskaz do hotelu, strzałka łamana w prawo - 100 metrów. Więc idziemy dalej i skręcamy w prawo. Okazuje się, że dupa. Znów wleźliśmy źle. Okrążamy hotel, przez slumsy i błotko docieramy. Recepcja hotelu jest na zewnątrz, obok basenu. Laska słabo mówi po angielsku, nie może zrozumieć, że nie chcemy jej zostawić paszportów, ale wreszcie to do niej dociera. Na pytanie o śniadanie - mówi, że tutaj. Domyślnie przyjmujemy, że na stolikach przed recpecją. Dostajemy pokój na parterze z wyjściem na bezpośrednio na basen. Z drugiej strony jest wyjście na obskurny ogródek. Generalnie hotel jest jeszcze w budowie (pewnie dlatego ma najniższą cenę ze wszystkich, w których mieszkaliśmy - 22 dolary za dwie osoby za noc). Nie potrafię też ogarnąć organizacji pokoju. Po przejściu przez pokój, od wejścia, wchodzi się do maleńkiego przedpokoju, w którym jest umywalka. Niestety nad umywalką nie ma, tak jak bym oczekiwał, lustra. Lustro jest na ścianie dzielącej pokój od przedpokoju. W łazience też ciekawostka, nie ma kabiny prysznicowej, jest prysznic, który przy pełnym otwarciu zalewa całą łazienkę włącznie z sedesem a przy odpowiednim czasie kąpieli woda wylewa się na zewnątrz. Wieczorem jeszcze doszła dziwaczna organizacja oświetlenia. Pierwszy raz spotkałem się z tym, że aby wyłączyć światło trzeba wstawać z łóżka i nie ma lampek do czytania. Ale starczy narzekania na hotel. Bierzemy prysznic i idziemy oglądać miasto. Na dobry początek zaglądamy na stare miasto. Wpierw bazarek, ceny kosmiczne w porównaniu z Hanoi, nawet targować się nie idzie, bo by musieli zejść o 90%. Wariactwo. Na starówkę trzeba kupić bilety. Kosztują 120 tysięcy, a ponieważ jeszcze nie planowaliśmy co będziemy robić, więc odpuszczamy.
Znajdujemy sbie jakąś knajpkę na jedzenie. Nazywa się Vi Cafe i ma same zalety - dobre jedzenie, obsługa mówi po angielsku, jest tanio. Jemy krewetki z warzywami i sajgonki. Do tego piwo Larue. Piwo w sklepie kosztuje 8-10 tysięcy tutaj 14, więc nie jest to powalająca przebitka.
Z mapy wynika, że nad morze jest 4,5 km, więc... idziemy.
Idziemy do plaży bardziej komercyjnej (tak powiedzieli w hotelu), po drodze mijają nas białasy na rowerach. Ostatni kilometr może półtora to droga poboczem więc trzeba wolniej i uważać, w związku z tym nad morzem zostaje nam niewiele czasu żeby nie wracać po ciemku. Ale i tak jest ładnie. Plaża z drobnym piaskiem, szeroka. Sporo ludzi. Wracamy do hotelu po zmroku i trochę padnięci. Przez cały dzień było ca. 38 stopni. Jeszcze odpalamy net, trochę czytam i idziemy spać. Jutro jedziemy na plażę na rowerach, nie ma sensu chodzić.
- Mysikrólik
- Zlotowicz

- Posty: 5476
- Rejestracja: 16 lip 2013, 14:37
- Tytuł: harcerz
- Płeć: Mężczyzna
- Podziękował;: 42 razy
- Otrzymał podziękowań: 176 razy



































































































































