A tutaj relacja z ostatniej wyprawy do Starych Dunajczysk (sprzed dwóch dni

).
Inka, Marti i leśniczy Kołodziejczyk mają się całkiem dobrze i pozdrawiają Forumowiczów.
śnieg w Starych Dunajczyskach spadł dwa dni wcześniej niż u nas

:
(Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami...)
śnieg ledwo słyszalnie skrzypiał pod butami. W nocy pokrył świat kilkucentymetrową warstwą, nadając ziemi i drzewom łagodnych kształtów. Pierwszy tej zimy, spóźniony śnieg. Do Starych Dunajczysk dotarłem na godzinę przed zachodem słońca. Krótki grudniowy dzień spędziłem za kierownicą, wracając do kraju na święta. Po drodze postanowiłem odwiedzić okolicę, w której tyle się wydarzyło przed dwoma laty. Od tamtego czasu nie było mnie tutaj, a na pierwsze samotne święta i tak nie było się co śpieszyć…
Z zamkowego wzgórza rozpościerał się o tej porze roku szeroki widok na całą okolicę. Domek „dziadka” u podnóża zamku, trochę dalej gospodarstwo Młynieckich, bardziej na prawo – na skraju lasu leśniczówka Kołodziejczyka. Jeszcze dalej skupisko czerwonych dachów Starych Dunajczysk z iglicami kościoła pośrodku i wieżą rycerską na pagórku ponad wsią. Przyłożyłem do oczu potężną lornetę kupioną dopiero co w Lipsku – prezent od samego siebie na gwiazdkę. Błękitny domek „dziadka” pośród śpiącego sadu wydawał się pusty i martwy. Z komina Młynieckich unosiła się jasna struga dymu, przed bramą stał nieduży samochód, a na podwórzu uwijał się Marti. Na długo zatrzymałem szkła lornety na jego postaci. Chłopiec na moment zniknął w komórce na drewno i pojawił na powrót z siekierą. Z kąta podwórza przyniósł choinkę i zaczął obciosywać jej pień. Po kilku minutach zniknął z drzewkiem w domu. Nie spodziewałem się ich tutaj przekonany, że do domu na wsi przyjeżdżają tylko latem.
Nad domostwem Kołodziejczyka nie wypatrzyłem dymu ale po podwórzu uganiało się jego wielkie psisko. Za to nad wsią powoli przybywało dymów z palenisk – znak, że krótki zimowy dzień chyli się ku zmierzchowi. Z pagórka u stóp wieży kolorowa grupka dzieciaków zjeżdżała na sankach. Od wsi dobiegało stłumione naszczekiwanie psów, a potem zupełnie wyraźnie na ich tle dało się słyszeć bicie kościelnego zegara. Z kępy nagich lip otaczających wieże kościoła poderwało się w niebo kilka ciemnych kresek, które szybko opadły między zabudowania.
Zimą z zamku można zobaczyć nawet tamę na potoku za wsią i matową taflę jeziora, latem zupełnie zasłonięte ścianą drzew. Obróciłem się w prawo, a potem za siebie i omiotłem lornetą rzekę wijącą się na południe i zachód od zamku. Lśniła złotym blaskiem zimowego słońca chylącego się ku krawędzi ośnieżonej ziemi.
Powoli zszedłem w dół, wchodząc w cień zamkowego wzgórza. Skrajem dziczejącego sadu dotarłem nad strumień. Idąc z jego biegiem kierowałem się ku wsi. Na wysokości domu Młynieckich, po drugiej stronie strumienia i asfaltowej drogi, w rozległym prześwicie między drzewami zobaczyłem znajome okna. Choć na zewnątrz jeszcze jasno, w niskiej chałupie musiało być już mrocznawo, bo w oknach pojawiło się światło. Marti ubierał choinkę. Na chwilę w drzwiach pokoju pojawiła się postać Inki. Jeszcze długo patrzyłem ale nie zobaczyłem jej drugi raz. Przez chwilę walczyłem z pokusą, aby zobaczyć starych przyjaciół ale w końcu ruszyłem przed siebie. Nie znalazłem okazji do spotkania przez ostatnie dwa lata, trudno abym pojawił się nagle teraz.
Koło leśniczówki zagłębiłem się w las, znajomą ścieżką ku sztolni. Cicho tu było i jakoś tak… może odrobinę uroczyście w tym bezruchu przyrody. Stanąłem na ścieżce z rzadka poprzetykanej niskim jodłami. Przymknąłem oczy i nasłuchiwałem – bezruch i cisza były pozorne. Strumyk popluskiwał na jakimś głazie, coś zafurkotało w powietrzu, gdzieś daleko opadła sucha gałązka z drzewa, a wraz z nią garść śniegu. Stałem tak wdychając rytmicznie lekko mroźne powietrze, prawie medytując albo jak wtedy, gdy próbując zasnąć wsłuchuję się w swój równy oddech. Rozpostarłem szeroko ramiona, czując jak przepływa przeze mnie świat, energia, cicha radość życia i smutek świata. Pod powiekami wirują jasne opiłki światła…
– Różni tu przez te dwa lata zaglądali ale takiego jak pan, to nie było. To naprawdę pan? – usłyszałem spokojny głos Kołodziejczyka.
Skurczybyk, ale potrafi cicho chodzić! Stał przede mną o jakieś dwadzieścia kroków. Nadszedł ścieżką od dołu. Czapka leśnika ale bez żadnych insygniów i kurtka moro jeszcze peerelowskiego wzoru – w drobny „deszczyk”, z charakterystycznym rudym kołnierzem. Z tym daszkiem na bakier i sfilcowaną brodą wyglądał jak zielony dowódca okrętu podwodnego.
– Tylko niech pan nie mówi, że się pan stęsknił – powiedziałem i uśmiechnąłem się. Coś tam poczułem takiego na twarzy, jakbym miał się zaczerwienić ale nie, choć pewnie jeszcze parę lat temu spaliłbym cegłę jak ta lala. Czułem jak nagle uchodzi ze mnie zaskoczenie, a z twarzy odparowuje to coś. Ruszyliśmy ku sobie.
Mężczyzna pomacał się po kieszeniach kurtki i wydłubał papierosa z paczki. Zanim zapalił, wyciągnął dłoń do przywitania.
– Pan dalej nie pali, co? – mruknął przyjaźnie.
– Szkoda się truć – zrobiłem ryjek w prawo, a potem uśmiechnąłem się i mrugnąłem nieznacznie okiem.
– Co u pana, panie Kołodziejczyk?
– Jakoś tak, nie powiem, że jest jak było kiedyś…
– Ciągnie pana w las, co? – rzuciłem, patrząc na brezentową torbę, którą przewiesił do tyłu.
– Myśli pan, że tutaj się coś zmieniło? – obniżył trochę głos. – Odkąd pan wydrukował tę książkę, to tutaj się zjeżdża dwa razy więcej ludzi, niż dawniej.
– Czytał pan?
– Co miałem nie czytać, jak mi pan sam przysłał – odparł. – Nawet mi się dość podobało – wyręczył mnie od następnego pytania.
– No, to skoro pan jako świadek i jednocześnie bohater tak mówi, to nie jest źle – oceniłem.
– Ale ci goście teraz, to są jeszcze większe aparaty niż dawniej – ciągnął temat. – Nie ma tygodnia, żeby się nie pojawili. Sztolnia, podziemie, zamek. Ale żeby na oglądaniu się kończyło. Bractwo z wykrywaczami, kopanie takie odchodzi, że niedługo z tego lasu nic nie zostanie. Najwięcej przy sztolni. Twierdzą, że coś mogło zostać w okolicy.
– Niech im ziemia lekką będzie – podsumowałem.
– Ano, jak mówią niewierzący – mruknął.
– Amen – dodałem rozbawiony.
– No i jest na co popatrzeć, więc się wypuszczam w las, dzień w dzień.
– A czujnik pan zlikwidował? – zaciekawiłem się.
– E, no nie!
Parsknąłem śmiechem.
– No ale jak któryś książkę czytał, to wie, że czujnik może być i panu zdejmą…
– Ale nie wiedzą, na którym drzewie. A poza tym myślą, że czujnika już dawno nie ma, bo niepotrzebny – pociągnął trochę przez nos.
– Ciemno się robi – mruknąłem.
– Ano…
– Jak mówią niewierzący – dorzuciłem z przekorą.
Jakieś ptaszysko zahuczało w górze na zamku. Uniosłem głowę patrząc w całkiem jeszcze jasne niebo między drzewami.
– Gdzie się pan zatrzymał, u Młynieckich? – zmienił temat.
– Nigdzie. Do Krakowa jadę, przejazdem z Niemiec.
– Fiuu… Widziałem samochód Młynieckiej…
– Jakoś mi nie po drodze było przez te dwa lata.
– Nie widzieliście się od tamtego czasu?
– Ano nie.
– Pan to chyba niewierzący jesteś, panie Jaksa – zapalił następnego. – W miłość i te rzeczy… – dodał wymachując zapałką.
– Akurat – wszedłem mu w słowo.
– To chodź pan do mnie, napijemy się wina porzeczkowego, sam robiłem – zmienił temat.
– Nie dam rady, zasuwam do Krakowa. A poza tym, co by powiedziała pana żona – mruknąłem na usprawiedliwienie.
– No właśnie… wdowcem od zeszłego roku jestem – spoważniał.
– To jak pan będzie dzisiaj… przecież Wigilia.
– No właśnie, sam siedzę. Pierwszy raz życiu – odparł rozglądając się na boki, choć wokół gęstniał już mrok. – A pan jak? – zainteresował się.
– Ze mną nie ma kłopotu, Wigilię odbębnię w samochodzie. Jak się jedzie, to nie jest tak źle. Kiedyś tak sylwestra spędziłem. Ale pana bym tak nie zostawił.
– E tam.
– Panie Kołodziejczyk, chodź pan do Młynieckich.
– E, nie uchodzi, panie Jaksa.
– Co nie uchodzi, ucieszą się, obyczaj taki jest, że jedno miejsce…
– A pan też zostaniesz?
– Zostanę.
– No, to musiałbym się przebrać w coś lepszego i jakiegoś wina w gości wziąć, bo z pustymi rękami nie wypada. Przy czym będziemy kolędy śpiewali? A pani Inka śpiewać potrafi, jak gra czasem na gitarze, to i w leśniczówce słychać. To wtedy wiem, że przyjechali…
– To w takim razie zasuwamy.
*
Drzwi otworzyła Inka. Krzyknęła w głąb domu „Marti, patrz jacy goście do nas przyszli!” i rzuciła się nam na szyję po kolei – najpierw Kołodziejczykowi, który pukał do drzwi, a potem mnie. Z tym pukaniem to było tak, że ciągnęliśmy zapałki i padło na leśniczego.
Stół w pokoju był już nakryty. Inka posadziła leśniczego przy pustym nakryciu dla niespodziewanego gościa. Dla mnie wyłożyła następne. Nie zmieniła się przez te dwa lata. Może tylko bruzda między brwiami pogłębiła się jej nieznacznie. I coś mnie chwyciło za gardło, gdy znów zobaczyłem jaka jest…
Marti prawie nic nie mówił. Tylko trzy razy z przejęciem i bardzo powoli powtórzył: „o kurcze”. Inka nie odzywała się wcale, zajęta podawaniem do stołu. Ale w tym radosnym milczeniu czuć było wyraźnie, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi, bo było trochę podniosłe i obiecywało, że jeszcze przyjdzie czas na słowa.
Kołodziejczyk postawił gąsiorek z winem na honorowym miejscu wigilijnego stołu i nachylił do mnie konfidencjonalnie.
– Dzieją się ostatnio jeszcze inne tajemnicze sprawy koło sztolni, o których panu nie zdążyłem powiedzieć – trącił mnie w kolano pod obrusem.
– Nic z tego, panie Kołodziejczyk. Żadnych skarbów – mruknąłem. – Przynajmniej na dziś.
Do pokoju weszła Inka z opłatkiem. A Marti omiótł wzrokiem stół i powiedział:
– Na dobrą sprawę, mamo, powinniśmy wystawić jeszcze jedno nakrycie, dla niespodziewanego gościa.
– Ano tak… – leśniczy potarł kolana dłońmi.
A ja od razu pomyślałem o Zantyrze. W świetle latarni za oknem zawirowały pierwsze płatki śniegu.
23/24 grudnia 2014

Łukasz Jaksa – tropiciel śladów przeszłości przypadkiem dowiaduje się o tajemniczych
zdarzeniach rozgrywających się w malowniczym zakątku Dolnego śląska. Ktoś za wszelką
cenę usiłuje odstraszyć śmiałków penetrujących poniemiecką sztolnię. Ktoś strzela do
obcych w mrocznym wąwozie. Czyjeś oczy z ukrycia nieustannie śledzą poczynania przybyszów.
Podobno pod koniec II wojny światowej w tej górzystej okolicy zniknęła bez śladu
kolumna niemieckich ciężarówek… Zawalone wyrobisko znajduje się w lesie, na skraju wsi
Stare Dunajczyska. Jaksa postanawia spędzić w tej okolicy wakacje, podejrzewając, że
za zagadkowymi wypadkami kryje się Wielka Tajemnica. Nie myli się...