W Warszawie byłem punktualnie o 10.30 Od razu po spotkaniu wykonałem telefon do Dobka z informacją o tym, że właśnie ruszam w jego kierunku. W odpowiedzi usłyszałem:
- super johny, już wstawiam kartofelki!
WTF pomyślałem! No ale nic jadę. Na szczęście w tych godzinach przepustowość warszawskich ulic jest niezła i po 15 minutach mogłem uściskać dłoń kolegi.
Nie obyło się oczywiście bez szczelenia pamiątkowej foty.

W prezencie Alfred dostał ode mnie pewną płytę za to, że dzięki niemu mam prawie kompletną dyskografię KATa. Ta płyta to...
[Brak obrazka]
Już po chwili, z głośników diabelski głos Romana K. informował nas, że Jest noc...
Ale, ale... Najważniejsze zapomniałbym o kartofelkach. My słuchalismy Romka a one spokojnie się dogotowywały, a do kartofelków było to...

Dobek ugościł utrudzonego wędrowca w postaci mojej skromnej osoby pysznym gulaszem. Był tak dobry, że poprosiłem o dokładkę i jak się później okazało była to wielce słuszna decyzja! Tak się bowiem złożyło, że w natłoku pracy i obowiązków służbowych tego dnia był to ostatni mój posiłek, dzięki któremu spokojnie mogłem się delektować koncertem KULTu. Nie wiem co by było gdyby nie uczta Dobka!
Alfredzie, dziękuję!



























