Rozdział XVIII - część 2
"Dalsze szukanie wydało mi się już bezużyteczne. Dobiliśmy do brzegu (1). Wjechałem „samem” na leśną drogę.
- Teraz do bunkrów - jak rozkaz rzucił oficer.
(...)
- Nie czas na wyjaśnienia. Być może i tak przybędziemy za późno...
Dojechaliśmy do maliniaka (2). Pozostawiłem tu samochód i wraz z oficerem pieszo udaliśmy się w stronę starych bunkrów i rowu przeciwczołgowego (3).
- Niech pan patrzy. Tędy niedawno przejeżdżał samochód. Trawa jest zgnieciona kołami - zwrócił mi uwagę oficer.
Weszliśmy w sosnowy zagajnik. Przedarliśmy się przez niego na ukos, aby skrócić drogę do kładki na rowie (4).
(...)
Wybiegliśmy z zagajnika. I oto zobaczyliśmy czarny samochód, stojący w przesiece leśnej, oddalonej od nas o sto metrów. Obok czarnego samochodu sterczała Zaliczka, bacznie rozglądając się dookoła. Zauważyła nas i pisnęła z przestrachem. Na jej pisk zza drzew wybiegło dwóch ludzi: pan Karol i Hertel. Nieśli coś w rękach i to „coś” prędko rzucili do auta. Nim dobiegliśmy do czarnego samochodu, silnik jego zawarczał i czarna limuzyna poczęła toczyć się po przesiece.
Zaliczka pobiegła za autem, jakby błagając o zabranie jej do środka. Ale Hertel nie zatrzymał wozu.
- Za nimi! — wrzasnął oficer.
Rzuciliśmy się z powrotem w zagajnik, w stronę „sama”, pozostawionego obok maliniaka. Istniała szansa, że auto Hertla nie wyprzedzi nas zbyt znacznie. Przecież na przesiece Hertel musiał jechać wolno, aby nie połamać resorów. My zaś biegliśmy po przekątnej (3).
(...)
- Prędzej! prędzej - przynaglał mnie oficer - na drodze jeszcze się unosi kurz. Oni przed chwilą tędy przejeżdżali.
Gwałtownie ruszyłem z miejsca...
(…)
Przestałem zwracać uwagę na ich dialog, bo droga miała ostre zakręty (5).
Minęliśmy miasteczko (6). Dopiero na szosie do Ciechocinka, na długim odcinku prostej drogi, dojrzałem wreszcie czarny wóz Hertla (7). Przycisnąłem pedał gazu, diabełek począł kiwać głową przypominając mi o ostrożności w czasie jazdy.
(…)
Na liczniku miałem sto czterdzieści kilometrów, lecz wydawało mi się, że ani odrobinę nie zmniejszyła się odległość między „samem” i czarnym samochodem Hertla.
- Skręcili! Skręcili na szosę do Torunia! - krzyknął oficer (8).
Przycisnąłem hamulce, aż rozległ się głośny pisk. I również wjechałem na toruńską szosę. Z początku biegła przez las (9), potem zbliżyła się do Wisły.
Znowu wzrastała szybkość „sama”. Sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt kilometrów... Dopiero teraz zauważyłem, że jednak dość znacznie zbliżam się do czarnej limuzyny. Potem odległość ta jeszcze zmalała, bo Hertel musiał zwolnić tempo jazdy, gdyż na szosie ukazało się kilka furmanek.
Na niewielkim odcinku drogi udało mi się osiągnąć prędkość stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Mój „sam” okazał się wspaniałym samochodem.
Dogoniliśmy Hertla pod Toruniem. Gdy spróbowałem go wyprzedzić, zjechał na lewą krawędź szosy i chciał mnie zepchnąć do rowu. Zahamowałem w porę i wycofałem się do tyłu. Schwytaliśmy ich przed zamkniętym szlabanem kolejowym.
(…)
-A teraz z powrotem do lasu, do starych bunkrów - rzekł do mnie oficer. "




















































