Jadąc znad morza skierowałem swój wehikuł w stronę Ostródy gdzie najpierw chciałem odszukać ów słynny spróchniały dąb, w którym Winnetou zostawił Tomaszowi list.
1) "Tuż za Ostródą w stronę Piławek, w wielkim lesie rozciągającym się nad Jeziorem Drwęckim, rośnie stary, spróchniały dąb z niewielką dziuplą o dwa metry nad ziemią. Pewnego majowego popołudnia zajechałem pod stary dąb i wysiadłszy z wehikułu sięgnąłem ręką do dziupli.
— Czego pan tam szuka, szefie? — zdziwiła się Monika. — Chyba nie zamierza pan wybierać ptakom jajek?
W dziupli nie było jednak ani gniazda, ani jajek ptasich. Leżał tam zwinięty w rulonik kawałek brystolu. Rozwinąłem go, obejrzałem i podałem Monice."
Po przejechaniu Piławek, zbliżając się do Ostródy uważnie rozglądałem się w obie strony szukając charakterystycznego dębu. I mniej więcej 100 metrów przed znakiem Ostróda znalazłem ów dąb:

Oczywiście, dąb ten nie wygląda na spróchniały ale od czego odrobina wyobraźni? Od czasu Niewidzialnych minęło sporo lat, dąb zdołał się odrodzić i tylko tu widać że drzewo nie do końca odżyło. Nie było już również dziupli, która też zdążyła zarosnąć ale została po niej tak wyraźna blizna na wysokości około dwóch metrów:

że nie mogłem się mylić, nie miałem żadnych wątpliwości, że to właśnie był ów poszukiwany przeze mnie dąb. Utrwaliłem go na fotce:

i ruszyłem dalej.
W Ostródzie ustawiłem swoją nawigację na poszukiwanie cmentarza, na którym spoczywa Gustaw Gizewiusz. Niestety dotarcie tam okazało się trudniejsze niż przypuszczałem, albowiem nawigacja doprowadziła mnie do wąskiej uliczki na końcu której dalszą drogę uniemożliwiała zamknięta brama, za którą nie było żadnego cmentarza. Wróciłem na główną drogę i postanowiłem zasięgnąć języka u miejscowych. Zapytałem pierwszego z brzegu mężczyznę gdzie tu się znajduje cmentarz, na którym leży Gizewiusz. Skierował mnie w drugi koniec miasta, gdzie cmentarz i owszem był ale nie tam został pochowany bojownik o polskość Mazur. Ze smutkiem pokiwałem głową, że nawet miejscowi nie wiedzą gdzie jest pochowany ich bohater. Na szczęście dużo bardziej zorientowana była pani sprzedająca znicze i wiązanki pod tym cmentarzem i to ona wyjaśniła mi jak mniej więcej trafić na grób Gizewiusza. Reszty dopełnił mój nos, który nakazał mi skręcić w jedną z miejskich uliczek i pewien pan sprzątający swoje obejście tuż przy lasku. A lasek ów okazał się być tym cmentarzem. I znów jak na zlocie musiałem przedrzeć się przez krzaczory:

by ujrzeć to co opisał Nienacki:
2) "Zatrzymaliśmy się przy grobie, na którym leżał pomnik w kształcie otwartej księgi. Na nagrobku napisano: Tu spoczywa Gustaw Gizewiusz. 21.V.1810 — 7.V.1848. Bojownikowi o polskość i ludowładztwo na Mazurach. W setną rocznicę Wiosny Ludów — Rodacy."


Trzeba przyznać, że miejscowa gmina zadbała o teren przy grobie, trawa była świeżo skoszona, pomnik czysty, choć brakowało na niej choćby jednej wiązanki, choćby jednego znicza, który dopiero ja zapaliłem:


Tego dnia zakończyłem już tropienie Niewidzialnych choć miejsce do którego dotarliśmy na nocleg również było wymienione na kartach książki a mianowicie do Wojnowa.
"Wojnowo, wieś zamieszkała przez staroobrzędowców zwanych „filiponami”, to egzotyczna wysepka ruskiego folkloru, położona w samym sercu polskich Mazur. Skąd wzięli się tutaj ludzie, wyznający surowe zasady swej wiary? Jakie koleje losu przygnały ich z dalekiej ojczyzny, kazały karczować lasy Puszczy Piskiej i na zrębach zakładać wioski i przysiółki?"
Jak pisał dalej Nienacki:
"Ale tego dnia nie było mi już dane znowu odwiedzić zabytkowego klasztoru w Wojnowie. Tuż przed wioską, w przydrożnym rowie czekało na nas dwóch mężczyzn. Gdy tylko mój wehikuł ukazał się na szosie, obydwaj wstali i zaczęli kiwać ręką, abym się zatrzymał."
Postanowiłem że następnego dnia poszukam miejsca, w którym Wielki Bóbr z Winnetou oczekiwali na Tomasza. Udało się pod koniec dnia ale o tym za chwilę.
Najpierw ruszyłem na poszukiwanie domu Makulskiego w Karwicy Mazurskiej.
3) "Po kilku kilometrach jazdy przez lasy znaleźliśmy się na rozstaju dróg. Tutaj zatrzymałem wehikuł.
— W lewo szosa prowadzi na przystanek kolejowy w Karwicy — wyjaśnił Wielki Bóbr — natomiast leśna droga w prawo zawiedzie nas prosto do zagrody Makulskiego. To duże gospodarstwo, całe z czerwonej cegły. Ludzie z Wojnowa opowiadali mi, że Makulski sprowadził się tutaj w 1950 roku, nabył zdewastowane gospodarstwo i odbudował je bardzo pięknie. Skąd miał na to pieniądze, tego nie wiedzą, ale przypuszczają, że dorobił się handlując rozbiórkową cegłą. Teraz gospodarstwo prowadzi jego syn, Michał.
— A on?
— Umarł przed rokiem. Miał siedemdziesiąt trzy lata — powiedział Wielki Bóbr."
A jakże, odnalazłem ów dom:
i jego obecnego właściciela:

który okazał się niezwykle sympatycznym człowiekiem, chętnym do rozmowy, który wprawdzie nie kojarzył Nienackiego ale mnie nie tak łatwo zwieść. To z pewnością był potomek książkowego Makulskiego. Bardzo miło się z Nim gwarzyło, niestety nie miałem zbyt wiele czasu bowiem po drugiej stronie ulicy przy budynku kolejowym oczekiwała mnie reszta rodziny, która i tak wykazywała się niezwykłą cierpliwością patrząc na te moje wariackie poszukiwania miejsc samochodzikowych.
A wracając do pana Makulskiego opowiedział mi ciekawą historię. Otóż nie ma już przystanku kolejowego w Karwicy Mazurskiej do którego prowadziła szosa w lewo, opisanego przez Nienackiego albowiem został on rozebrany przez...trzech miejscowych cwaniaczków. Tak, tak, ja wcale nie żartuję, tego dowiedziałem się od mojego przesympatycznego rozmówcy. Trzej mieszkańcy tamtych terenów dostali pozwolenie na rozbiórkę tego przystanku a z uzyskanego materiału budowlanego postawili w Rucianem dwa domy. Po przystanku nie zostało już nic, nawet takich resztek jak po dworku w Gardzieniu, którego wspólnie ze zlotowiczami poszukiwaliśmy. Zdołałem tylko utrwalić miejsce w którym stał ów przystanek:

Obecny przystanek stoi kilka metrów wcześniej:

Żałując, że tak mało miałem czasu ruszyłem w dalszą drogę.
Teraz postanowiłem pojechać do Niedźwiedziego Rogu i poszukać domku mecenasowej Popławskiej u której zatrzymał się Batura:
4) "W Niedźwiedzim Rogu znajdowało się tylko kilka gospodarstw chłopskich. Resztę stanowiły wille; murowane lub drewniane, zbudowane z większym lub mniejszym smakiem. Ich gospodarze mieszkali i pracowali w Warszawie, tu przyjeżdżali zazwyczaj jedynie na lato lub dłuższe weekendy.
(...)
O tej porze roku, gdy wiosna jeszcze nie wybuchnęła, wille jednak stały ciemne i nieme, bez swych właścicieli. Tylko w jednym niedużym domku paliło się światło w oknach, a na brzegu leżała dopiero co wyciągnięta z wody, pomalowana na biało łódź wiosłowa. Za płotem z drewnianych sztachetek parkował nowoczesny „BMW Turbo”, o przepięknym opływowym kształcie, rozwijający szybkość ponad dwieście kilometrów na godzinę.
(...)
Okrężną drogą, przez Ruciane, powróciliśmy do Niedźwiedziego Rogu, gdzie miał czekać na nas Winnetou. Zatrzymałem samochód przed willą, w której wczorajszego wieczoru paliło się światło. Na podwórzu willi nie było już pięknego „BMW Turbo”, okna zakrywały okiennice. Winnetou przyszedł do nas znad brzegu jeziora."
I tu również popędzany przez swoje kobiety mało miałem czasu jednak domek mecenasowej od razu rzucił mi się w oczy:

Niestety okiennice były zamknięte co świadczyło o tym, że mecenasowa wraz z Baturą odjechali już do Warszawy. Pozostała po nich tylko łódka wciągnięta na brzeg:

No i na koniec zostało mi odnalezienie miejsca za Wojnowem, w którym Wielki Bóbr z Winnetou oczekiwali na Tomasza i Monikę.
5) "Ale tego dnia nie było mi już dane znowu odwiedzić zabytkowego klasztoru w Wojnowie. Tuż przed wioską, w przydrożnym rowie czekało na nas dwóch mężczyzn. Gdy tylko mój wehikuł ukazał się na szosie, obydwaj wstali i zaczęli kiwać ręką, abym się zatrzymał."
Miejsc takich było kilka, ale ja jestem pewien, że takie miejsce znalazłem:

Tych pięć miejsc, które wymieniłem odwiedził również pan Tomasz na kartach Niewidzialnych. Ale było też kilka miejsc tylko opisanych do których główny bohater nie zawitał. O jednym z nich, czyli klasztorze w Wojnowie już wspomniałem. Ale były też inne do których udało mi się dotrzeć, czyli:
6) "W niewielkiej leśniczówce Pranie, położonej nad brzegiem Jeziora Nidzkiego, przebywał kilkakrotnie słynny poeta Konstanty Ildefons Gałczyński i utrwalił na zawsze w swojej poezji niezwykłe uroki tej ziemi.
Tu, gdzie się gwiazdy zbiegły
w taką kapelę dużą
domek z czerwonej cegły
rumieni się na wzgórzu:
To leśniczówka Pranie,
nasze jesienne mieszkanie."

w którym znajduje się muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

gdzie i ja utrwaliłem siebie na kliszy aparatu:

Po wyjściu z leśniczówki zobaczyłem coś co bardzo mnie zaintrygowało:

ścieżka dydaktyczna w kształcie pętli. Z braku czasu nie dane mi było przejść całej ale już fragment brzegami jeziora Nidzkiego urzekł mnie tak bardzo, że moim marzeniem jest wrócić tam jeszcze kiedyś:



Wspaniale było wędrować brzegami jeziora, wdychać świeże leśne powietrze, podziwiać pływające po jeziorze żaglówki. Zupełna cisza, spokój, na ścieżce ani jednej osoby. Leśniczówka Pranie urzekła mnie!
7) "Wiechert urodził się w leśniczówce w Piersławku. Dom ten istnieje do dzisiaj. Wrażliwy pisarz ukochał lud tej ziemi, obce mu były nienawiść i szowinizm narodowy, dlatego jego opowieść o Puszczy Piskiej stała się nam bliska. Bliscy także są nam bohaterowie jego Sowirogu, który pozostał już tylko nazwą na mapie, bo przewaliła się przez niego burza dziejowa. Jak pisze w posłowiu sam autor: Trzeci tom tej książki ciężkimi i straszliwymi literami napisała historia i żadna twórczość literacka nie ma prawa opromieniać blaskiem tych okropności."


A dom Wiecherta wygląda tak:

i obecnie zamieszkuje w nim leśniczy.
8) "Pan Eugeniusz, gawędziarz mazurski i były nauczyciel, mieszkał w dość dużym murowanym domu w Wejsunach, położonych o siedem kilometrów od Niedźwiedziego Rogu. Obok jego domu znajdowała się mała chata mazurska, gdzie zorganizował Izbę Regionalną, szczególnie latem chętnie odwiedzaną przez młodzież, która z całej Polski ściągała w te przepiękne okolice. Historia powstania tej izby wyglądała bardzo prosto: pewnego dnia pan Eugeniusz chcąc dzieciom szkolnym uzmysłowić, jak wyglądało dawne życie w wiosce i w jaki sposób pracowali ongiś tutejsi rolnicy, poprosił młodzież, aby wyszukała na strychach wszelkie starocie. I tak wkrótce zebrało się tyle przeróżnych starych narzędzi rolniczych i domowego gospodarstwa, że zdecydowano się otworzyć maleńkie muzeum, gdzie znalazło się miejsce na stare radła, brony, naczynia na zboże, żarna, łyżniki, stare dokumenty dotyczące tych okolic, a nawet bardzo starą mapę Wejsun i śniardw."

Izba ta, zajmująca trzy nieduże pomieszczenia, choć całkiem ciekawie wyposażona nie jest zbyt chętnie odwiedzanym miejscem przez turystów. Dziś byłem tam zaledwie drugą osobą, która tam zawitała.


I to by było na tyle. Jak na zaledwie dwa dni pobytu na mazurskiej ziemi i dzięki anielskiej niekiedy cierpliwości moich pań i tak wiele udało mi się odnaleźć śladów Niewidzialnych. Wierzę, że jeszcze kiedyś tam wrócę...































