Ostatnia część relacji, będzie o przyrodzie Australii, którą poznawaliśmy w ogrodzie zoologicznym, w oceanarium w Sydney i Australian Museum. Będzie też o australiskim jedzeniu.
Na początek ogród zoologiczny Featherdale Wildlife Park, gdzie zgromadzono prawie wszystkie australijskie zwierzęta. Odwiedziliśmy to miejsce jadąc w Góry Błękitne. Upał był ogromny, ponad 35 stopni, mimo to obydwie Beaty wystąpiły w czerni.
W nawiązaniu do poprzedniej części relacji, tak wygląda koala przechodzący przez jezdnię
Ale ten pluszak raczej rzadko schodzi z drzewa. Wszystkie koale w zoo wyglądały jak naćpane eukaliptusem, zresztą jadły liście przez cały czas
Z ciekawości nakupiliśmy olejku eukaliptusowego, muszę sprawdzić, jak to działa.
Inne zwierzęta były bardziej energiczne, np. ten pies dingo, jedyny australijski drapieżnik
Z ptaków były kazuary, żyjące na północy kraju, podobno niebezpieczne w bezpośrednim kontakcie
Potrafią kopnięciem złamać człowiekowi rękę, ale z drugiej strony od ludzi oddzielało je tutaj tylko metrowe ogrodzenie. Za to australijskie emu, jeszcze większe ptaszyska, były za siatką dwumetrową
Będąc w Australii, marzyłem o kupnie jaja emu, które są ptakami hodowlanymi, podobnie jak u nas strusie afrykańskie. Chciałem mieć taką wielką, naturalną pisankę, o pięknym zielonym kolorze, chociażby wydmuszkę
Niestety okazało się, że jajo emu z czasem brązowieje, tracąc atrakcyjny wygląd.
W zoo był ogromny krokodyl. Zastanawialiśmy się, czy zaatakowałby człowieka, chociaż ten był raczej nieruchawy
Było też sporo małych ptaków, tu np. Beata z Brunhildą próbowały zagadać kakadu, które czasem odzywają się do turystów
Ozdobą ogrodu zoologicznego były kangury różnych gatunków, spacerujące swobodnie między zwiedzającymi
Niestety nie było latających lisów, ogromnych nietoperzy, które kilka lat temu obsiadły drzewo w ogródku Brunhildy i hałasowały przez kilka dni, nie myśląc o odlocie. Nie było też dziobaków, ale był inny przedstawiciel stekowców, czyli ssaków znoszących jaja – kolczatka
Kolczatki nie są chyba wielką rzadkością, bo któregoś dnia zobaczyliśmy jak jedna przebiegała przez jezdnię. Jeden z kierowców zatrzymał samochody, a kolczatka przedreptała na drugą stronę.
Resztę fauny Australii poznaliśmy w Aquarium, podwodnym oceanarium zbudowanym w wodach zatoki Sydney Harbour
Zwiedzający chodzą podwodnymi tunelami, oglądając ryby niejako z ich punktu widzenia
Na przykład bajecznie kolorowe ryby rafy koralowej
Były manty, ptakopodobne ryby, machające płetwami jak skrzydłami
Z groźniejszych zwierząt rekiny z wielki zębami
i wielka płaszczka, ogończa, taka jak ta, która zabiła Steve Irvina, ale ta była pozbawiona kolca jadowego
W tej części Akwarium ćwiczyli jacyś płetwonurkowie i było widać, że czują respekt przed płaszczką i rekinami
Były też łagodniejsze stworzenia, np. diugoń, ssak morski, będący źródłem legend o syrenach
I na koniec rogoząb australijski, kolejna żywa skamieniałość. To ryba dwudyszna, która w okresach suszy, kiedy rzeka zamienia się w błoto, przechodzi na tryb oddychania powietrzem atmosferycznym.
Uczyłem się o tej rybie w liceum, nie sądziłem, że kiedyś zobaczę ją na żywo. Ten gatunek akurat wybrał spokojne życie w rzekach Australii, ale inni, bardziej nerwowi krewni wypełzli na ląd, dając początek płazom, potem gadom i ssakom.
Następne w kolejności, zwiedziliśmy Australian Museum, coś w rodzaju muzeum historii naturalnej
Na początek eksponaty spoza Australii, ale to raczej część historyczna, poświęcona australijskim zoologom
Ale tu już rogoząb australijski, oni są chyba dumni z tej ryby.
A tu dziobak, którego nie było w zoo, co prawda wypchany a nie żywy, ale dobre i to
Zaraz za nim wilk workowaty, jedyny drapieżny torbacz. Przez stulecia koegzystował z psem dingo, został wybity dopiero przez współczesnych hodowców owiec w XX wieku. Hańba ludzkości, niezwykłe zwierzę wytępiono dla owiec, których hodowla po kilkudziesięciu latach okazała się nieopłacalna.
A to największe na świecie jajko, kilkakrotnie większe od jaja strusia, zostało zniesione prze Epiornisa. Też wytępiony przez człowieka, chociaż kilkaset lat wcześniej.

ły
Tu Beata uwieczniła, jakim szacunkiem darzę takie znaleziska. Co ciekawe to nie skamielina, bo epiornisy wyginęły dopiero 900 lat temu
Beata mierzy się z krokodylem różańcowym, dorastającym do siedmiu metrów długości. To taki, jak na zdjęciach z zoo
Niestety dział mineralogiczny był zamknięty, zostały tylko dwie gabloty, ta z kolekcją kamieni szlachetnych
i meteoryty Australii
Na szczęście dział skamieniałości był otwarty. To Jeleń olbrzymi, o największym porożu wśród jeleni, wytępiony prawdopodobnie przez człowieka.
Szkielet 20-metrowego wieloryba podwieszony pod sufitem
Brontozaur, największy szkielet dinozaura w Australian Museum
Oglądałem kiedyś film dokumentalny o wydobywaniu tego szkieletu: na środku pustyni przed kilkudziesięciu laty znaleziono pojedynczą kość dinozaura. Kiedy w latach 90-tych zdecydowano się na dalsze poszukiwania, na przestrzeni kilkuset metrów kwadratowych, tuż pod powierzchnią ziemi odnaleziono prawie wszystkie kości szkieletu, chociaż chaotycznie rozrzucone. Takie coś jest możliwe tylko w Australii. W Europie w miejscu gdzie padł dinozaur, w międzyczasie wyrosłyby góry, które z kolei erozja zamieniałaby w równinę. Tutaj, gdzie nie ma ruchów górotwórczych, kości dinozaura rozwłóczone przez drapieżniki, przez kolejne 65 milionów lat leżały tam gdzie zdechł.
A to już król okresu jurajskiego, tyranozaur. Chyba nietutejszy, bo ich szkielety znajdywane są raczej po przeciwnej stronie globu, w Ameryce Północnej
Tuż obok ciekawostka – tyranozaur tuż po wykonaniu sekcji zwłok
Nie mogłem sobie tego darować. Obok na ekranie leciał film National Geographic, obrazujący sekcję w sposób bardzo realistyczny
Jak zwiedzałem działy, które nie interesowały mojej żony, siedziała w kawiarence obok jakiegoś mało rozmownego dżentelmena.
I na koniec australijskie jedzenie. Tak naprawdę, Australijczycy jedzą to co Europejczycy, ale specjalnością Sydney są owoce morza. Dla skosztowania tych smakołyków, Brunhilda zawiozła nas na miejsce będące czymś pośrednim między targowiskiem, a barem szybkiej obsługi - „Sydney fish market”. Jak mówi, przywozi tu wszystkich swoich gości i wszyscy są zachwyceni.
Zachęcani przez Brunhildę, zaczęliśmy od miejscowych ostryg
Otwarcie muszli ostrygi jest dość trudne, tutaj zajmował się tym pracownik lokalu, posługujący się specjalistycznym sprzętem, czymś w rodzaju imadła
Ostrygę należy pokropić cytryną i wlać sobie do ust. Ciekawe wrażenie
W targowisku w Fish markecie, jest nieprawdopodobny wybór ryb i owoców morza. O niektórych z nich słyszałem wcześniej, ale nie o wszystkich.
Brzytwa morska
słuchotki
jeżowce
skorpeny, spokrewnione z naszym karmazynem
odnóża czerwonego kraba królewskiego, dochodzące rozmiarami do 2 metrów
My jednak pozostaliśmy przy klasyce: krewetki, ośmiornice, kalmary i homar
Do tego pierwszy raz w życiu jadłem przegrzebki, zwane też muszlami św. Jakuba
A tak wyglądało to wszystko po usmażeniu
Jedząc te smakołyki, zastanawialiśmy się czy Czesio zjadłby z nami
Nie byłoby kuchni australijskiej bez kangura. Specjalnie dla nas Brunhilda zakupiła steki i usmażyła
A w jednym z supermarketów znalazłem taki towar:
Ostatniego wieczoru u Brunhildy doszliśmy do wniosku, że po Łodzi, Krakowie i Bydgoszczy, najczęstszym miejscem minizlotów jest Australia. Przed nami był tu Zbychowiec i PawelK, typowaliśmy kto będzie następny.