Na początek małe wyjaśnienie. Spora część fotek z tego etapu wyprawy pochodzi z telefonu. Trudność szlaku mnie przerosła i bałem się żonglować nieporęcznym aparatem będąc "przyklejony do ściany" na wąskiej ścieżce bądź uczepiwszy się wszystkimi kończynami jakichś wystających skał czy łańcuchów
Cieszę się, że choć tak udało się uwiecznić te chwile. Wiem jedno, drugi raz tej okazji mieć nie będę.
Ostatni dzień. Czesio rzuca wyzwanie Orlej Perci. Przed nami Kozia Przełęcz, Kozie Czuby i Kozi Wierch. Mi te nazwy (poza ostatnią) nic nie mówią, więc chętnie podejmuję to wyzwanie. Wyruszamy o 5:30. Słońce jeszcze gdzieś schowane za horyzontem.
Jednak już po kilkunastu minutach, gdy jesteśmy już "na szlaku", zaczyna roztaczać wokół nas swoje ciepło i blask.
Zbliżamy się do celu wyprawy. Ostatnia "zastawka" przed podjęciem wyzwania. Jest szósta rano.
Rozpoczynamy wspinaczkę. Powoli dociera do mnie, na co się porwałem. Już na początku zaczyna się ostro pod górkę. Na naszej drodze spotykamy koziołka, który ustępuje nam miejsca podążając swoimi własnymi ścieżkami.
Skubany... Dobry jest. Nie wiem, kto by chciał dobrowolnie śmigać po takich stromych skalnych ścianach. My pójdziemy prostszą drogą. Przynajmniej tak mi się wydawało do czasu, kiedy zobaczyłem chwilę później Czesia.
Nie pękaj, Konfiturek. Przecież to nie może być wciąż taka sama droga. Mykniesz raz, dwa przez ten kawałek, a dalej na pewno będzie lepiej. Chyba jednak nie...
Na szczęście zdażają się miejsca, gdzie można chwilę przystanąć i odpocząć.
W pewnym momencie znajdujemy się mniej więcej na tej samej wysokości, co słynna drabinka w ścianie Zamarłej Turni...
... Jednak Kozie Czuby ciągle są wysoko nad nami. Znaki na szlaku są jednoznaczne. Kierunek: w górę!
Za to widoczki robią się naprawdę ciekawe.
Zdjęć z samego wierzchołka nie mam. Uczepiony wszystkimi kończynami kawałka skały myślałem jedynie o tym, jak wykonać ten jeden najważniejszy krok, który przeniesie mnie z jednej strony grani na drugą. Później będzie już tylko niżej. Bułka z masłem. Na szczęście są klamry i łańcuchy

Tu w widoku z dołu, po ich pokonaniu.
Docieramy do Koziego Wierchu, który znam już z ubiegłorocznej wyprawy. Czas na pamiątkową dwuosobową "zbiorówkę".
No i, oczywiście, można odetchnąć i porozglądać się.
Zejście z Koziego Wierchu to czysta formalność. Po godzinie 10-tej jesteśmy już na szlaku do schroniska. Ostatnie spojrzenie na miejsce, skąd wracamy.
Około 11:30, już w pełnym składzie, opuszczamy schronisko i kierujemy się w dół, ku cywilizacji i czekającym na nas pozostałych uczestnikom mini-zlotu.
I na tym kończę relację z wyprawy, która nauczyła mnie pokory do natury i najdobitniej uświadomiła mi, jak malutką cząstką świata jesteśmy.