Właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałam muzykę, która jest tak piękna, że aż nie da się jej opisać. Dlatego wcale się tego nie podejmuję. Postaram się jedynie zachęcić Was do obejrzenia filmu, z którego pochodziła. Muzyce towarzyszył chór, który śpiewał po francusku. I śpiewał tak, że moja dusza romanistki latała w chmurach.
Opiekun orkiestry powiedział, że był to utwór z francuskiego filmu pod tytułem „Pan od muzyki”.
Kupiłam go niedawno i obejrzeliśmy kilka dni temu.
Oryginalny tytuł filmu to „Les Choristes”, czyli po prostu „Chórzyści”, zatem kładzie nacisk na więcej niż jednego bohatera. Tytuł polski zwraca uwagę na bohatera, dzięki któremu zmienia się życie kilku chłopców.
Początkowa scena to spotkanie po latach dwóch mężczyzn, którzy pięćdziesiąt lat wcześniej mieszkali w internacie dla chłopców. Teraz, po wielu latach, jeden z nich odwiedza drugiego, słynnego kompozytora, i wręcza mu pewien pamiętnik. Pamiętnik napisany przez ich wychowawcę z internatu. Zaczynają go czytać i wspominać dawne czasy. Czasy, kiedy byli dziećmi, których los skierował do pewnego specyficznego miejsca.
I tutaj zaczyna się właściwa opowieść.
Przenosimy się o pół wieku wcześniej, do ponurego, wielkiego gmachu, jakim jest internat o jakże znamiennej nazwie „Fond de l’Etang”. (Dno Stawu).
Pewnego dnia próg budynku przekracza jego nowy mieszkaniec. Wychowawca. Ktoś, kto odmieni życie samotnych i zaniedbanych chłopców. Bowiem oprócz wykonywania swoich obowiązków, robi coś więcej. Coś, czego nie robią inni wychowawcy. Mianowicie stara się podejść do każdego wychowanka indywidualnie, zrozumieć go i zmienić choć część jego losu.
Film „Pan od muzyki” jest wspaniały. Nie ma tam zbytniego przegadania ani patosu. Jest zwykłe, proste, surowe życie, przejawy dziecięcego i nastoletniego buntu, agresji i zniechęcenia. Jest obojętność i brak empatii. Ale jest również budząca się wrażliwość i nadzieja. Oraz dużo dobrej muzyki.
Polecam

























