Widzę, że mnie wyręczyłeś i napisałeś relację z Prania
ślicznie dziękuję

Hihihihi, nic z tego Yvonne. Zbychowiec tylko liznął Pranie, reszta należy do Ciebie. Kilka zdjęć z muzeum Gałczyńskiego zostawiłem dla Ciebie. I bardzo na Ciebie liczę. M. in. na opis pewnej ciekawej zabawy, w której brałaś tamże udział.Yvonne pisze:O, dzięki, Zbychowiec.
Widzę, że mnie wyręczyłeś i napisałeś relację z Prania![]()
ślicznie dziękuję

























]








































Co prawda, to prawda, trzeba się tam wybrać jeszcze raz.panna Monika pisze: Niestety, kilka godzin spędzonych w bibliotece okazało się kroplą w morzu potrzeb i możliwości i nie będę fałszywym prorokiem, przewidując, iż niejeden z forowiczów zechce odwiedzić bibliotekę i zapoznać się z arcyciekawymi zbiorami.




Ten nocleg i poranek, ta jajecznica to było dla mnie coś czego nawet słowami nie potrafię opisać. Widziałem na FB zdjęcie chrzestnego Michała z Mazur z jakiegoś hotelu luksusowego z zimnym piwkiem i tak sobie pomyślałem, że to nic, wielkie ZERO w stosunku do naszego Fort Lyck i smażonej na ognisku jajecznicy...TomaszK pisze:No przecież wiesz, że żałuję (zwłaszcza jajecznicy)

Trzymam za słowo, że następnym razem dasz się namówić.TomaszK pisze:No przecież wiesz, że żałuję (zwłaszcza jajecznicy)
Dokładnie tak!!johny pisze: Ten nocleg i poranek, ta jajecznica to było dla mnie coś czego nawet słowami nie potrafię opisać. Widziałem na FB zdjęcie chrzestnego Michała z MAzur z jakiegoś hotelu luksusowego z zimnym piwkiem i tak sobie pomyślałem, że to nic, wielkie ZERO w stosunku do naszego Fort Lyck i smażonej na ognisku jajecznicy...


Piękna historia! Pięknie napisane! Tak jest w rzeczy samej. Polska jest bardzo, bardzo piękna miałem się o tym możność przekonać kolejny raz w weekend będąc na Półwyspie Helskim.Yvonne pisze:A wiecie, co mi się w nas wszystkich najbardziej podoba?![]()
To, że mamy odwagę i chęć do realizowania naszych marzeń. Wielu ludziom chyba tej odwagi właśnie brakuje. A może jeszcze czegoś? Może czasem wystarczy jakiś impuls?
A piszę to pod wpływem sobotniego spotkania z pewnym małżeństwem, które prowadzi w Bydgoszczy sklep z antykami. Otóż wybraliśmy się z Adamem w sobotę na poszukiwanie szafy/komody, ponieważ zaczęło nam brakować miejsca na składowanie różnych rzeczy. A teraz doszedł nam przecież namiot, śpiwory, materace i inne akcesoria. W tym sklepie właśnie znaleźliśmy odpowiedni mebel i w oczekiwaniu na transport (do naszej hondy niestety by się nie zmieścił) wdaliśmy się w pogawędkę z sympatycznymi właścicielami. Jak wspomniałam o namiocie, który kupiliśmy i o naszej wyprawie na Mazury, panu właścicielowi zaświeciły się oczy (poważnie, naprawdę zaświeciły jakimś blaskiem), na twarz wykwitł ciepły uśmiech i zaczęli przy nas wspominać ze swoją żoną ich dawne wypady pod namiot właśnie. Właściciel zaczął nam opowiadać o swoich pierwszych wakacyjnych wyjazdach z ojcem (a opowiadał to z taką nostalgią, jakbym słyszała johny’ego, który mówi o swoich wakacjach z dzieciństwa) i tak mu ta opowieść popłynęła, że pan od transportu już czekał, a on nie przestawał. Dodam, że pan wcześniej był osobą dosyć stonowaną i małomówną (bywamy w tym sklepie dość często). To jego żona jest tą, która dużo mówi, uśmiecha się do klientów i miło ich zagaduje. Dlatego byłam zdumiona, jaka przemiana w nim zaszła, kiedy zaczął opowiadać o swoich przygodach. Z mrukliwego i zdystansowanego gościa przeobraził się w kipiącego emocjami gawędziarza. To było coś niesamowitego.
Skończyło się na tym, że mąż z żoną zgodnie stwierdzili, że chcieliby jeszcze kiedyś pojechać pod namiot, ale niestety ciężko im znaleźć czas (często jeżdżą za granicę po towar do sklepu) oraz niestety ich namiot, który kiedyś pożyczyli znajomym, poszedł w świat, bo ci znajomi pożyczyli jeszcze komuś, tamci znowu komuś itd.
Życzyłam im na koniec, aby jednak kiedyś spróbowali znaleźć chociaż jeden wolniejszy weekend i wybrać się gdzieś nawet niedaleko. Przecież Polska jest wszędzie piękna, a w każdym rejonie można znaleźć ciszę i spokój, jak się dobrze poszuka.
Na koniec zostaliśmy obdarowani prezentem – Pani wręczyła nam śliczną, małą zieloną lampkę naftową.
Kto wie, może dzięki naszej rozmowie zdecydują się na odrobinę szaleństwa i wyruszą na poszukiwanie przygody?






I to JAKOś było zajefajne!Mysikrólik pisze:Mnie przez chwilę przeszło przez myśl, co my robimy? Jak chcemy tutaj siedzieć i co będziemy robić w tym deszczu. Mokro, zimno i komary. Wtedy spojrzałem po wszystkich jak się krzątają i stwierdziłem z mieszaniną zdziwienia i radości, że nikomu nawet nie przyszło do głowy żeby zarządzić odwrót, albo chociaż narzekać.
U mnie pojawiło się coś co m.in. odróżnia młodość, od nieco bardziej dojrzałego wieku, a w sumie dawno tego nie czułem:
Jakoś to będzie

Oj było, było... W dużej mierze dzięki Tobie Mysikróliku tak właśnie było!!! Twa walka o ogień...Czesio1 pisze:I to JAKOś było zajefajne!Mysikrólik pisze:Mnie przez chwilę przeszło przez myśl, co my robimy? Jak chcemy tutaj siedzieć i co będziemy robić w tym deszczu. Mokro, zimno i komary. Wtedy spojrzałem po wszystkich jak się krzątają i stwierdziłem z mieszaniną zdziwienia i radości, że nikomu nawet nie przyszło do głowy żeby zarządzić odwrót, albo chociaż narzekać.
U mnie pojawiło się coś co m.in. odróżnia młodość, od nieco bardziej dojrzałego wieku, a w sumie dawno tego nie czułem:
Jakoś to będzie

Ja gdy próbuję przemycić do luźnych rozmów toczonych w pracy opowieści o różnych przygodach, zlotach, miejscach, które odwiedzam to niestety najczęściej spotykam się z postawą przygoda? A to boli? No bo przecież jak można spędzać urlop w Polsce, biedna jesteś? Nocleg pod namiotem? Nie no, bez komentarza. Oczywiście mówią - a to trzeba być odważnym żeby tak gdzieś pojechać bez wykupionej wycieczki albo chociaż bez hotelu. Podziwiam, podziwiam, ja bym nie była tak odważna. I kiwniecie głową z politowaniem nad mą biedną osobą...Czesio1 pisze:Dokładnie tak!!johny pisze: Ten nocleg i poranek, ta jajecznica to było dla mnie coś czego nawet słowami nie potrafię opisać. Widziałem na FB zdjęcie chrzestnego Michała z MAzur z jakiegoś hotelu luksusowego z zimnym piwkiem i tak sobie pomyślałem, że to nic, wielkie ZERO w stosunku do naszego Fort Lyck i smażonej na ognisku jajecznicy...


VdL pisze:W kilka osób 26.12.1988 wyjechaliśmy w góry za Muszynę (miejsce nie określone na mapie). Miała stać tam Bacówka , miejsce gdzie latem autochtoni wypasali owce (latem była cała i zdrowa, sprawdziłem osobiście). Przybyliśmy rano następnego dnia, bacówka powiedzmy stoi :shock: . Drzwi zniknęły, kilka dziur w dachu i ścianach. Bacówka była zbudowana z desek, nie z bali.
Las, jest (opał);
źródełko chociaż zamarznięte, jest (woda);
śnieg, jest (do uszczelnienia chałupy, była z desek , wiało jak ch.....ra);
miejsce na ognisko i palenisko w chałupie jest
konserwy i wino - jest i są (trzeba coś jeść i pić)
drzwi nie było, ale był koc, to wystarczy.
Chałupę uszczelniliśmy śniegiem, dach załataliśmy gałęziami i czym się dało. Ognisko płonie, palenisko również. Względnie ciepło.
Prąd był, ale w Muszynie, trochę daleko. Nie korzystaliśmy.
Plan dnia był ściśle określony:
Rano z siekierami szliśmy do lasu po drewno , deputat na cały dzień, przynajmniej się rozgrzaliśmy. Po wodę tez trzeba było iść z siekierą, przerębel trzeba było w końcu czymś wyrąbać w strumieniu, aby nabrać wody. Gotowaliśmy na ogniu.
Było ekstremalnie ciekawie.
P.s.
Mieliśmy radio tranzystorowe, więc trochę cywilizacji było. Głownie stacje Czechosłowackie, Polskie jakoś nie odbierały.
Przyznam, że mimo wszystko to był jeden z najlepszych moich sylwestrów jakie przeżyłem (krawaty, a nawet muszki zabraliśmy ze sobą, było naprawdę na poziomie). Może dla tego że przeżyłem. Wróciliśmy w połowie stycznia, trzeba było w końcu iść do szkoły. Oj, byliśmy u wędzeni .......................

